search
REKLAMA
Ranking

Czasy się zmieniły, on nie… Ranking filmów SAMA PECKINPAHA

Mariusz Czernic

23 września 2020

REKLAMA

9. Pat Garrett i Billy Kid (Pat Garrett & Billy the Kid, 1973)

Chociaż lata 70. były bardzo płodnym okresem w twórczości Sama Peckinpaha, już od początku dekady stopniowo pogarszała się jego reputacja z powodu alkoholizmu. Punktem zwrotnym dla jego pozycji w branży był realizowany w Durango w Meksyku western Pat Garrett i Billy Kid według scenariusza Rudy’ego Wurlitzera. Z powodu licznych problemów zdjęcia trwały dłużej, niż planowano, i budżet wymknął się spod kontroli. Zmontowany pod kierunkiem Peckinpaha film był pokazywany na przedpremierowych pokazach dla krytyków, ale podczas oficjalnej premiery kinowej można było już zobaczyć inną wersję – zmontowaną pod nadzorem Jamesa T. Aubreya, ówczesnego prezesa wytwórni MGM, który kazał film skrócić o 20 minut. W 1988, cztery lata po śmierci reżysera, oficjalnie przywrócono trwający 122 minuty Peckinpahowski oryginał, a w 2005 światło dzienne ujrzała wersja specjalna krótsza od edycji reżyserskiej, ale dłuższa od producenckiej.

Pat Garrett i Billy Kid to utrzymana w ponurej, nostalgicznej tonacji westernowa ballada o legendach Dzikiego Zachodu. Legendach wielokrotnie portretowanych na ekranach kin i telewizorów – choćby kilka lat wcześniej Andrew V. McLaglen przedstawił ich na drugim planie w filmie Chisum (1970). W ujęciu tak niezwykłej osobowości jak Peckinpah postacie wyglądają niesztampowo, jest w nich psychologiczna głębia i wewnętrzne rozdarcie. W obsadzie jest wielu znakomitych aktorów, mistrzów drugiego planu, ale kamera – zgodnie z tytułem – koncentruje się na dwóch legendach odgrywanych przez Jamesa Coburna i Krisa Kristoffersona, którzy prawie wcale nie mają wspólnych scen. Jest kilka wyjątkowo udanych scen, np. śmierć jednego z bohaterów w akompaniamencie utworu Knockin on Heaven’s Door. Elegijny klimat, współtworzony przez utwory Boba Dylana, doskonale podkreśla zmierzch epoki, co na etapie scenariusza nie było takie oczywiste (gdyż akcja toczy się w klasycznym okresie, Billy Kid zginął w 1881). W wizji Peckinpaha jest to zmierzch gatunku westernu, a nie Dzikiego Zachodu. Wartości reprezentowane przez stary amerykański Zachód przetrwały do współczesności, co widać w równolegle kręconych filmach sensacyjnych wyglądających jak współczesne westerny.

Osobno wypadałoby wspomnieć o tych, o których zazwyczaj się zapomina, bo nie mają gwiazdorskich nazwisk i pojawiają się na dalszym planie. Bez tych charakterystycznych twarzy trudno jednak sobie wyobrazić historię westernu. W filmie Pat Garrett i Billy Kid prawie cały drugi i trzeci plan jest wypełniony tymi twarzami. W kolejności alfabetycznej: R.G. Armstrong (Z piekła do Teksasu, 1958), Elisha Cook Jr. (Jeździec znikąd, 1953), Jack Elam (Vera Cruz, 1954), Richard Jaeckel (15.10 do Yumy, 1957), L.Q. Jones (Buchanan Rides Alone, 1958), Katy Jurado (W samo południe, 1952), Slim Pickens (Jeden przeciw wszystkim, 1958), Barry Sullivan (Czterdzieści rewolwerów, 1957), Dub Taylor (‘Cannonball’ w serii 50 westernów klasy B z lat 1939-49) i Chill Wills (Rio Grande, 1950). Każdy pokazuje tu swoją charakterystyczną twarz i w ogólnym rozrachunku obecność tylu westernowych weteranów w jednym filmie wpływa bardzo korzystnie na nostalgiczną aurę, udziela się widzom ta tęsknota za „starymi, lepszymi czasami”.

