publicystyka filmowa

Enklawy WOLNOŚCI czy upokarzające WIĘZIENIA? SZPITAL PSYCHIATRYCZNY w kinie

Autor: Odys Korczyński
opublikowano
Gdy myślę o szpitalach psychiatrycznych, jestem pewien, że życie nie jest jak film, mimo że filmowe wersje domów dla wariatów bardzo przypominają te realne. Są lepsze i gorsze ich wizje. W każdej są mniej lub bardziej celowo udramatyzowane różnice. W historii kina pojawił się jednak szpital z tak wiernie odtworzonym aparatem do likwidacji wszelkich przejawów ludzkiej wolności, że doprawdy trudno mi dostrzec różnicę między obserwowaną od ponad 30 lat rzeczywistością polskiej psychiatrii a atmosferą oddziału, gdzie niepodzielnie panowała siostra Mildred Ratched (Louise Fletcher). Winni są ludzie czy system? Wszyscy. Winny jest również stan naszej wiedzy o procesach psychicznych, stąd często lekarze i terapeuci nie mają pomysłu na leczenie pacjentów, prócz ciągłej sedacji, by otoczenie miało spokój. Czeka nas bez mała jeszcze co najmniej 100 lat eksperymentów na ludziach, nim na oddziałach psychiatrycznych faktycznie zacznie się leczyć z tą samą skutecznością, co np. w klinikach kardiologicznych. Dzisiaj mija 45 lat od premiery Lotu nad kukułczym gniazdem, poruszającej, wiwisekcyjnej opowieści o desperackich próbach Randle’a McMurphy’ego, żeby zmienić psychiatryk z dehumanizującego więzienia w enklawę wolności.

Forman nakręcił jedyny w swoim rodzaju taki obraz, w którym szpital psychiatryczny odgrywa dwuznaczną rolę innego świata – więzienia, ale i enklawy radykalnej wolności.

Nie wiem, czym jest bardziej takie miejsce, azylem dla niedostosowanych czy mamrem stosowanym wyłącznie w celach izolacji. Film wykorzystał szpital psychiatryczny głównie z tego powodu, że budzi on lęk, a chorzy psychicznie traktowani są jak społeczne osobliwości, których należy się wstydzić i co gorsza którzy sami powinni się wstydzić i ukrywać swoją niesprawność. Ten uogólniony do reakcji społeczeństwa stosunek do osób z dysfunkcjami psychicznymi pozostał w nas z dawnych czasów, kiedy choroby umysłu uważane były za opętanie przez demony lub diabły. Chorych palono na stosie, wrzucano do dołów wypełnionych wężami, pędzono poza granice wiosek i miast, jednym słowem dręczono w przeróżny sposób, żeby oswoić swoje przerażenie. Do dzisiaj przeciętny człowiek wciąż niewiele wie o chorobach umysłu w porównaniu np. z nowotworami czy zakażeniami układu oddechowego. Zaburzenia te więc są wymarzonym tematem dla twórców kina za wszelką cenę próbujących dociec, co nas straszy, dlaczego boimy się inności i gdzie leżą granice normalności ludzkiej natury. Miloš Forman był jednym z nich. Dociekał, czasem ku zdziwieniu Hollywood, próbując już za inne (amerykańskie) pieniądze wcielić w życie nieco idealistyczne założenia czechosłowackiej nowej fali. W Locie nad kukułczym gniazdem udało mu się to w poruszający do głębi, mistrzowski sposób. A mógł jeszcze mocniej, gdyby nie Jack Nicholson.

Forman nakręcił jedyny w swoim rodzaju taki obraz, w którym szpital psychiatryczny odgrywa dwuznaczną rolę innego świata – więzienia, ale i enklawy radykalnej wolności. Można się bardzo pomylić w ocenie, co jest czym w tym świecie. Jeśli tylko ma się szansę go lepiej poznać, powinno się z niej skorzystać, a nie tak jak większość trzymających genetyczną linię „normalsów” traktować świat chorych psychicznie jak egzotykę, nienormalność, którą trzeba zamiatać pod dywan, a nawet po okresie niekiedy koniecznej izolacji w szpitalnych warunkach traktować takich ludzi jak tzw. dzieci gorszego Boga.

A zaręczam wam, że nawet ludzie mocno odurzeni lekami, jeśli tylko zachowują resztki świadomości i np. mają pozwolenie na samodzielnie poruszanie się po oddziale, tęsknią za tym „normalnym” światem żyjącym beztrosko gdzieś za szybą, oknem bez klamki i kratą. Patrzą na niego z jednej strony jak na odebraną im szansę, wolność i szczęście, a z drugiej traktują go jak ciekawostkę, bo inność oddziałowej rzeczywistości zaczyna po dłuższym pobycie funkcjonować w ich świadomości jako kompletny, alternatywny świat, w którym czują się bezpiecznie, a doznawana krzywda jest w pewnym sensie kontrolowana np. przez leki czy terapię. Na zewnątrz zbyt wiele zależy od nich, a ewentualne błędy mają konsekwencje, dlatego osobliwość środowiska oddziału pociąga i w końcu uzależnia moralną beztroską. Równocześnie resztki instynktu podpowiadają, że to nie w szpitalu powinien żyć człowiek. Nawet jeśli zachowuje się gorzej niż dzikie zwierzę, wolność jest tym, czego najbardziej pragnie.

Wchodząc tam, ma się wrażenie, że można by było utknąć za zamkniętymi drzwiami na zawsze, o ile tylko zrezygnuje się z części wolności, a może i ze swojego ego. Na dźwięk elektromagnetycznego zamka, a przed kilkunastoma latami zwykle szczęku klucza, przechodzi przez ciało dreszcz, ale zwykle tylko na początku. Potem wkracza się do tego innego świata z wyuczoną obojętnością, co nie oznacza braku emocji. Niezależnie od stanu ktoś z zewnątrz nigdy nie ujdzie uwadze pacjentów. Są zwykle ciekawsi i odważniejsi niż goście, trochę podobni do dzieci w wieku, gdy jeszcze mówi się bez opamiętania wszystko.

Ostatnio dodane