W stronę zachodzącego słońca

SHALAKO. 50 lat od premiery

James Bond i francuska seksbomba kontra fałszywi Apacze.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Shalalalala!

To ciekawe, ale będący zawsze wielkim fanem gatunku Sean Connery nie miał nigdy większej sposobności, aby wystąpić w westernie – do czego z pewnością przyczynił się jego charakterystyczny, szkocki akcent. Nie licząc fragmentów Nietykalnych Briana De Palmy oraz osadzonej w przyszłości kalki W samo południeOdległego lądu – jedynym takim tytułem w jego dorobku jest właśnie niemiecko-brytyjsko-amerykańska koprodukcja z 1968 roku, w której partneruje samej Brigitte Bardot. Oboje u szczytu popularności, wybrali udział w Shalako zamiast ról we W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości. Connery głównie po to, by odpocząć, a nawet zerwać z wizerunkiem agenta 007, którego wcześniej grał aż pięciokrotnie (a w którego później wcieli się jeszcze dwa razy). Mająca już na swoim koncie udział w niezapomnianym Viva Maria! Bardotka była z kolei bezpiecznym wyborem last minute, gwarantującym zainteresowanie publiki.

Shalako nawet w swoich najlepszych momentach nie ekscytuje.

Ten nakręcony w legendarnej Almerii za pięć milionów zielonych (z czego niespełna 1/3 sumy przypadła w udziale Connery’emu) film przenosi nas do Nowego Meksyku A.D. 1880. Z miejsca wita nas planszą punktującą historyczne konotacje, jasno dające do zrozumienia, że już wtedy Dziki Zachód cieszył się popularnością wśród nie tylko szukających lepszego życia emigrantów, lecz także czystej maści turystów oraz żądnych wrażeń ludzi z całego świata. To wszak z nimi wiąże się fabuła, w której do czynienia mamy z grupką bezmyślnych arystokratów z Europy, radośnie polujących sobie na zwierzęta pośród terenów… rezerwatu Apaczów. Pragnący przepędzić ignoranckich przybyszów Indianie w ostatniej chwili ulegają jednak argumentom tytułowego herosa – wysłanego bogaczom na ratunek byłego żołnierza. Shalako dostaje czas do świtu, aby bezpiecznie wyprowadzić obcych poza przypieczętowaną traktatem granicę – inaczej poleje się krew. Jak się wkrótce przekona, nie będzie to takie łatwe zadanie…

Trzeba przyznać, że powstały na kanwie wcześniejszej o sześć lat powieści Louisa L’Amoura (oui!) punkt wyjścia sympatycznie koresponduje nie tylko z nazwiskami poszczególnych wykonawców głównych ról – m.in. Valerie French czy też Petera van Eycka, dla którego był to ostatni występ w przedwcześnie zakończonym życiu – ale również, przede wszystkim, producenta projektu, którym był Dimitri de Grunwald (sic!). Zresztą to właśnie międzynarodowa ekipa robi w tym wypadku większe wrażenie niż sama intryga – dość błaha i generalnie pozbawiona prawdziwego pazura, nerwu, charakteru. Stojący za kamerą Edward Dmytryk oraz ściągnięty z serii o Bondzie operator Ted Moore nie dali co prawda plamy, bo technicznie Shalako jest wykonane bez zarzutu. Lecz przez cały, blisko dwugodzinny seans tego pięćdziesięcioletniego już widowiska trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby za jego realizację odpowiadał ktoś z lepszym okiem i bardziej wyrazistym stylem, to wyszłoby zdecydowanie ciekawsze, lepiej poprowadzone, mocniej angażujące dzieło. A tak dominują raczej stany średnie i Shalako nawet w swoich najlepszych momentach nie ekscytuje.