8. Major Dundee (1965)

Oprócz ról w filmach historycznych Charlton Heston dobrze sprawdzał się w westernach. Jego pierwszoplanowe role w Willu Pennym (1967) i Pojedynku po latach (1976) oraz drugi plan w Białym kanionie (1958) są bardzo udane, ale to Major Dundee był dla niego szczególnie ważny. Tak zaangażował się w ten projekt, że zrezygnował z pensji, aby go skończyć, a tytułowy bohater tak przypadł mu do gustu, że chciał uczynić z niego jedną z najlepszych ról w swojej karierze. Wykazał się przy tym dużą wyrozumiałością i determinacją, bo reżyser wcale nie ułatwiał mu zadania. Już na tym wczesnym etapie kariery Peckinpah zdradzał skłonności do pijaństwa, ale zrażał do siebie ludzi także z innych powodów i niejednokrotnie był wyrzucany z planu (odebrano mu m.in. możliwość reżyserowania Cincinnati Kida i The Glory Guys – do drugiego napisał scenariusz). Hestonowi bardzo podobał się poprzedni film Peckinpaha, Strzały o zmierzchu. To z jego powodu chciał uczestniczyć w tym projekcie, wierząc w talent reżysera i zdając sobie sprawę, że najważniejszy jest efekt końcowy, a nie to, co do niego prowadzi. Świetne filmy rodzą się w bólach…

Major Dundee w zamierzeniu pierwszego autora, Harry’ego Juliana Finka, miał być klasycznym westernem przygodowym. Dzięki wsparciu Oscara Saula (adaptatora sztuki Tramwaj zwany pożądaniem, 1951) scenariusz został wzbogacony psychologicznym portretem żądnego chwały oficera. Psychologiczna strona opowieści przypomina Moby’ego Dicka Hermana Melville’a, lecz zamiast białego wieloryba jest plemię Apaczów. Za sprawą Peckinpaha, który też maczał palce w scenariuszu, wyraźna jest polemika z klasycznymi westernami, w szczególności dziełami Johna Forda: Fort Apache (1948) i Poszukiwacze (1956). To szorstki, realistyczny film, jak na połowę lat 60. dość brutalny, będący pouczającym ćwiczeniem przed Dziką bandą.

Na krótko przed rozpoczęciem zdjęć nastąpiły zmiany w zarządzie wytwórni Columbia i nowe władze zdecydowały się obniżyć budżet i skrócić harmonogram pracy. Brak pieniędzy i czasu w przypadku takiej epickiej z założenia produkcji musiały wygenerować szereg problemów i w rezultacie nie wykorzystano w pełni potencjału, jaki tkwił w tej historii. Można tę pracę podsumować słowami: „Porażki niektórych reżyserów są ciekawsze niż sukcesy innych”, bo mimo mankamentów widać tu przebłyski geniuszu. To szlachetna klęska – jak bitwa, która mimo iż nie przynosi ostatecznego zwycięstwa w wojnie, pokazuje siłę armii i jej zdolności strategiczne. Liczne problemy wokół produkcji nie osłabiły także wspaniałej kreacji Charltona Hestona, stanowiącej świetną przeciwwagę dla kawaleryjskich ról Johna Wayne’a. Można jeszcze dodać, że w oryginalnej kinowej wersji Major Dundee ma pompatyczną marszową muzykę Daniele’a Amfitheatrofa wraz z piosenką autorstwa Neda Washingtona, jaką chętnie użyłby w swoim filmie John Ford albo Howard Hawks, jednak Peckinpah jej nie chciał. Dlatego w odnowionej, 136-minutowej wersji z 2005 roku dodano nową ścieżkę dźwiękową z muzyką skomponowaną przez Christophera Caliendo.

