Od szeptu w krzyk

MOTEL. Ćwiczenie z suspensu na szóstkę

Pierwszorzędnie zrealizowany dreszczowiec w oparciu o b-klasowy scenariusz.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Twórcy znają swoją widownię na wskroś, dlatego nawet nie starają się ukryć szemranego charakteru tytułowego przybytku, a wręcz to podkreślają. Kierownik motelu (bardzo dobry Frank Whaley) ma szczurowaty wygląd, a w jego pozornie życzliwej postawie czai się niechęć do jedynych gości, choć można to tłumaczyć późną porą i zmęczeniem. Czym jest zmęczony? Być może oglądaniem filmów w swoim biurze, w których bohaterowie krzyczą, jakby byli mordowani. Pokój, do którego trafiają Foxowie, nie był chyba sprzątany od lat, czego dowodem jest ogromny karaluch i gazeta sprzed dekady. No i to video, dziwnie pasujące do miejsca, ale jakże przestarzałe w XXI wieku. Nawet widzowie, którzy nie wiedzieliby, dokąd zmierza fabuła, łatwo by się domyślili, że Foxowie powinni byli nocować w zepsutym samochodzie zamiast meldować się w tym motelu. Od momentu, kiedy odkrywają, że stali się zwierzyną łowną, film przyspiesza i nie puszcza do samego końca, a scenariusz Marka L. Smitha (współautora późniejszych Zjawy oraz Operacji Overlord) mnoży kolejne atrakcje, nie wychodząc jednak poza ramy kina klasy b.

Każda scena jest tu starannie przemyślana pod względem wykonania oraz działania na wyobraźnię i nerwy widza, który nie powinien mieć problemu z wczuciem się w beznadziejną sytuację głównych bohaterów.

Ale to nie znaczy, że i reżyseria jest tu drugorzędna. Tym, czym Motel zaskakuje najbardziej, jest niebywały sznyt Antala, który w sposób mistrzowski buduje napięcie, polegając bardziej na eleganckiej sztuce suspensu niż dominującej w ówczesnej dekadzie modzie na torture porn. Sam scenariusz daje podstawy, aby uczynić z tej historii rzecz bliższą Pile czy Hostelowi – idea, aby przyszłe ofiary były przed atakiem straszone filmami snuff, w których oglądają prawdziwą śmierć, służy myśleniu w kategoriach nihilistycznej i krwawej rozrywki – ale węgierski reżyser jest zdecydowanie bardziej uczniem Alfreda Hitchcocka niż kolegą Eli Rotha. Każda scena jest tu starannie przemyślana pod względem wykonania oraz działania na wyobraźnię i nerwy widza, który nie powinien mieć problemu z wczuciem się w beznadziejną sytuację głównych bohaterów. Wywołanie w nich przerażenia przez przymusowe oglądanie autentycznych horrorów przekłada się na strach u widza, który właściwie robi to samo, co oni. Tekst Smitha nie ma ambicji, aby zatrzymać się i zastanowić nad celowością takiego właśnie działania morderców, nie rozlicza ich również z twórczości, jaką uprawiają jako (jakby nie patrzeć) filmowcy. Można tu było pokusić się o refleksję na temat potrzeby uprawiania gatunku, jakim jest horror, ale być może dlatego Motel jest tak dobry, bo nie rości sobie pretensji do bycia czymś głębszym, niż jest w rzeczywistości.

Urodzony i wychowany w Stanach Zjednoczonych, ale kształcony w filmowej materii na Węgrzech Antal dał się poznać jako reżyser bardzo popularnych Kontrolerów, w których żonglerkę gatunkową uzupełnił o komentarz społeczny, owlekając to wszystko w ramy alegorii. W przypadku Motelu, swojego pierwszego amerykańskiego filmu, postawił na doskonałe zrozumienie wymogów gatunku, tworząc dzieło nie tak oryginalne jak poprzednie, ale szalenie efektywne i zaskakująco stylowe. Nie był to przebój, ale nie bez powodu Antal został później wybrany na reżysera Predators (tego z Adrienem Brodym), z którym to zadaniem poradził sobie również naprawdę dobrze. Potem było różnie. Najpierw powstał ten dziwny film-koncert Metalliki, a nie tak dawno Węgierska robota, oparta na faktach historia rabusia bankowego, która podobała się na wielu festiwalach.

Antal, podobnie jak wspomniany we wstępie Aja, ma fach w ręku, który pozwala mu nawet z tak niepozornego materiału jak Motel uczynić film grozy jakością przewyższający większość głośniejszych i mocniej reklamowanych horrorów. Nie potrzebuje do tego hektolitrów krwi ani efektów specjalnych, nie opiera się wyłącznie na jump scare’ach, czy wymyślnej narracji. Odnajduje się natomiast jako pierwszorzędny stylista, trochę w duchu Johna Carpentera, gdzie minimalizm jest siłą. Brudny, stary motel, w którym mordują ludzi po godzinach, może nie wyglądać na interesujący z zewnątrz, ale po przekroczeniu jego progu okazuje się tętniącym filmowym życiem miejscem.

Ostatnio dodane