publicystyka filmowa

CZEGO NIE ZOBACZYSZ NA EKRANIE, czyli jak scenarzyści bawią się z widzami

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Jedna z zasad pisania scenariusza mówi, że jeśli w pierwszym akcie pojawia się pistolet, to znaczy, że w trzecim akcie wypali. Jeśli bohater patrzy na coś z przerażeniem w oczach, możemy być niemal pewni, że zaraz z ujęcia drugiej kamery zobaczymy, co go tak przeraziło. Gdy coś zostanie w filmie rozpoczęte, w tym samym filmie zobaczymy zakończenie. Gdy bohater (lub zamaskowany morderca) nosi maskę – najprawdopodobniej w finale ją zdejmie, a gdy coś w ostatniej scenie filmu zostanie zapowiedziane, to z pewnością wydarzy się w sequelu.

Niektórzy z filmowców idą jednak pod prąd powyższym zasadom i drwią sobie z oczekiwań widzów, przyzwyczajonych do pokazywania im (szczególnie we współczesnym kinie) wszystkiego metodą „kawa na ławę”, wprost i bez niedopowiedzeń. Twórcy niekiedy śmiało igrają z naszą wyobraźnią, a my bijemy się z myślami, czy to, czego nam nie pokazano / wyjaśniono, jest ciekawsze, niż gdybyśmy tradycyjnie i po bożemu dostali to podane na tacy. Powiecie, że przecież każda powieść oferuje to, o czym tu mówię, i czytając każdą książkę, musimy sobie wyobrazić wszystko, co czytamy, więc czym się tu autor artykułu podnieca, że czasem i w filmie coś sobie trzeba „dośpiewać”? Tak, zgadzam się, ale nie bez powodu powstał krótki dowcip: „– Czytałeś tę powieść? – Nie, zaczekam, aż nakręcą film”. A film to sztuka wizualna, tu podświadomie czekamy, aż wszystko – a przynajmniej większość – zostanie nam pokazane, ewentualnie dopowiedziane z offu, a naszej wyobraźni nikt nie zostawi zbyt wielkiego pola do popisu. Dlatego przynajmniej dla mnie, a za chwilę okaże się, czy także dla was, niektóre, powiedzmy, „zaniechania” X muzy stanowią niezapomniane przeżycie. Pamiętacie scenę zamykającą Rocky’ego III, gdy obraz zatrzymuje się w momencie, w którym pięści Apollo Creeda i Rocky’ego Balboi zmierzają w kierunku twarzy oponenta? Nigdy nie dowiemy się, jak zakończył się ten sparing, a każdy z nas napisze sobie własne zakończenie tej zawieszonej w nieskończoności sceny. Podobnie w Autostopowiczu nie pokazano momentu, w którym ginie Jennifer Jason Leigh (słychać tylko ryk silnika ruszającej ciężarówki, a na twarzy Rydera widzimy malującą się satysfakcję), ale, jak wieść niesie, niektórzy widzowie po wyjściu z kina byli pewni, że widzieli rozrywaną na pół bohaterkę Leigh. Na niedomówieniach J.J. Abrams zbudował cały serial Lost, tam jednak scenarzyści posunęli się w mnożeniu tajemnic i zagadek do granic absurdu. Ale już w trzeciej odsłonie Mission: Impossible reżyser ten trafił z odpowiednią dawką niewiadomych w dziesiątkę, McGuffinem filmu czyniąc „króliczą łapkę” – pojemnik z tajemniczą bronią, której zasad działania i możliwego zasięgu rażenia widzom (ani nawet bohaterom) nie zdradzono. I o tym właśnie będzie ten artykuł. O sile sugestii, o tym, jak czegoś nie pokazać tak, żeby zaintrygować nas do granic, i o klockach-niespodziankach do samodzielnego poskładania w wyobraźni, jakie zostawili dla nas niektórzy twórcy w swoich filmach.

1. POTĘGA MONOLOGU

Łowca androidów

Łowca androidów

Wyobraźmy sobie, że Ridley Scott… ilustruje monolog Roya Batty’ego o „rzeczach, którym my, ludzie, nie dalibyśmy wiary”. Czy chcielibyście zobaczyć statki w ogniu w okolicach Oriona albo promienie kosmiczne błyszczące w ciemnościach blisko Wrót Tannhausera? Kuszące, prawda? Ale bądźmy szczerzy, te dwa zdania wypowiedziane przez Rutgera Hauera mają w sobie więcej science fiction niż cała reszta (niczego tym pięknym obrazom nie ujmując) pokazana (!) w Łowcy androidów. Te dwa zdania wprowadzają naszą wyobraźnię na najwyższe obroty, choć na ekranie widzimy tylko twarz moknącego w deszczu replikanta. Magia tej sceny polega na tym, że bezwiednie wizualizujemy sobie te zjawiskowe miejsca i wydarzenia, o których w kilku słowach mówi Batty, a więc otrzymujemy luksus stworzenia własnej wizji płonących statków w okolicach Oriona i rozbłysków w ciemnościach przy Wrotach Tannhausera. A że według Batty’ego wyglądało to tak, że my, ludzie, nie dalibyśmy temu wiary, dobrze się stało, że te cuda pozostawiono do sfilmowania w naszej własnej głowie. Dzięki temu dostaliśmy najbardziej spektakularne, niesamowite i magiczne sceny w historii kina SF, których nigdy nie nakręcono.

Człowiek z Ziemi

Człowiek z Ziemi

Niskobudżetowy, kameralny Człowiek z Ziemi pokazuje, że za nędzne 200.000 dolarów można zrobić film science fiction, jakiego świat nie widział.

Gdybym nie zobaczył na własne oczy, a raczej nie usłyszał na własne uszy, nie uwierzyłbym, że można stworzyć monolog mocniej działający na wyobraźnię niż ten z opisanego przed chwilą finału Łowcy androidów. Tymczasem nakręcony w 2007 roku niskobudżetowy, kameralny Człowiek z Ziemi pokazuje, że za nędzne 200.000 dolarów można zrobić film science fiction, jakiego świat nie widział. „Nie widział” jest tu zresztą kluczowym pojęciem, gdyż akcja Człowieka z Ziemi w całości dzieje się w jednej lokalizacji, a wszystko, czego „nie widzimy”, jest nadzwyczaj sugestywną opowieścią tytułowego bohatera, który twierdzi, że żyje na Ziemi od 14 tysięcy lat. Człowieka z Ziemi oglądałem dwa razy, kilka lat temu i kilka dni temu na potrzeby niniejszego artykułu. Obydwa seanse wciągnęły mnie z taką intensywnością, że nie mogłem oderwać się od ekranu. Nie dziwne, skoro bohater John Oldman po wyznaniu, że urodził się 14 tysięcy lat temu, swoją właściwą opowieść rozpoczyna od słów: „Pływałem z Kolumbem, i choć nie wierzyłem w ówczesne teorie o płaskiej Ziemi, bałem się, że gdzieś tam nagle spadniemy”. Z każdym zdaniem jest coraz ciekawiej, aż do wyznania, które przewartościowuje życie, wiarę i światopogląd większości słuchaczy. Wraz ze znajomymi Johna co chwilę przechodzimy z jednej strony barykady na drugą; wierzymy w jego niesamowitą historię lub uważamy ją za niesmaczny żart. Jego wspomnienia są jednak tak wiarygodne, że czujemy, jakbyśmy wraz z nim przemierzali czas i przestrzeń, zabrani na niezwykłą wycieczkę. Nie towarzyszy temu żadna retrospekcja, są tylko czysty dialog w zamkniętej przestrzeni, palący się w tle kominek oraz subtelna muzyka budująca kameralny nastrój i podkreślająca niesamowity klimat filmu. Przyjaciele głównego bohatera są raz po raz oburzeni / zafascynowani / ciekawi / wierzą / nie wierzą / poddają w wątpliwość / szukają dziur w opowieści Johna, a my wraz z nimi. Pod koniec filmu jeden ze słuchaczy kwituje niesamowity wieczór słowami: „Jak dojadę do domu, to żeby wrócić do normalności, odpalę sobie jakiś odcinek Star Treka.

Ostatnio dodane