Od szeptu w krzyk

SKANERZY. Film jednej sceny?

Chyba najbardziej komercyjny film Davida Cronenberga i kultowy dzięki zaledwie jednej scenie.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

"Wysuszę ci mózg"

W filmografii Davida Cronenberga Skanerzy zajmują szczególne miejsce – jest to tytuł, który ogromna liczba widzów rozpozna natychmiast po zaledwie jednej scenie (jednym kadrze!), ale śmiem wątpić, czy równie dużo ludzi będzie mogło powiedzieć, że widziało go w całości. Wszyscy pamiętają wybuchającą głowę, efekt prawdziwie rewelacyjny, jednak sam film wydaje się dziś nieco zapomniany i nawet przez fanów kanadyjskiego reżysera ignorowany, gdy wymienia się jego najsłynniejsze dokonania. Można to zrozumieć bardziej komercyjnym podejściem twórcy, który po trzech wcześniejszych, surowych i niepozbawionych ambicji horrorach (Dreszcze, Wściekłość, Potomstwo) postanowił nakręcić kino w gruncie rzeczy rozrywkowe, łączące sensacyjną fabułę z elementami fantastyki i gore. Skanerzy nie są nawet w czołówce najlepszych filmów Cronenberga, ale z pewnością są jednym z jego najbardziej przystępnych dzieł, zachęcającym do eksploracji podjętych przez reżysera w całej jego twórczości tematów cielesnego i psychicznego zniewolenia.

Kim są tytułowi skanerzy? W wielkim skrócie to telepaci, osobnicy, którzy nie tylko słyszą myśli innych ludzi, ale i potrafią nimi manipulować, a nawet zabić. Fantastyczna moc ma jednak swoją cenę – skanerzy to jednostki niestabilne psychicznie i emocjonalnie, uzależnione od leku blokującego ich zdolności. Dodatkowo okazuje się, że zaczyna ich eliminować jeden z nich, psychopatyczny Darryl Revok. Wysłany za nim zostaje Cameron Vale, do niedawna bezdomny, nieświadomy swych niecodziennych umiejętności. Wyszkolony przez enigmatycznego dr. Rutha, człowieka pracującego dla firmy zbrojeniowej, Vale rozpoczyna poszukiwania Revoka, wkrótce zaś znajduje wsparcie w osobie skanerki, Kim Obrist (znana z Siedmiu czarnych nut, choć dla mnie przede wszystkim z serialu Niebezpieczne ujęcia, Jennifer O’Neill).

Nawet z tego krótkiego opisu trudno rozpoznać tu rękę króla horroru wenerycznego, jak określano swego czasu Cronenberga. Ciało ustępuje miejsca umysłowi, którego siła prowadzi do groźby utraty kontroli nad samym sobą oraz różnego rodzaju alternacji fizycznych, głównie destrukcyjnych, ale ostatecznie w centrum zainteresowań reżysera jest moc psychiczna. Seksualne obsesje są tu nieobecne, zastąpione niemal szpiegowskim kostiumem oraz antycznym konfliktem, gdzie grzechy ojca przechodzą na jego dzieci, które dorosły i domagają się zemsty. Do tego dochodzi prawdziwie cyberpunkowy moment, kiedy Cameron łączy się z systemem nerwowym komputera i zaczyna skanować jego zawartość – powstrzymać go może jedynie komenda samozniszczenia maszyny, choć zamiast cichego jej wyłączenia mamy potężną eksplozję po jednej stronie i stopioną słuchawkę telefoniczną po drugiej, namacalny efekt psychicznego spustoszenia. Mając w pamięci inne obrazy Cronenberga, wiele osób poczuje się zawiedzionych tym, jak bardzo komercyjnym projektem są Skanerzy.

Nie ja. Skoro dany film osiąga status kultowego wyłącznie dzięki jednej scenie, może to świadczyć o wielkości tego momentu bądź o słabości całej reszty. W tym przypadku wybuchająca głowa, którą widzimy już w pierwszych dziesięciu minutach seansu, stanowi idealną zapowiedź bardzo niezobowiązującego kina. Scena ta miała być zresztą pierwszą w całym filmie, ale reżyser nie chciał, aby ominęli ją spóźnieni na seans widzowie. Widzimy w niej, jak grany przez Louisa Del Grande mężczyzna, w napisach końcowych nazwany Pierwszym Skanerem, organizuje dla korporacyjnych pracowników pokaz mocy własnego umysłu. Na samym początku tłumaczy on zebranym ryzyko skanowania, po czym prosi jedną osobę o uczestniczenie w prezentacji. Nikt nie jest chętny być królikiem doświadczalnym, ale ostatecznie mężczyzna, w którym rozpoznajemy Michaela Ironside’a, podnosi rękę i wchodzi na scenę. Obaj aktorzy wspaniale sprzedają tę scenę, zwłaszcza Del Grande, swym spokojem, taktem i otwartością, budując zaufanie do swojej postaci. Następnie obserwujemy dwóch mężczyzn siedzących przy stole, nieodzywających się ani słowem od momentu rozpoczęcia skanowania i reagujących na siebie w sposób czytelny i zwyczajnie przerażający – pierwszy jest jakby sparaliżowany, jego ciało napięte, z wymalowaną na twarzy agonią, podczas gdy postawa ochotnika sugeruje opanowanie, kontrolę i przyjemność. Prezentacja kończy się kultowym BUM, kiedy głowa Del Grande zamienia się w przebity balon, eksplodujący fragmentami mózgu na wszystkie strony. Oczywiście ochotnikiem okazał się sam Revok i jest to jedno z najlepszych wprowadzeń czarnego charakteru w horrorze, jakie mogę sobie wyobrazić, prezentujące pełną potęgę możliwości bohatera. I choć później trzeba czekać aż do finału, kiedy film ponownie osiągnie podobny poziom efektownego i żywiołowego okrucieństwa, początek ten nastawia widzów idealnie na kino, jakie za chwilę obejrzą.

Jest tu wystarczająco dużo Cronenberga, aby bez trudu móc rozpoznać jego ulubione obsesje, ale jednocześnie w żadnym ze swoich wcześniejszych i późniejszych dzieł reżyser ten nie idzie w stronę tak oczywistej przygodowej konwencji.

Skanerzy ani przez chwilę nie udają, że są czymś więcej niż b-klasową rozrywką, dziełem, które chce się podobać publiczności szukającej spełnienia w ponurym, krwawym i rozsadzającym wyobraźnię świecie telepatycznych dziwadeł, jak słyszymy w filmie. Podkreśla to także energiczna muzyka Howarda Shore’a, od samego początku nadająca właściwy ton tej sensacyjnej opowieści. Jest tu wystarczająco dużo Cronenberga, aby bez trudu móc rozpoznać jego ulubione obsesje, ale jednocześnie w żadnym ze swoich wcześniejszych i późniejszych dzieł reżyser ten nie idzie w stronę tak oczywistej przygodowej konwencji. Główny bohater rzucany jest z jednego miejsca w drugie, co rusz ucieka przed armią zaprogramowanych morderców, biorąc udział w pościgach i strzelaninach oraz próbując dojrzeć w tej eskapadzie jakiś sens bądź wyjście. Kanadyjczyk z pewnością nakręcił dużo mądrzejsze filmy, i takie, które bardziej zszokowały widzów, a nawet zarobiły większe pieniądze, ale Skanerzy to prawdopodobnie jego jedyne dzieło zrealizowane wyłącznie po to, aby rozerwać publiczność.

Ostatnio dodane