Od szeptu w krzyk

MOTEL. Ćwiczenie z suspensu na szóstkę

Pierwszorzędnie zrealizowany dreszczowiec w oparciu o b-klasowy scenariusz.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Nie tak dawno temu mogliśmy w kinach obejrzeć Pełzającą śmierć, wyreżyserowany przez Alexandre’a Aja horror, w którym główni bohaterowie walczyli samotnie w swoich domu z huraganem i zgrają głodnych aligatorów. Fabularnie nic nadzwyczajnego, choć taki prosty pomysł wyjściowy nadawał się idealnie, aby uczynić z filmu zręczne ćwiczenie z budowania napięcia i grozy. Aja poradził sobie z tym zadaniem poprawnie, w paru momentach atakując zmysły widza w sposób nieoczekiwany i bardzo pożądany, ale całość pozostawiła po sobie wrażenie zbyt mechanicznej, aby faktycznie mogła wystraszyć niżej podpisanego (jego najlepszym filmem wciąż pozostaje Blady strach). Mimo to podczas seansu naszły mnie skojarzenia z innym dreszczowcem, równie małym, zamkniętym oraz opartym na niewielkiej liczbie postaci, za to przewyższającym poziomem wykonania i poczuciem grozy to, co zaprezentował Aja. Tym filmem jest Motel Nimróda Antala z 2007 roku.

Fabuła nie mogłaby być prostsza – podczas nocnej jazdy przez nieznane tereny pewne małżeństwo najpierw gubi drogę, a następnie psuje im się samochód. Zmuszeni nocować w motelu nieco schowanym przed potencjalnymi klientami, początkowo są straszeni przez głośne walenie w drzwi ich pokoju (przez osobników natarczywych, chociaż niewidzialnych). Jednak prawdziwe przerażenie przychodzi, kiedy oglądając znalezione w motelu kasety video, odkrywają, że nagrane na nich sceny morderstw są prawdziwe i wszystkie rozegrały się w pokoju, który obecnie zajmują. Wkrótce atakują ich zamaskowani ludzie z nożami.

Już sama czołówka posiada agresywną energię, potęgowaną przez nerwowy motyw muzyczny Paula Haslingera. Napisy początkowe, prezentowane w różnych konfiguracjach, układają się w ciasny labirynt, sugerujący pułapkę jeszcze zanim nawet poznamy głównych bohaterów.

Scenariusz Motelu nie jest w żaden sposób odkrywczy, specjalnie zaskakujący ani skłaniający do jakiejś głębszej refleksji. Ot, prosta opowieść skonstruowana wokół sytuacji zagrożenia i co rusz podejmowanych przez małżeństwo prób ucieczki przed czyhającymi na nich mordercami. Całość zamyka się w niepozornych 85 minutach, choć jeśli odjąć napisy początkowe i końcowe, nie wiem, czy film nie byłby krótszy o dobre 10 minut. Mimo to już sama czołówka, wyraźnie wzorowana na klasycznych pracach Saula Bassa, zwłaszcza Psychozie, posiada agresywną energię, potęgowaną przez nerwowy motyw muzyczny Paula Haslingera. Ostatecznie napisy początkowe, prezentowane w różnych konfiguracjach, układają się w ciasny labirynt, sugerujący pułapkę jeszcze zanim nawet poznamy głównych bohaterów.

Kiedy chwilę później widzimy ich w samochodzie, dostajemy komplet informacji o nich, często poprzez niebanalne umiejscowienie postaci w kadrze. Państwo Fox wydają się zmęczeni podróżą, ale być może nawet bardziej sobą. On, o obliczu zwyczajniucha Luke’a Wilsona, nie potrafi skończyć wymiany zdań bez wbijania żonie szpili, podczas gdy ona poraża go marsowymi spojrzeniami i rezygnacją, niepodobną do wcielającej się w nią Kate Beckinsale. Ich twarze są często filmowane osobno bądź oddzielone od siebie jakimś elementem scenografii lub nawet sposobem oświetlenia – zdjęcia Andrzeja Sekuły wydobywają na wierzch fakt, że małżeństwo Foxów jest iluzoryczne, czego potwierdzeniem będzie późniejszy dialog o niechybnym sfinalizowaniu rozwodu oraz informacja o tym, co doprowadziło do rozpadu ich związku. I ci oto bohaterowie wkrótce trafiają do motelu, który sam wydaje się reliktem dawnych, lepszych czasów, jedynie udającym miejsce, gdzie strudzeni podróżni mogą odpocząć.

Ostatnio dodane