publicystyka filmowa

Dlaczego nowy JOKER to kiepski żart

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Gwoli ścisłości – to nie jest recenzja filmu Todda Phillipsa. Ta wymaga wszak poddania całości próbie w miarę obiektywnej oceny w oparciu o wszelkie aspekty – techniczne i artystyczne – danego tytułu. A ja zwyczajnie nie potrafię Jokera sensownie ocenić. Nie potrafię też jednoznacznie stwierdzić, czy mi się podobał, czy nie. Takie to krnąbrne, wymykające się klasyfikacjom cudo. Za to wiem jedno – seans mnie zawiódł. Po części z powodów, które celnie wypunktował TUTAJ redakcyjny kolega. Przy czym ja mam z wynoszonym obecnie do rangi arcydzieła Jokerem zgoła inny problem.

Jeśli ktoś nie przeczytał lub nie chciał przeczytać wyżej podlinkowanego artykułu, pokrótce nakreślam zarzuty Szymona, który pisze o braku oryginalności Jokera, odtwórczości filmu i jego wyraźnym bazowaniu na klasykach kina, do miana którego sam w końcu aspiruje. Chodzi o bezczelne wręcz kopiowanie motywów, wątków, a nawet i ujęć z takich dzieł jak Sieć, Taksówkarz i Król komedii (oraz paru innych tytułów, które odbijają się w oczach Jokera jak w kalejdoskopie). Ja nie mam jednak kłopotu z tym, że Joker się na podobnych kamieniach milowych wzoruje bądź się do nich odnosi. Bardziej boli mnie fakt, że, w przeciwieństwie do nich pozostaje stylistycznym bałaganem, pozbawionym zarówno sensu, puenty, jak i wiarygodności. To twór zwyczajnie… zakłamany.

W kinie, mimo najszczerszych chęci, ani na sekundę nie uwierzyłem w zaprezentowaną mi wizję – tym razem daleką przecież od komiksowych ram, świadomie wpisującą się w ostry realizm, a przez to niepozostawiającą sobie żadnego pola manewru, niemogącą zrzucić swoich nieścisłości na karb rozbuchanej stylistyki (której u Phillipsa w ogóle brak) lub gatunkowości. Niepozwalającą też na pewne zawieszenie niewiary, które charakteryzuje nie tylko kolejne wybryki Marvela i DC, ale nawet dość twardo stąpającą po ziemi superbohaterską trylogię M. Nighta Shyamalana. Niestety w Jokerze mało co się ze sobą łączy, zupełnie jakby twórcom brakowało zdecydowania względem tego, na czym tak naprawdę powinni się skupić, jaką drogą podążyć; co pokazać, a czego nie.

W Jokerze mało co się ze sobą łączy, zupełnie jakby twórcom brakowało zdecydowania względem tego, na czym tak naprawdę powinni się skupić, jaką drogą podążyć; co pokazać, a czego nie.

W wymienionych wcześniej filmach ciąg przyczynowo-skutkowy oraz główni bohaterowie zbudowani są w taki sposób, że dramaturgia, napięcie i ten swoisty wkurw wiszący w powietrzu powoli narastają, aby w końcu eksplodować – nie bez powodu zresztą. Rozliczenie z zastaną rzeczywistością oraz przemiana następują w nich z czasem i potrzebują konkretnego punktu zapalnego­. Tam wszystko jest czymś uwarunkowane. I tak Sieć prześwietla telewizję, pokazując jej kuluary jako bezduszną machinę, dla której ostatecznie nie ma żadnych skrupułów, nieobecne są granice, nie istnieje tabu. Taksówkarz to z kolei zwierciadło swoich czasów – podobnie jak także dający się dostrzec gdzieś w Jokerze Francuski łącznik. To filmy brudne, bo przenoszące widziane na ulicach ówczesnej Ameryki zezwierzęcenie i upadek obyczajów na filmową taśmę w skali praktycznie jeden do jednego. Uwarunkowane nastrojami politycznymi (zarówno wojną w Wietnamie, jak i tą rasową, dziejącą się tuż za oknami), rosnącą falą przemocy i ogólnym szaleństwem tamtej dekady, są napiętnowane społecznym zacięciem, które nie odbiera im jednak swoistego uniwersalizmu, ponadczasowości – również dzięki doskonale napisanym bohaterom, niewolnym od wad, lecz moralnie zdefiniowanym.

Tymczasem w Jokerze od razu zostajemy postawieni niejako przed faktem dokonanym, a sama postać jest praktycznie kompletna. Arthur Fleck już w pierwszym ujęciu JEST Jokerem. Może jeszcze nie tym siewcą chaosu, który naprzykrza się Batmanowi, ale już określonym szaleńcem bez szans na jakikolwiek ratunek czy potencjalne odkupienie (jak to miało miejsce u także mentalnie niestabilnego wyrzutka, Travisa Bickle’a). Cytując uśmiechniętego poprzednika w śliwkowym kostiumie – wystarczy tylko lekko go pchnąć, żeby przeznaczenie się dokonało („All it takes is a little push!”). Widać to doskonale w jego oczach, słychać w jego chorym, denerwującym śmiechu, który męczy już po pierwszych pięciu minutach tego dwugodzinnego filmu, a nawet w posępnej, niemal pogrzebowej muzyce, która przygnębia nas odgórnie, zamiast sunąć z pomocą ruchomemu obrazowi. Fleck to postać ukształtowana. Nie zderza się raptem z nowymi, nieznanymi mu wcześniej problemami i obcym sobie otoczeniem, którego zasadom musi stawić czoła, tylko bezustannie egzystuje w rzeczywistości rodem z polskiego kina moralnego niepokoju – pełnej beznadziei, smutku i kolejnych zawodów. Joker wręcz się w tym świecie zrodził, nie zna dla niego alternatyw. Czemu zatem daje mu się przytłoczyć, a później także pokonać?

Z odpowiedzią nie przychodzi tu niestety tenże świat przedstawiony, który jest jaki jest, bo…? Nie wiemy. Z ust bohaterów pada jedynie okazjonalna „bida z nędzą”, a oni sami przystawiają sobie wyimaginowany pistolet do głowy, gdyż najwyraźniej mają czegoś dość. Ale czego? Życia jako takiego? Jeśli tak, to źle świadczy tylko o nich samych, a nie o okolicy, o której także nic nie wiadomo. Wszelkie wątki polityczno-społeczne sprowadzają się tu bowiem do informacji o szczurach mutantach i odwiecznej walki biedy z bogaczami. I tyle. Jest źle, bo jest źle. W dodatku twórcy bezsensownie czynią z Jokera film retro, umiejscawiając akcję w odległych nam czasach, właściwych dla filmów stanowiących inspirację, ale nie określających odpowiednio danej historii. Jednocześnie nawiązują z widzem wyraźny dialog względem obecnej sytuacji i rosnącego napięcia wśród ludzi, jakby nie widzieli lub nie chcieli dostrzec wyraźnych różnic, które dzielą oba te okresy. W Taksówkarzu i innych filmach lat 70. nieprzyjemne nastroje wynikały z czego innego niż tak chętnie filtrowana obecnie przez popkulturę i maglowana na różne sposoby w Hollywood era Trumpa (na którego podobieństwo ukształtowano trochę Wayne’a seniora).

Ostatnio dodane