Od szeptu w krzyk

W sieci zła (1998)

Denzel Washington poluje na demona w ponurym połączeniu thrillera policyjnego z horrorem.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Zło dotyka wszystkich

Całkiem przypadkowo wybrane przeze mnie na pierwszy tytuł tegorocznej odsłony Od szeptu w krzyk obchodzić będzie za dosłownie parę tygodni swoje dwudziestolecie. Dwie dekady temu był to niepozorny film; pojawił się u nas od razu na wideo, bez dystrybucji kinowej. Wtedy nie zdarzało się często, aby amerykańska produkcja z gwiazdami w obsadzie, zrealizowana przez duże studio, krótko po swojej premierze w Stanach Zjednoczonych wylądowała w wypożyczalniach zamiast na dużym ekranie. Taki fakt sugerował, że z dziełem Gregory’ego Hoblita może być coś nie tak (dla porównania – dzisiaj nikt się nie boi filmów bez kinowej premiery). Już po pierwszym seansie jednak wiedziałem, że nie jest to problem W sieci zła, ponurego, ale wciągającego połączenia thrillera policyjnego z horrorem.

W noc swojej egzekucji seryjny morderca Edgar Reese mówi detektywowi odpowiedzialnemu za jego schwytanie, Johnowi Hobbesowi, że w przyrodzie nic nie ginie. Znamienne słowa, jak się okazuje. Wkrótce po straceniu przestępcy zaczynają umierać ludzie, zabici w ten sam sposób, jak czynił to Reese. Czyżby miał wspólnika? A może kopiuje go naśladowca? Pierwsza godzina filmu Hoblita przypomina inne powstałe w latach 90. thrillery o nieuchwytnych mordercach, na czele z Siedem, zarówno pod względem rozwoju fabuły, zasadzającej się na odkrywaniu przez policję coraz to bardziej przerażających tropów, jak i atmosfery zwiastującej, że cokolwiek czeka bohaterów na końcu ich drogi, przyjemne nie będzie.

Ale jest tu również wrażenie nienaturalności związanej z prowadzonym przez Hobbesa śledztwem, trudny do sprecyzowania element fantastyczny. Zniekształcenie, jakiemu ulega obraz, gdy oglądamy rzeczywistość z perspektywy Reese’a, można wytłumaczyć jego chorym umysłem, ale jak wyjaśnić moment śmierci mordercy, kiedy to subiektywne spojrzenie unosi się nad ciałem i wędruje ku innej osobie? Niedługo później kamera Newtona Thomasa Sigela (Podejrzani, Drive) obserwuje zbiorowisko ludzi wieczorną porą, przenosząc swą uwagę z jednej osoby na drugą, kiedy się mijają, a konkretnie – kiedy delikatnie nawet się dotykają. Obie te sceny każą nam przyjąć, że cokolwiek siedziało w zbrodniarzu, wydostało się po jego śmierci na wolność, a przenoszone jest właśnie przez dotyk. Musi minąć jednak dobra godzina filmu, zanim reżyser potwierdzi nasze podejrzenia – detektyw Hobbes mierzy się nie z człowiekiem, a upadłym aniołem, demonem obecnie, który postanowił zabawić się kosztem policjanta.

Scenariusz jest najlepszy, kiedy odchodzi od typowo sensacyjnej formuły na rzecz horroru nastawionego na coraz silniejsze przeświadczenie, że człowiek jest bez szans w starciu ze złem, które dotknąć może każdego.

Tego gra Denzel Washington, całkiem nieźle odnajdujący się w kinie grozy, choć jego rola to właściwie powtórka z rozrywki. W Rykoszecie Russella Mulcahy’ego wcielił się w gliniarza, a następnie zastępcę prokuratora będącego na celowniku psychopatycznego kryminalisty, który po ucieczce z więzienia wrabia bohatera w liczne zbrodnie. Tu dzieje się podobnie, ale scenariusz Nicholasa Kazana jest najlepszy, kiedy odchodzi od typowo sensacyjnej formuły na rzecz horroru (stąd pewnie pierwsza połowa filmu jest słabsza od drugiej). Horroru jednak unikającego gwałtownego użycia muzyki czy wyskakujących zza kadru straszydeł, lecz nastawionego na coraz silniejsze przeświadczenie, że człowiek jest bez szans w starciu ze złem, które dotknąć może każdego. To metaforyczne stwierdzenie jest wspaniale zobrazowane w scenach, gdy niczego nieświadomi ludzie stają się nosicielami demona, a ten błyskawicznie przeskakuje z jednego ciała do drugiego. Boimy się tego, z jaką łatwością odebrana może nam zostać nasza wola, prostoty w poddaniu się siedzącej w nas, być może od zawsze, sile złego.

Ostatnio dodane