publicystyka filmowa

CZARNY ŁABĘDŹ a PERFECT BLUE. Hołd Aronofsky’ego czy luźna adaptacja?

Autor: Damian Halik
opublikowano

Perfect Blue to film wybitny – Czarny łabędź moim zdaniem też, choć werdykt ten nie jest aż tak powszechnie akceptowalny. Oba tytuły z pewnością łączy gatunek i sposób realizacji jego wytycznych, ale co bardziej zdeklarowani na antyplagiatowe potępienie Aronofsky’ego wskazują na podobieństwa już na etapie porównywania samych zarysów fabuły, a te – oczywiście po odpowiednim spreparowaniu – wydają się łudząco podobne:

Perfect Blue:

Mima Kirigoe to młoda gwiazda J-popu, która staje przed szansą wykonania kolejnego wielkiego kroku w swojej karierze. By zostać gwiazdą filmową, musi jednak wiele poświęcić, stopniowo zatracając przy tym swoje własne ja.

Jak na tym tle wypada Czarny łabędź?

Mima Kirigoe Nina Sayers to młoda gwiazda J-popu baletnica, która staje przed szansą wykonania kolejnego wielkiego kroku w swojej karierze. By zostać gwiazdą filmową primabaleriną, musi jednak wiele poświęcić, stopniowo zatracając przy tym swoje własne ja.

Choć oglądane w obu filmach sceny są pozornie identyczne, Kon i Aronofsky wykorzystują je w zupełnie innym celu.

Widząc te opisy, można wydać wstępny wyrok na plagiatora – ale czy na pewno? Jak wspomniałem, są one łudząco podobne po odpowiednim spreparowaniu – to zaś zakłada wytłuszczenie podobieństw z jednoczesnym przemilczeniem tego, co oba filmy różni. A jest tego sporo. Ktoś powie, że zmiana jednej artystycznej branży na drugą jest niuansem – zgoda. W tej kwestii motywem przewodnim jest przecież presja, jaką na młodej osobie wywołują zupełnie nowe życiowe sytuacje. To zatracenie się w pracy i stałe majaki senne, które podkreślają wahanie głównej bohaterki, stanowią czołowy wątek obu filmów, a w Perfect Blue zdają się wręcz wołać o powrót do poprzedniego etapu kariery – mamy więc lustra, które pokazują kogoś innego niż osobę w nie patrzącą; to samo dzieje się z odbiciem w szybie wagonu metra.

Już na tym etapie warto jednak zauważyć, że choć sceny te są pozornie identyczne, Kon i Aronofsky wykorzystują je w zupełnie innym celu. Młoda gwiazdka J-popu za namową managera postanawia porzucić niepoważną branżę, przez którą przypięto jej łatkę grzecznej i delikatnej dziewczynki, lecz fakt, że właśnie taką osobą była w rzeczywistości, a teraz musi to zmienić, potęguje w Mimie chęć powrotu do śpiewania – manager podpowiada jednak coś zupełnie innego, a za jego namową dziewczyna godzi się między innymi na scenę seksu w serialu, do którego dostała angaż, następnie także na rozbieraną sesję fotograficzną – wszystko wbrew sobie i jakby na potwierdzenie typowego dla Japończyków „nie mogę zawieść ich oczekiwań”.

Zupełnie na odwrót wygląda to w przypadku Niny – niesamowicie utalentowanej baletnicy, perfekcjonistki, która ma szansę na zostanie primabaleriną w zupełnie nowej inscenizacji Jeziora łabędziego – w tym celu musi jednak zrozumieć, że perfekcja nie polega wyłącznie na idealnym wykonywaniu kolejnych kroków i figur, a na zatraceniu się w tańcu w taki sposób, by porwać ze sobą tłumy. Geniusz od szaleństwa dzieli bardzo cienka linia, jednak jak dotąd grzeczna i ułożona dziewczynka, jaką Nina wciąż jest, nie była w stanie nawet zbliżyć się do tego pułapu. Jeśli jednak tego nie zrobi, jej życiowa szansa przepadnie.

Obie dziewczyny zmierzają w zupełnie innych kierunkach.

W tym miejscu fabuła obu filmów wyraźnie się rozjeżdża, dalej operując bardzo podobnymi środkami wyrazu – i to właśnie doskonale podbijającą atmosferę muzykę Clinta Mansella oraz mroczne zdjęcia Matthew Libatique’a należy „winić” za skojarzenia z Perfect Blue. Tam, gdzie Darren Aronofsky opowiada własną historię, nie kończą się bowiem aluzje.

Ostatnio dodane