Od szeptu w krzyk

TOŻSAMOŚĆ (2003). Morderca jest wśród nas

„Tożsamość” przypomina najbardziej klasyczny kryminał pod słońcem, ale od początku daje znaki, że bohaterom grozi coś więcej niż seryjny morderca. Wciąż zachwyca!

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Twist ekstremalny w świecie Agathy Christie

Po 16 latach od premiery Tożsamość Jamesa Mangolda wydaje się trochę już zapomnianym thrillerem, z trochę już przebrzmiałymi aktorami i punktem wyjścia do cna wykorzystanym, odkąd Agatha Christie napisała w 1939 roku I nie było już nikogo (znanym u nas lepiej pod tytułem Dziesięciu małych Murzynków). Fabuła obu dzieł obraca się wokół spotkania dziesięciorga nieznajomych, którzy w odciętym od reszty świata miejscu giną jedno po drugim. Oczywiście, będąc na celowniku mordercy, próbują go odnaleźć, zanim ten ich zabije, lecz zarówno Christie, jak i Mangold nie dają swym bohaterom zbyt wielkich szans na wyjście cało z sytuacji. Podczas gdy książka trzyma się jednak swej kryminalnej struktury, film w pewnym momencie dryfuje w innym kierunku, mniej zainteresowany pytaniem o tożsamość mordercy, a bardziej niemożliwością realizacji tego, co oglądamy na ekranie. Groza wynika z poczucia stopniowej niewiary w zastaną rzeczywistość.

Już sposób, w jaki scenariusz Michaela Cooneya łączy ze sobą postaci, każąc im zjawić się w hotelu, jest zastanawiający. W drodze do Kalifornii prostytutce Paris wypadają z jadącego auta ubrania, wśród nich szpilka, która jakiś czas później przebija oponę samochodu trzyosobowej rodziny Yorków. Podczas wymiany koła pani York nieuważnie staje na drodze i wpada pod limuzynę prowadzoną przez Eda, byłego policjanta, obecnie kierowcę znanej kiedyś aktorki. Wszyscy razem trafiają do przydrożnego hotelu prowadzonego przez Larry’ego – niestety pomocy stamtąd nie wezwą, gdyż padły wszystkie telefony, a stało się to w momencie, gdy Paris walnęła swoim samochodem w słup telefoniczny. Ed postanawia pojechać do szpitala, ale droga prowadząca do najbliższego miasta jest zalana; kiedy wraca do hotelu, jest już w towarzystwie zabranych po drodze Paris oraz pary nowożeńców, Lou i Ginny. Chwilę później zjawia się tam również eskortujący skazańca Rhodes, lecz i policyjne radio wydaje się nie działać. Wyczulony na zbiegi okoliczności widz zacznie zastanawiać się nad tym, czy jest świadkiem realizacji teorii o efekcie motyla, zabawy scenarzysty, który nie jest głuchy na ironię, czy też czegoś jeszcze innego, bardziej niesamowitego.

Moment kiedy Liotta ściąga marynarkę, aby ujawnić wielką plamę krwi na swojej koszuli, być może najlepiej oddaje dwoistą naturę filmu, udającego kryminał dreszczowca, tylko o krok oddalonego od horroru.

Mangold stawia na realizm, choć przez nagromadzenie dziwnych wypadków, zanim jeszcze ktoś zginie, ma się wrażenie, że los bohaterów nie spoczywa wcale w ich rękach. Godzimy się jednak na takie, a nie inne zawiązanie akcji, gdyż doskonale znamy schemat – nieznajomi muszą znaleźć się w jednym miejscu, to musi sprawiać wrażenie odciętego od reszty świata, każdy z nich jest w jakiś sposób podejrzany, choć niekoniecznie na tyle, aby być mordercą. Najłatwiej nam utożsamić się z Edem, którego gra John Cusack, gdyż od początku bierze na siebie odpowiedzialność za wypadek, później stając się nominalnym detektywem tej opowieści. Nawet bardziej niż Rhodes, policjant z twarzą Raya Liotty, aktora, któremu trudno zaufać nawet, gdy gra pozytywne postaci. Moment kiedy ściąga marynarkę, aby ujawnić wielką plamę krwi na swojej koszuli, być może najlepiej oddaje dwoistą naturę filmu, udającego kryminał dreszczowca, tylko o krok oddalonego od horroru. John Hawkes jako Larry ma twarz cwaniaczka, a zachowanie jego bohatera jest w najlepszym wypadku nieprzekonujące, za to grana przez Amandę Peet Paris jest ciekawym wariantem „dziwki o złotym sercu”, również dlatego, że scenariusz nie przewiduje dla niej romantycznej roli. Dziewczyna jest jednak lepsza niż na pierwszy rzut oka się wydaje, bo poznajemy jej wcale nie takie nierealne marzenie, chyba jako jedynej z całej grupy.

Mangold od początku swojej kariery prezentuje świetną rękę do aktorów, co udowodnił w Cop Land (gdzie jedną z najlepszych ról dał Sylvester Stallone), Przerwanej lekcji muzyki (Oscar dla Angeliny Jolie), Spacerze po linie (Oscar dla Reese Witherspoon) oraz niedawnych Wolverinie i Loganie, gdzie wycisnął z tytułowej postaci (i grającego ją Hugh Jackmana) wszystkie soki. Nie inaczej jest w Tożsamości, choć najbardziej w pamięć zapada drugoplanowy Pruitt Taylor Vince jako tajemniczy Malcolm Rivers; ze swoim zdiagnozowanym oczopląsem oraz wręcz dziecięcą niewinnością wypisaną na twarzy aktor kompletnie przeczy wizerunkowi wielokrotnego mordercy, w którego się wciela.

Ostatnio dodane