Od szeptu w krzyk

WZGÓRZA MAJĄ OCZY. Syndrom ślepej ofiary, którą należy zabić

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Niektóre filmy można z powodzeniem nazywać nieodrodnymi dziećmi swoich czasów zarówno pod względem tematyki jak i stylu. Wzgórza mają oczy Wesa Cravena to jedno z nich. Dzisiaj produkcja uważana jest za kultową, być może ze względu na formę, która wynika z minimalizmu zastosowanych środków, albo mówiąc wprost, z braku finansów na profesjonalną, techniczną realizację. Takie to jednak były czasy dla twórców horrorów, którzy nie chcieli kręcić historii o duchach i potworach z zaświatów. W latach 70. zafascynowali się realistycznym, wręcz dokumentalnym podejściem do filmowanych opowieści, co miało swój urok wtedy, w czasach rewolucji kulturalnej i obłych kineskopów. Dzisiaj jednak takie a-techniczne podejście zwyczajnie męczy oczy i psychikę odbiorcy. Wyobraźcie sobie wczesne produkcje Cravena wyświetlane na telewizorze 4k HDR przy 10-bitowej głębi koloru i ponad 8 milionach wyświetlanych pikseli. Co chwilę trzeba wytężać wzrok, żeby dostrzec, co się dzieje w cieniach kadru (a i tak 16-minimetrowa klisza nie wyłapała tam żadnych danych) oraz przebijać się przez bezsensownie pływającą głębię i płaszczyznę ostrości sterowane bez użycia follow focusa.

Niewątpliwie Wes Craven ze swoimi horrorami klasy B zapewnił inspiracje innym twórcom. Czasem, żeby powstały arcydzieła, muszą wpierw powstać gnioty.

O jakości dźwięku i jego synchronizacji z obrazem nawet nie wspominam, ani o kolorze farby użytej do imitowania krwi. Dlatego Wzgórza mają oczy to nieodrodne dziecko swoich czasów, niemniej historycznie dla kina cenne ze względu treść, która może się wydawać już dzisiaj banalna, ale wtedy naprawdę straszyła, a poza tym miała swój wymiar moralizatorski. Co ciekawe akurat w tym względzie produkcja Cravena jest najmniej pretensjonalna oraz najbardziej aktualna. Poza tym Wes Craven ze swoimi horrorami klasy B zapewnił inspiracje innym twórcom. Czasem, żeby powstały arcydzieła, muszą wpierw powstać gnioty. Nim przejdziemy do Cravenowskich mądrości etycznych, zacznijmy jednak od wytknięcia reżyserowi wszelkich naiwności w zachowaniu jego bohaterów, co generalnie jest największą bolączką 99 procent horrorów na świecie.

Zastanawiam się, czy rodzaj widzów przez te kilkadziesiąt lat się aż tak zmienił, w sensie ich percepcji i wrażliwości na przemoc, bo Wzgórza mają oczy już nie straszą, za to śmieszą. Zacznijmy od głównych bohaterów, a więc rodziny Carterów, której głowa, czyli senior Bob Carter, chory na serce, emerytowany policjant od samego początku, czyli dotarcia na zdemolowaną stację benzynową, wykazuje się nadzwyczaj czułym instynktem gliniarza. Nie bacząc na ostrzeżenia Freda, właściciela stacji, rusza w kierunku opuszczonej kopalni. Nie zwraca uwagi ani na stan wyludnionej okolicy, ani na jej złowrogą historię. Dawno temu odbywały się tu próby z bronią atomową, a w pobliżu znajduje się baza wojskowa. Cały teren przypomina złowrogie miejsce, gdzie zamieszkuje samo zło.

W większości horrorów musi tak być, że ofiary same lezą w szpony śmierci. Słyszałem, że z założenia jest właśnie tak, ponieważ trzeba budować suspens. Ale np. taki Hitchcock umiał go jakoś w ten sposób tworzyć, że przy okazji nie robił aż takich idiotów ze swoich bohaterów. Najwidoczniej się da, czego twórcy horrorów nie chcą zaakceptować. Trudno. Wracając co rodziny Carterów i opisywania ich bezsensownego postępowania, dzięki świetnemu pilotowaniu ich wycieczki przez starego Cartera, zbaczają z głównej drogi, dokładnie wbrew ostrzeżeniom Freda ze stacji. Zachowanie seniora rodu Carterów jako kierowcy jest tak idiotyczne, że trudno zachować powagę przed ekranem. Co byście zrobili, kiedy by nad waszymi głowami przeleciał nisko myśliwiec, a przed wami rozpościerała się aż po horyzont wyboista droga? Chyba logicznie byłoby zwolnić, albo nawet się całkiem zatrzymać. Stary Carter myśli zupełnie odwrotnie. On się ściga z myśliwcami swoim wielkim amerykańskim wozem z przyczepą trzęsącą się na wszystkie strony gdzieś z tyłu. W końcu wpada w poślizg i na większym dołku łamie ośkę. Horror musiał przecież się jakoś zacząć. Szkoda jednak, że w tak naciągany sposób.

Później zaczyna się już prawdziwa lawina nieracjonalnych poczynań. W nocy stary Carter decyduje się wrócić do stacji. Robi to oczywiście z bronią, ale sam. Ginie wkrótce po Fredzie w nieco gorących okolicznościach. Reszta towarzystwa, mimo że zaniepokojona jego nieobecnością, decyduje się rozdzielić. Część śpi w aucie, a część w przyczepie. W nocy Bobby Carter (Rober Houston) słyszy ujadanie psa i oczywiście wychodzi z przyczepy, zostawiając otwarte drzwi. Nie trudno się domyślić, że do przyczepy wkradnie się któryś z kanibali – jest to Pluto (Michael Berryman). Niedługo później wybucha gdzieś w oddali stos. Stary Carter skwierczy jak wielka pochodnia, a trawi go paliwo wysączone z baku zepsutego samochodu rodziny. Wszyscy lecą w tym kierunku, ale zapominają o Brendzie Carter (Suze Lanier-Bramlett) i jej dziecku, która jest już w rękach Pluta i Merkurego. I tak grupa zostaje zmyślnie rozmontowana, Brenda zgwałcona, a dziecko porwane. Trzeba przyznać, że jak na szalonych kanibali grupa zwyrodnialców działa zadziwiająco racjonalnie, niemal jak drapieżnicy na polowaniu. Mało tego, osobiście dziwnie się czuję jako widz, gdy uświadamiam sobie, że napastnicy przebrani w łachmany, kawałki skór i naszyjniki z zębów, porozumiewają się ze sobą przez krótkofalówki. Jeśli Craven chciał dodać jakiś postmodernistyczny element, to moim zdaniem przesadził.

Ostatnio dodane