Niestety, ale wrzucony pomiędzy akcję, pozbawiony chemii wątek romansowy pomiędzy Connerym a Bardotką jest niezręczny i nieprzekonujący. Także samo bożyszcze ówczesnych kinomaniaków nie ma specjalnie co zaprezentować pod względem aktorstwa, jak i wdzięków w ogóle, głównie snując się po prerii w szytych na miarę ciuszkach godnych francuskiej burżuazji. Podobnie nijako wypada muzyka właściwie kompletnie nieznanego Roberta Farnona – choć ścieżkę dźwiękową otwiera nawet niezła, typowa dla gatunku, niemniej mająca odpowiednią energię ballada na cześć naszego bohatera. Bohatera, dodajmy, jako jedynego autentycznie dającego się lubić.

W Shalako tylko Connery jest w stanie przyciągnąć nasze zainteresowanie, zachowując jednocześnie, mimo wszystkich starań, lekko bondowską manierę (co być może wpływa na ogólny odbiór jego kreacji, bo w końcu James jest zawsze na propsie). A przecież drugi plan zaludniają równie głośne nazwiska – Stephen Boyd (Ben Hur), Jack Hawkins (Most na rzece Kwai) oraz wydłużająca listę konotacji ze światem brytyjskiego wywiadu, znana z Goldfingera Honor Blackman, czyli pamiętna Pussy Galore (tu nadal będąca definicją chodzącego, dojrzałego seksu). Niestety wszystkim dostały się role albo irytujących debili, albo też wątpliwych moralnie zwyrodnialców, których najchętniej zobaczylibyśmy poprzeszywanych na wylot indiańskimi strzałami (co w przypadku niektórych się ziszcza).

Czekoladą na tym pachnącym prochem i spalenizną torcie jest weteran gatunku Woody Strode, z jakichś przyczyn zatrudniony do roli charyzmatycznego syna… wodza Apaczów. Pomijając milczeniem brak iskier w tym występie, jak i w jego nieodzownym pojedynku z Connerym, dzisiaj nazwalibyśmy to chyba przykładem blackwashingu. Zresztą żaden „czerwonoskóry” pojawiający się na ekranie nie jest prawdziwym reprezentantem rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej (co doskonale widać w jednej ze scen, kiedy to przewracającemu się kaskaderowi spada z głowy peruka). Trudno jednak w tym wypadku oczerniać producentów, ponieważ gdy ci spojrzeli na potencjalnych kandydatów z USA, okazało się, że większość cierpi na poważną nadwagę lub ma wyraźnie przepite wodą ognistą spojrzenia. To gorzkie podsumowanie całego przedsięwzięcia, jak i niezwykle smutny, wciąż postępujący efekt zmieniających się czasów i dominacji białego człowieka na tym niegdyś dziewiczym kontynencie.

Nie dziwne, że box office nie był dla Shalako łaskawy. Nie pomógł duet Connery-Bardot ani inne sławy w napisach. Nie udało się także twórcom wstrzelić w rosnącą na świecie popularność spaghetti westernów i przekonać do siebie prasy, więc w rezultacie film zdołał uzbierać jedynie ułamek sumy, którą kosztował, całkowicie przekreślając szanse na planowany sequel. Dopiero z czasem zaczęto patrzeć nieco przychylniejszym okiem na ten tytuł. W niektórych kręgach doczekał się on nawet statusu pozycji kultowej. Lekko na wyrost, ale też i rzeczywiście jest to trochę rodzaj takiej grzesznej przyjemności. Ogląda się bezboleśnie, lecz i daleko do ekscytacji, którą obiecywały niegdyś materiały promocyjne, krzyczące:

„Connery to Shalako! Shalako to akcja! Akcja to Bardot!”

No cóż, nie do końca. Dlatego bardzo chętnie zobaczyłbym remake. Shalako z Danielem Craigiem / Pierce’em Brosnanem i Evą Green? Kupowałbym za dolara! 

PS W tym samym czasie i miejscu kręcono także wojenną Brudną grę z Michaelem Caine’em. Często dochodziło więc do tego, że obie ekipy nie tylko sobie przeszkadzały, ale też zmuszone były po sobie sprzątać. Jedni bezustannie zacierali przed każdym ujęciem ślady kół ciężarówek, a drudzy musieli zamiatać… końskie odchody. Ot całe piękno sztuki filmowej.

Ostatnio dodane