7. Ballada o Cable’u Hogue’u (The Ballad of Cable Hogue, 1970)

ballada-o-cable-hogue

Scenariusz Johna Crawforda i Edmunda Penneya stał się dla twórcy Dzikiej bandy nowym wyzwaniem, sprawdzeniem swoich umiejętności w nowym gatunku – balladzie westernowej. Najsłynniejszym jego filmem w tym duchu są Pat Garrett i Billy Kid (1973), ale już o trzy lata wcześniejszy western spełnia doskonale założenia gatunku, w czym też duży udział ma dobór odpowiedniej muzyki. W obu filmach oryginalnej, na pozór niepasującej do świata Dzikiego Zachodu, ale kreującej odrealniony klimat wokół realistycznych wydarzeń. Z poczuciem humoru i nostalgią reżyser opowiedział historię Cable’a Hogue’a (Jason Robards), który, porzucony na pustyni przez wspólników, trafił na źródło wody, stając się biznesmenem. Towarzyszy mu prostytutka Hildy (niezwykła rola Stelli Stevens), dla której związek z tytułowym bohaterem jest szansą na zmianę dotychczasowego stylu życia. Parę obserwuje Bóg pod postacią wędrownego kaznodziei (David Warner), ale czy Hogue będzie potrafił wykorzystać wszystkie okazje podsuwane mu przez los?

Ballada o Cable’u Hogue’u świadczy o szerokiej skali umiejętności reżysera, który nawet działając w obrębie jednego gatunku, potrafił stworzyć zróżnicowane dzieła. Film jest nastrojowy i romantyczny, wypełniony czułością i nostalgią, ale kiedy trzeba – również szorstki i frywolny. Interesująca jest oprawa muzyczna (melodie Jerry’ego Goldsmitha i piosenki Richarda Gillisa) – podobnie jak w filmie Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (1968) trójka pozytywnych bohaterów ma swój motyw muzyczny. Świetna jest obsada, na czele której stanął Jason Robards. Aktor zbliżał się już do pięćdziesiątki, ale jego kariera filmowa zaczęła dopiero nabierać rozpędu (na tamtą chwilę był cenionym aktorem teatralnym z nagrodą Tony w 1959). Postaci Cable’a Hogue’a nadał cechy wrażliwego, trochę zagubionego bohatera.

Osadzona w schyłkowym okresie Dzikiego Zachodu tragikomedia w oryginalny sposób przedstawia moment przełomowy w historii Ameryki. Moment, gdy powoli zbliżała się nowa rzeczywistość reprezentowana przez samochody, a na pustynnych terenach miały być w przyszłości zbudowane ulice i wysokie budynki. Duma samotnej jednostki upajającej się wolnością zostaje skonfrontowana z dumą nadchodzącej cywilizacji przynoszącej nowe wynalazki, tworzącej nowy świat na starych fundamentach. Ballada… jest doskonale wyważona, zawiera we właściwych proporcjach elementy komedii, westernu, musicalu, romansu i komentarza społecznego, dlatego nie popada nigdy w banał, a twórcy starali się unikać schematycznych rozwiązań. Jest to więc nie tylko jedno z najoryginalniejszych dzieł Peckinpaha, ale też jeden z najbardziej niezwykłych amerykańskich westernów.

Mariusz Czernic

Mariusz Czernic

Z wykształcenia inżynier po Politechnice Lubelskiej. Założyciel bloga Panorama Kina (panorama-kina.blogspot.com), gdzie stara się popularyzować stare, zapomniane kino. Miłośnik czarnych kryminałów, westernów, dramatów historycznych i samurajskich, gotyckich horrorów oraz włoskiego i francuskiego kina gatunkowego. Od 2016 „poławiacz filmowych pereł” dla film.org.pl, współpracuje z autorami bloga TBTS (theblogthatscreamed.pl), dawniej pisał dla magazynów internetowych Magivanga (magivanga.com) i Kinomisja (pulpzine.pl). Współtworzył fundamenty pod Westernową Bazę Danych (westerny.herokuapp.com),

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA