publicystyka filmowa

CZARNY ŁABĘDŹ a PERFECT BLUE. Hołd Aronofsky’ego czy luźna adaptacja?

Autor: Damian Halik
opublikowano

Czy presja, która prowadzi do (częściowego) zatracenia kontaktu z rzeczywistością i daje filmowcom możliwość popisania się kreacją onirycznych majaków, to wystarczający dowód na to, by oskarżać o zapożyczenie? Oba te filmy ewidentnie czerpią z psychologicznych teorii Carla Gustava Junga, dając nam obraz złożonych zależności między tym, jaki człowiek myśli, że jest, a tym, jak zmienia się jego ogląd własnego ja pod wpływem czynników zewnętrznych. Tylko tyle i aż tyle.

Na drodze ku prawdzie na temat zapożyczeń znamienny zdaje się fakt, że poza podobieństwem głównych bohaterek, które równie dobrze można by wyrwać z tkanek ich filmowych światów i zamienić je miejscami, kreacja właśnie ich otoczenia stanowi sedno różnic. Bo czy motyw stresu wywołanego nowymi wyzwaniami nie jest dla Kona zaledwie pretekstem do opowiedzenia o tym, jak łatwo bezbronną osobą manipulować może ktoś z jej otoczenia? Podczas gdy dla fabuły Perfect Blue najważniejszym zwrotem jest ujawnienie się Rumi, która stoi za całym zamieszaniem wokół Mimy, włączając w to wykorzystanie upośledzonego człowieka do roli uporczywie nękającego młodą gwiazdę stalkera, w Czarnym łabędziu punktem wyjścia zdaje się właśnie zerwanie więzów, która przez lata pętały ręce i nogi Niny – jej matka (Barbara Hershey) jest więc po części odpowiednikiem zarówno Rumi, jak i Me-Maniaka (stąd wizualne nawiązania), ale stanowi przy tym dodatkowy element presji, który w gruncie rzeczy jest ostatecznym czynnikiem wyzwalającym szaleństwo i geniusz z baletnicy.

Ostatecznie trudno nie zgodzić się z argumentami obu stron – Aronofsky wiele zapożyczył z historii wykreowanej przez Yoshikazu Takeuchiego, a zekranizowanej Satoshiego Kona. Nie jest to jednak powtórna adaptacja mangi ani tym bardziej remake anime. Sam – jako fan obu tych tytułów – mam pewien problem z ich oceną. Zawsze budzą u mnie skojarzenia krzyżowe – gdy oglądam jeden, myślę o drugim i na odwrót. Wszystkie te zbieżności nabierają jednak odpowiedniego dystansu dopiero w momencie, gdy obejrzy oba filmy jeden po drugim. Wówczas nie trzeba zdawać się na zawodną pamięć i ulegać jej złudnemu działaniu. Zaryzykuję bowiem stwierdzenie, że podobieństwo Czarnego łabędzia do Perfect Blue opiera się przede wszystkim na głównym motywie (wcale nie takim rzadkim w kinematografii) oraz ogromie wizualnych nawiązań, które przecież same w sobie nie oznaczają plagiatu – co najwyżej hołd (tym bardziej, że Aronofsky ma prawa do adaptacji). Problem w tym, że po seansie to właśnie obraz, a nie historia (o której pamieć blaknie z czasem), zostaje w naszej głowie.

Być może Aronofsky chciał nakręcić remake Perfect Blue, lecz puszczenie wodzy fantazji sprawiło, że stworzył zupełnie nowy, wychodzący z podobnych założeń twór?

Czy nowojorczyk rzeczywiście planował hołd dla Czajkowskiego i Dostojewskiego, ale jego myśli powędrowały ku Perfect Blue zupełnie przypadkiem, ostatecznie pochłaniając go bez reszty? Jeśli nie uwierzymy mu na słowo – to zaś zaprzecza wpływom opowieści o Mimie Kirigoe – najpewniej nigdy nie poznamy odpowiedzi na to pytanie. Trudno więc wyjść poza ramy dwóch najbardziej prawdopodobnych scenariuszy, które mogły doprowadzić do powstania Czarnego łabędzia: Aronofsky albo przesadził z liczbą aluzji do kultowego anime w swoim autorskim dziele, jest przecież z tego znany, albo rzeczywiście zapragnął stworzyć remake filmu Satoshiego Kona, w trakcie realizacji zbyt daleko puścił jednak wodze fantazji, która zaprowadziła go w zupełnie nowe rejony, niwecząc przy tym plany i ustanawiając zupełnie nowe, odrębne dzieło. Ostatecznym dowodem na to, że bliższa prawdy jest pierwsza z wersji wydarzeń, zdają się informacje, jakich pod koniec zeszłego roku w rozmowie z „Dazed Magazine” udzielił Masao Maruyama – producent oryginalnego Perfect Blue.

Ze słów Maruyamy jasno wynika, że wraz z Konem od dawna prowadzili rozmowy z Aronofskym, a Czarny łabędź, choć bardzo interesujący, dzieli z Perfect Blue tylko kilka scen oraz motyw obsesji i zatracania własnej tożsamości – to jednak za mało, by uznać go za adaptację. Ta – podobno – jest dopiero przed nami.

Smutnego wydźwięku dodaje całej sprawie fakt, że zdjęcia do Czarnego łabędzia kręcono na pół roku przed śmiercią walczącego z rakiem trzustki Satoshiego Kona. I nie miałbym nic przeciwko, gdyby właśnie w ten sposób wytłumaczono inspirację – film mógłby stać się hołdem dla mistrza, podobnie jak zrobił to Alejandro González Iñárritu, który ze Zjawy uczynił żywy pomnik Andrieja Tarkowskiego. Gdyby tylko Aronofsky nie szedł w zaparte…

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane