publicystyka filmowa

Dlaczego nowy JOKER to kiepski żart

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Ten dysonans na dużym ekranie jest aż nadto widoczny i sprawia, że ja nie wierzę ani w pierwszy, ani w drugi atak na Arthura. Oba są ważnymi punktami zwrotnymi, które w zamierzeniu mają nastawić go przeciwko ludzkości. Jednak w swej dynamice gubią zupełnie swą wiarygodność – zwłaszcza ten drugi przypadek, gdzie już garniaki młodych yuppies wydają się jakby wyjęte z innej bajki, a oni sami powinni raczej siedzieć wygodnie w taksówce, a nie obijać się zapchlonym metrem dla biedoty i rzucać frytkami w zupełnie przeciętne dziewczyny, na które normalnie by nawet nie spojrzeli. Ich totalnie przegięte postawy zadufanych w sobie kutasów bez serca jakimś cudem wpisują się we współczesną nagonkę na białych, uprzywilejowanych facetów, którzy tym samym znowu winni są całemu złu tego (ekranowego) świata. Choć na zdrowy rozum zarówno czas, jak i miejsce, w których Jokera osadzono, jasno sugerują zupełnie inny obraz i rozwiązanie zaistniałych okoliczności miejskiej natury.

joker

To wszystko – podobnie jak fakt, iż w tym okropnym świecie ani Arthur, ani tuląca swą córeczkę do snu Zazie Beetz nie zamykają swoich drzwi na trzy spusty – to niby tylko detale drugiego planu, niemniej w danym kontekście ważne, nierzadko kluczowe dla danych scen i nieodzownie pomagające budować filmowe Gotham. Jednak kompletnie olane, tylko mu szkodzą. Już u Nolana komiksowe miasto niemal zupełnie straciło swoją tożsamość, niepodrabialny charakter. W Jokerze Gotham staje się kolejną, jedną z wielu bezpłciowych inkarnacji Nowego Jorku czy innego molocha USA. To miasto nijakie, równie mętne i bezcelowe jak życie zaprezentowanego nam bohatera. Nad oboma unosi się jedna wielka enigma (nawiązanie do Riddlera niezamierzone). Można analizować ją na tysiąc różnych sposobów; można ją również wyśmiewać, na przekór całemu światu, który najchętniej widziałoby się w płomieniach. Ale trudno jest oprzeć się wrażeniu, że nawet ona jest tu pewną iluzją, istniejącą tylko dla samego istnienia, a nie „po coś” (wedle jednej z teorii to wszystko jest tylko urojeniem zamkniętego w szpitalu antybohatera – paradoksalnie takie rozwiązanie pozbawia cały film sensu).

Jokera spłycono w podobny sposób, co wcześniej Dartha Vadera czy Obcego, odbierając mu jakikolwiek pierwiastek wyjątkowości i specyficzną aurę tajemnicy.

Nie kupuję zresztą takiej genezy Jokera, którego spłycono w podobny sposób, co wcześniej Dartha Vadera czy Obcego, odbierając mu jakikolwiek pierwiastek wyjątkowości i specyficzną aurę tajemnicy. Wychowany na ciągłej przemocy oraz niechęci (na które tym samym powinien być znieczulony) i zarazem od małego uczony reagować na wszystko życzliwością, uśmiechem, staje się bezwzględnym przestępcą i niebezpiecznym psychopatą dlatego, że – w dużym skrócie – parę razy ktoś spuszcza mu łomot i przy okazji okazuje się, że był adoptowany. Choć reżyser bezustannie myli tropy, przeplatając urojenia z faktami i celując w drugi Fight Club, to generalnie jego Jokerowi bliżej do komiksowego antagonisty z trzeciego Iron Mana, w którym Guy Pearce przeszedł na złą stronę mocy tylko dlatego, że został kiedyś wystawiony do wiatru i musiał w samotności warować na dachu budynku kilka godzin. Absurd. Tym większy, że zarówno przeciwnikowi Iron Mana, jak i podobnie zwichrowanemu co nasz pomalowany śmieszek Tylerowi Durdenowi chodziło o coś więcej. Oni mieli swój plan. A co ma Joker?

Niewiele. Pociąga go raz spotkana sąsiadka, ale tylko o niej fantazjuje, w dodatku mocno wybiórczo, bo przez większość czasu Zazie praktycznie na ekranie nie ma. Arthur Fleck nie stara się zupełnie o jej względy czy nawet zawiązaną w windzie nić porozumienia, która mogłaby przerodzić się w przyjaźń. Nie stara się też w przypadku swojej największej miłości – komedii. Okazjonalne zapiski w wytartym notatniku i pojedynczy występ w podrzędnym klubie, którego bezpośredniego efektu (a więc przypuszczalnie porażki i jeszcze jednego upokorzenia) nawet nie widzimy, a który paradoksalnie daje mu szansę zabłysnąć w telewizji (na co już i tak kładzie lachę), to trochę za mało, gdy zestawić to z nieustannie żyjącym swoim celem bohaterem Króla komedii. De Niro u Scorsese nie odpuszczał swojemu idolowi, tryskał ambicjami i wielkimi marzeniami, niespożytą energią. Phoenix u Phillipsa głównie o nich gada, bez życia szwendając się po mieście i odbębniając kolejne miałkie zlecenia w przebraniu kolorowego wesołka. Co też łatwo poddać w moralną wątpliwość, gdy przyjmiemy za pewnik, że wszystko, co ma nasz bohater, to „negatywne myśli” i bagaż doświadczeń w postaci trudnego dzieciństwa i psychiatrycznej rekonwalescencji (jak w ogóle dostał podobną robotę, w której obcuje się z dziećmi?). To skrzywione odbicie Tennessee Williamsa jest pozbawione jakichkolwiek prawdziwych zdolności oraz chęci i dopiero w przypadkowej przemocy znajduje swoje życiowe powołanie. Ale czy takie miało być całe clou Jokera – zabijaj, gdy ci nie idzie?

Gdy Bickle zabijał, również puszczał u niego pewien wentyl bezpieczeństwa, jednakże był przynajmniej wycelowany we właściwą stronę, znajdywał swoje ujście. Tyler Durden walczył z systemem i obijał mordę kolegi, bo „chciał zniszczyć coś pięknego”. Nawet poprzedni Joker, mimo zapierania się, że tak nie jest, przyjmował strategię. Ten obecny niby ma w rękach wszystko, żeby dokonać rewolucji, lecz jego droga jest mglista i zwyczajnie niejasna, bo tak naprawdę niczym konkretnym niepodyktowana. To nawet nie jest zło wcielone, które trudno wytłumaczyć – jak John Ryder z Autostopowicza. Finalnie dualizm tego bohatera wydaje mi się więc niewygrany, a on sam nie ma nam nic ciekawego do powiedzenia, pomimo mistrzowskiej – co przyznaję bez bicia – kreacji Phoenixa i kilku kunsztownie zrealizowanych scen. A raczej po prostu pojedynczych ujęć, które aż krzyczą: „kultowe, ikoniczne!” (mam zresztą wrażenie, że radośnie wyjęte z kontekstu stały się takimi jeszcze przed premierą, gdyż zwyczajnie „dobrze wyglądają, panie Wayne”). Cóż jednak po nich, skoro z samej historii bije fałsz równy twarzy obrazowanego klauna, który błaznuje na całego w takt popularnych, starych szlagierów (swoją drogą scena „marszu zwycięstwa” na schodach jest na tle wydźwięku całości wprost żenująco teledyskowa). Nie mam żadnych wątpliwości względem tego, że pomiędzy tymi wygibasami tytułowy rozrabiaka śmieje się właśnie z nas. Tylko czemu czyni to tak obłudnie? I czemu za tym śmiechem nie kryje się nic więcej? Sama pustka.

Według Nietzschego „kto walczy z potworami, niech uważa, by sam nie stał się potworem. A gdy długo spoglądasz w otchłań, również otchłań spogląda w ciebie”. Chyba wszyscy zgodzimy się z tym, że na to pierwsze jest dla postaci Jokera aka Arthura już o wiele za późno. Natomiast gdy patrzę w otchłań szalonego klauna, nie widzę niestety nic prócz feerii kolorów, efekciarskich kadrów i zmyślnej, acz nieudanej próby zaszokowania widza, który zaślepiony jest przede wszystkim życiową rolą Phoenixa. Aktor nieumyślnie (?) determinuje treść filmu i przytłacza jego fabułę, choć powinno być raczej na odwrót – powinien być jej naturalnym produktem, swoistym bękartem nie Thomasa Wayne’a, lecz splotu niewybaczalnych wydarzeń. Ostatecznie Joker nie odwzajemnia więc mojego spojrzenia. On ma je w dupie.

Ostatnio dodane