publicystyka filmowa

Dlaczego FILMOWE BUDŻETY są tak GIGANTYCZNE?

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Filmy to najbardziej demokratyczna rozrywka świata. Standardowy bilet do kina w każdym kraju kosztuje mniej więcej tyle samo. Nie licząc ekstrawaganckich arabskich multipleksów lub specjalnych pokazów, film w kinie można obejrzeć za około dziesięć dolarów, czyli odpowiednik naszych trzydziestu złotych – mowa oczywiście o pojedynczym bilecie dla dorosłej osoby, która nie zaopatrzy się przed seansem w colę i popcorn, kosztujące czasami tyle co obiad w niekiepskiej restauracji. Płacimy więc trzydzieści złotych i na dwie-dwie i pół godziny mamy wstęp do innego świata. Ten świat przez mniej więcej dwa lata szykowało dla nas jakieś sto pięćdziesiąt osób z różnorakich zawodów i dziedzin. Po filmie wychodzimy, wracamy do domu, myślimy o nim chwilę, być może wystawiamy kilka gwiazdek na jednym z popularnych serwisów bazodanowych, a potem wszystko wraca do normy – aż do następnej wizyty w kinie.

Piąta część Piratów z Karaibów według szacunkowych danych miała kosztować około 380 milionów dolarów!

Hollywoodzkie studio na film musi wydać około stu milionów dolarów.

Żebyśmy miło (oby!) spędzili w ciemni te dwie godziny, hollywoodzkie studio musi wydać około stu milionów dolarów. Ta kwota jest uśrednionym kosztem produkcji tak zwanego „major studio release”, czyli gatunkowego filmu ze znaną obsadą. Zupełnie inaczej wyglądają budżety filmów niezależnych, niszowych lub artystycznych. Nie da się jednak ukryć, że to właśnie „major releases” przyciągają do kin najwięcej osób i statystycznie, w ciągu życia, przeciętny odbiorca filmów właśnie ich ogląda najwięcej. Co i kto się składa na te sto milionów i czy to jedyny koszt, który ponosi studio w trakcie pracy nad filmem – dowiecie się z tekstu.

W 1994 na ekrany kin weszły trzy filmy z Jimem Carreyem. Głupi i głupszy, Maska i Ace Ventura: Psi detektyw miały budżety produkcyjne w granicach piętnastu-osiemnastu milionów dolarów. Nie były to superprodukcje (mimo całkiem nowatorskich efektów w Masce), ale Jim zarobił krocie tylko dzięki temu pierwszemu. Rola głupiego (czy może głupszego?) przyniosła mu siedem milionów dolarów (z budżetu osiemnastu), natomiast Ace i Stanley Ipkiss z Maski zagwarantowali mu przychód w granicach czterystu-pięciuset tysięcy. Rok później Carrey był już jedną z najjaśniejszych gwiazd przemysłu filmowego. Za udział w kolejnych filmach: Telemaniak, Kłamca, kłamca i Ja, Irena i Ja zainkasował trzy czeki po dwadzieścia milionów dolarów każdy. Ergo, za same wypłaty Carreya w latach 1997-1999 można by nakręcić trzy całkiem niezłe komedie w roku 1994.

Od 500 tysięcy do 50 milionów w cztery lata – Robert Downey Jr.

Znane nazwisko w obsadzie jest zawsze największym pojedynczym kosztem produkcyjnym w filmie.

Znane nazwisko w obsadzie jest zawsze największym pojedynczym kosztem produkcyjnym w filmie. Sumy, o których mówimy, są iście bajońskie – choć nie jest to informacja oficjalna, Robert Downey Jr. za występ w Avengers miał otrzymać pięćdziesiąt milionów, czyli około jednej czwartej całego budżetu produkcyjnego. Ale Downey zapracował na swoją wypłatę – i swój wizerunek. W 2008 za pierwszego Iron Mana dostał „zaledwie” pięćset tysięcy – był jednak wtedy na cenzurowanym. Przygody z alkoholem i narkotykami na początku XX wieku sprawiły, że media i publiczność straciły do niego zaufanie na długi czas. Odzyskał je dopiero rolą w pierwszym filmie z raczkującego MCU. W zaledwie cztery lata stał się (po raz kolejny) ulubieńcem Ameryki, a Kevin Feige obsypał go złotem.

Weźmy teraz wypłatę Roberta, dodajmy drugie tyle i otrzymamy okrągłe sto milionów. Właśnie tyle kosztowała realizacja Władcy Pierścieni: Powrotu króla, czyli jednego z najefektowniejszych filmów swoich czasów, który nawet dzisiaj przytłacza rozmachem. Ten film był jednak zwieńczeniem trylogii, którą rozpoczęła w 2001 Drużyna Pierścienia. Wyprodukowanie tego dzieła kosztowało dziewięćdziesiąt milionów. Warto jednak zauważyć, że producenci i reżyser postanowili wykonać dość ryzykowny ruch. Mianowicie w obsadzie tej produkcji, krojonej przecież jako blockbuster, nie znalazły się żadne nazwiska znane z pierwszych stron kolorowej prasy lub występów w wieczornych talk-showach. Dziś niemal każdy członek obsady jest gwiazdą, ale w momencie rozpoczęcia zdjęć byli to debiutanci lub aktorzy o umiarkowanej sławie. Bodaj najpopularniejsi byli wtedy Cate Blanchett i Sean Bean. Udział Christophera Lee i Iana Holma był znaczący, ale na pewno nie był czynnikiem przyciągającym ludzi do kina. Ryzyko się opłaciło, a decyzje obsadowe okazały się bezbłędne. W tym samym roku, co Drużyna, miała miejsce premiera kryminału z Morganem Freemanem na podstawie poczytnej prozy Jamesa Pattersona, W sieci pająka. Ten film kosztował sześćdziesiąt milionów i może pochwalić się sekwencją z udziałem jednych z najbardziej żenujących efektów specjalnych.

 

Ostatnio dodane