Od szeptu w krzyk

Maska szatana (1960)

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

Reżyser filmowy kojarzy się z krzykaczem, który przez tubę zwołuje wszystkich na plan, głośno i stanowczo wydaje polecenia oraz wścieka się, gdy coś nie idzie po jego myśli. Ale Mario Bava wspominany jest przez znajomych jako człowiek niezwykle opanowany i skromny. Na planie nigdy nie podnosił głosu, ale zawsze miał konkretną wizję, którą potrafił zrealizować nawet przy minimalnym budżecie. Jego umiejętności w kwestiach technicznych budziły podziw u współpracowników i obserwatorów. Uważano go – z pewnością bez cienia przesady – za geniusza. Ale mimo iż w ciągu dwudziestu lat stworzył szereg bardzo zróżnicowanych (gatunkowo i stylistycznie) obrazów, pozostaje w pamięci głównie jako mistrz gotyckiego kina grozy i thrillerów w stylu giallo. Natomiast na pytanie o jego najlepsze dzieło większość kinomanów odpowie: Maska szatana, znana również pod tytułem Czarna niedziela. Ten film to jego samodzielny debiut reżyserski, który odniósł tak duży sukces kasowy, że zainicjował we Włoszech modę na horrory gotyckie.

Gdy lata pięćdziesiąte dobiegały końca, znalazło się paru filmowców, którzy próbowali wskoczyć w nową dekadę z przytupem, tworząc coś niesztampowego. W samym roku 1960 powstało zaskakująco wiele produkcji przełomowych, wyprzedzających swoją epokę. Najsłynniejszy z nich to oczywiście nakręcona w USA Psychoza Alfreda Hitchcocka, ale równie ważne są: brytyjski Podglądacz Michaela Powella, francuskie Oczy bez twarzy Georges’a Franju, amerykańska Zagłada domu Usherów Rogera Cormana, japońskie Piekło Nobuo Nakagawy i właśnie Maska szatana. Wszystkie należące do gatunku horroru. Co ciekawe, w tym samym roku powstał również inny włoski gothic, w dodatku nakręcony w kolorze, Młyn kamiennych kobiet Giorgio Ferroniego – bardzo udana, lecz niestety kompletnie zapomniana produkcja.

Już od lat trzydziestych Mario Bava, syn operatora filmowego i pioniera efektów specjalnych, pracował z kamerą, nie podejrzewając, jaki czeka go rozwój kariery. Przełom nastąpił w latach pięćdziesiątych. Gdy w ekspresowym tempie (nie przekraczając harmonogramu i budżetu) dokończył filmy rozpoczęte przez innych, producenci zdali sobie sprawę, że nadaje się na reżysera. Przygotowując swój debiut, wziął na warsztat nowelę Mikołaja Gogola pt. Wij, ale scenariusz, który napisali Ennio De Concini i Mario Serandrei, trudno nazwać ekranizacją tej książki. To bardziej hołd złożony przedwojennym klasykom kina grozy, realizowanym w wytwórni Universal. Włoski reżyser nie tworzy tu nowego gatunku, ale odświeża skostniałe schematy gotyckiej literatury, nawiązującej do bałkańskich legend o wampirach i żywych trupach.

To, co jednak najbardziej zachwyciło ówczesnych krytyków i zachwyca do dziś, to strona wizualna. Za pomocą scenografii i oświetlenia wykreowano niesamowicie odrealnioną atmosferę, bliską estetyce niemieckiego ekspresjonizmu, niepokojącą jak gęsty las, w którym nie widać wyjścia. Podobno Bava uczestniczył przy pracach nad scenariuszem, ale jego najmocniejszą stroną była technika – triki, jakie zastosował przy niewielkim budżecie, świadczą o jego fachowej ręce… Drzewa z rozpostartymi, jakby żywymi gałęziami. Podziurawiona twarz głównej bohaterki. Zdejmowanie maski z umarlaka, ujawniające gromadę małych skorpionów. Puste oczodoły wypełniane bielmem. Twarz odbijająca się w stawie… Pełno tu doskonałych scen, zrealizowanych dzięki kreatywności reżysera i jego ojca, Eugenia Bavy, który pomagał przy tworzeniu efektów specjalnych.

Film warto obejrzeć dwa razy. Za pierwszym można śledzić treść, motywy fabularne, zachowanie bohaterów i grę aktorską. Wtedy film może okazać się rozczarowujący. Drugi seans przyniesie satysfakcję, jeśli zwróci się szczególną uwagę na stronę wizualną. Mario Bava studiował w Akademii Sztuk Pięknych i zawsze większe znaczenie miała dla niego estetyka kadru, a nie intryga. Prawdziwie malarskie były, rzecz jasna, jego barwne filmy, bo w malarstwie kolor jest najważniejszy. Ale już w tym debiutanckim czarno-białym obrazie rzucają się w oczy cechy typowe dla artysty-malarza: stosowanie różnych perspektyw, kreowanie nastroju za pomocą kontrastów, deformacja świata, wyrazisty styl.

