Od szeptu w krzyk

Wcielenie (1982)

Ponura fabuła, Lovecraftowskie motywy oraz jedna z najlepszych scen transformacji człowieka w potwora – „Wcielenie” Philippe Mory, choć niedoskonałe, nadal robi wrażenie.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Choć film nie jest ekranizacją żadnego z opowiadań H.P. Lovecrafta, scenariusz Hollanda przemyca typowe dla pisarza z Providence motywy (małomiasteczkowa zmowa milczenia, rodzinna tajemnica skupiona wokół więzionego potwora, przemiana człowieka w coś zgoła nieludzkiego), posługując się również znajomymi dla wielbicieli autora nazwiskami – właściciel zakładu pogrzebowego nazywa się Dexter Ward, a ofiarami szybko stają się członkowie rodu Curwinów. Jednak wykreowana przez Morę atmosfera odchodzi od nowoangielskiej sztywności ku południowej gościnności, choć w tym przypadku należy chyba mówić o jej braku.

Kiedy oglądamy proces przemiany, twórcy nie żałują nam szczegółów, prezentując scenę, która pod względem wykonania i efektu szoku dorównuje powstałym w podobnym okresie Amerykańskiemu wilkołakowi w Londynie, Skowytowi oraz Coś.

Amerykański gotyk ma we Wcieleniu ruralistyczny wymiar –  mieszkańcy Nioba związani są z okoliczną ziemią i zwyczajami rządzącymi tą krainą od wielu pokoleń. Małomiasteczkowy i cywilizacyjny pozór jest tu parokrotnie kwestionowany przez ubiór, zachowanie, w końcu historię, która ich dogania. Warto zauważyć, że dotyczy to jedynie linii Curwinów; pozostali bohaterowie, których spotykają do bólu miastowi MacCleary, tak jak lokalni policjanci oraz lekarz opiekujący się ich synem, to już żyjący współcześnie i współczesnością ludzie. Również nieprzypadkowo Curwinowie piastują ważne pozycje w Nioba – wspomniani właściciel gazety oraz kierownik domu pogrzebowego to nic w porównaniu z ich kuzynem, który jest zarówno burmistrzem, jak i sędzią. Jedynie ojciec niewinnej Amandy, z którą zaczyna spotykać się Michael, wydaje się być niezbyt majętnym, ale równocześnie porywczym i brutalnym człowiekiem. Wraz z zemstą za niewyobrażalne krzywdy przyjdzie zatem także wyplenienie z miasta elementu, który świadczy o jego zacofaniu, korupcji i szaleństwie.

Niedługo przed finałem obie bestie ujawniają się w pełnej krasie – dowiadujemy się, jaki grzech mają na sumieniu Curwinowie, natomiast Michael przepoczwarza się w autentycznego potwora. Scena jego transformacji jest zresztą najlepiej kojarzonym momentem Wcielenia, gdyż w prawdziwie wstrząsający sposób dotrzymuje słowa danego w prologu filmu. Wtedy monstrum było ledwie widoczne, ale niewątpliwie nie było człowiekiem. Kiedy później oglądamy proces przemiany, twórcy nie żałują nam szczegółów, prezentując scenę, która pod względem wykonania i efektu szoku dorównuje powstałym w podobnym okresie Amerykańskiemu wilkołakowi w Londynie, Skowytowi oraz Coś. Szkoda, że sam efekt końcowy nie jest równie przekonujący, a ostatnie 20 minut sprowadza się do ucieczki przed potworem, spychając już na daleki plan dramat rodziców.

Horror Mory (nieprzypadkowo późniejszego reżysera dwóch kontynuacji Skowytu) jest najlepszy, gdy ukazuje poddającego się wewnętrznemu głosowi Michaela, w którym wciąż nie chcemy widzieć mordercy. Holland swym scenariuszem przez długi czas nie tłumaczy zależności między swym nastoletnim bohaterem, historią Curwinów a przewijającymi się przez całą fabułę cykadami. Wyjaśnienie zresztą rodzi kolejne pytania, na odpowiedzi których nie ma już czasu, ale na posokę – jak najbardziej. Pomimo tych niedoskonałości, ponure Wcielenie zaskakuje poważną tonacją na tle bardziej rozrywkowych horrorów tamtej dekady, dostarczając jednocześnie silnych wrażeń, kiedy bestia w końcu wychodzi na wolność. I jest to widok, który trudno wyrzucić z pamięci.

Ostatnio dodane