Film zapoczątkował w Italii modę na gotycką grozę.

Jak już wspomniałem, film zapoczątkował w Italii modę na gotycką grozę, ale żeby być uczciwym, należy też wspomnieć o Wampirach (1957) Riccardo Fredy. Ten film ze względu na elementy gotyku zaliczany jest do pionierskich osiągnięć włoskiego kina gatunkowego. Ten fakt nie odbiera Bavie statusu pioniera, gdyż przy Wampirach pełnił również ważne funkcje. Przede wszystkim współtworzył ten film jako operator i wraz ze scenografem Giorgiem Giovanninim przyczynił się do wykreowania atmosfery grozy. Była ona we włoskim kinie czymś nowym, bo wcześniej w tym kraju horrorów nie realizowano. Freda jednak filmu nie dokończył i właśnie Bava – mimo iż nie został wymieniony w czołówce – wyreżyserował część materiału. Dostarczył gotowy produkt w terminie, ratując tym samym producentów przed dodatkowymi kosztami. Będący hybrydą kryminału i horroru film jest średnio angażujący, ale zawiera świetny efekt transformacji – Gianna Maria Canale przekształca się w „panią Hyde”.

Większy wpływ na dalszą karierę Mario Bavy miał hammerowski Horror Draculi (1958), bo właśnie dzięki niemu włoski filmowiec zapragnął realizować gotyckie filmy grozy. Mimo iż (w przeciwieństwie do reżyserów Hammera) nie mógł nakręcić Maski szatana na kolorowej taśmie i tak zrobił wiele, by wzbudzić zainteresowanie. We Włoszech koszty włożone w produkcję zwróciły się, ale to amerykański rynek okazał się dla reżysera bardziej przychylny. Stamtąd pochodziło wiele pozytywnych recenzji, a zyski błyskawicznie rosły. Zabawne, że amerykańscy dystrybutorzy kupili prawa do filmu za kwotę większą niż jego budżet. Mimo iż w Stanach film skrócono, zmieniono tytuł i dodano inną muzykę, nie stracił on swojego charakteru, bo jego siła tkwi w oprawie wizualnej. Mario Bava zdawał sobie sprawę, że za granicą ma większe szanse powodzenia, dlatego zaangażował aktorów o anglojęzycznych nazwiskach, Barbarę Steele i Johna Richardsona.

Przy nazwisku Barbary Steele warto zatrzymać się dłużej. W kręgach miłośników starych horrorów jest to postać kultowa, wręcz ikoniczna. Ta brytyjska aktorka zagrała w Masce szatana swoją pierwszą dużą rolę, a właściwie to nawet dwie role, bardzo od siebie odmienne: siedemnastowiecznej mołdawskiej księżniczki i jej dalekiej prapotomkini. W jednym filmie pokazała dwa oblicza: żądnej zemsty czarownicy i jej potencjalnej ofiary. Występ okazał się bardzo udany, sypały się więc kolejne propozycje – od Rogera Cormana, Riccardo Fredy, Federico Felliniego, Lucio Fulciego, Antonio Margheritiego i wielu innych. Bez wahania można ją określić królową horroru, bo temu gatunkowi poświęciła wiele energii. Czarne długie włosy i duże ciemne oczy dodawały postaciom, które grała, mrocznego charakteru, ale zmysłowa sylwetka i właściwa gra spojrzeń potrafiły zasugerować prostoduszność i dostojność. Dlatego podwójna rola w debiucie Bavy to bardzo celny pomysł castingowy i jedna z jej najlepszych ról.

Dzisiaj Maska szatana może już nie robić wrażenia, bo w ciągu ponad pięćdziesięciu lat od premiery tego dzieła powstało już tak wiele zróżnicowanych i coraz bardziej emocjonujących horrorów, że taki film można traktować już tylko jako ciekawostkę. Ale z pewnością warto sięgać po takie kino, choćby ze względu na osobę Mario Bavy, znakomitego i wszechstronnego filmowca: reżysera, operatora, geniusza od efektów. Każdy, kto miał okazję poznać go osobiście, wspomina go z podziwem i szacunkiem. Takie obrazy jak Bicz i ciało (1963), Dziewczyna, która wiedziała za dużo (1963), Sześć kobiet dla mordercy (1964), Operacja strach (1966) i Krwawa zatoka (1971) dowodzą jego mistrzostwa w kwestiach technicznych. Napięcie jest kunsztownie budowane nie za pomocą dialogów czy gry aktorskiej, ale pięknie sfotografowanych scen i niebanalnych ujęć. Choć kręcił też filmy oparte na dialogach i aktorstwie (np. Wściekłe psy z 1974, o których pisałem w artykule o poliziottesco).

Maska szatana może i nie jest tak przełomowym dla kinematografii dziełem jak Obywatel Kane (1941), ale z filmem Orsona Wellesa coś jednak ją łączy – obie produkcje należą do najlepszych debiutów reżyserskich w historii kina.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane