Od szeptu w krzyk

LUDZIE-KOTY. Zwierzęcy seks, ludzka krew

Autor: Odys Korczyński
opublikowano
Niektóre horrory mają to do siebie, że z czasem tracą moc straszenia. Co lepszym produkcjom jednak pozostaje klimat tajemnicy i estetyczna wartość. Tak stało się z horrorem Ludzie-koty z 1942 roku w reżyserii Jacques’a Tourneura. Wiele lat później Paul Schrader zdecydował się wrócić do tematu, stawiając tym razem bardziej na seks niż romantyczne afekty między zakochanymi w sobie bohaterami. Takie prawo czasów. Nagości w tej wersji Ludzi-kotów nie brakuje, a jej ostentacyjność mogłaby zawstydzić wiele współczesnych tytułów. Czy jednak paradująca nago Nastassja Kinski jest w stanie zrekompensować widzowi dość nonszalanckie podejście reżysera do budowania nastroju grozy?

Nie do końca, chociaż dzisiaj tak rzadko spotyka się już aktorki, które równie bezpardonowo co Nastassja Kinski pokazują na ekranie wszystkie swoje miejsca intymne. Zacznę jednak od pewnego ważnego wyjaśnienia. Ludzie-koty Paula Schradera nie są remakiem wersji z 1942 roku. Może i tamten film również należy do gatunku horroru oraz traktuje o metafizycznym połączeniu ludzkiej i kociej natury, ale istotnych zmian jest tak wiele, że co najwyżej można produkcję Schradera uznać za inspirowaną historią opowiedzianą w latach 40. przez Tourneura. Mimo wszystko obydwaj reżyserzy nie wykorzystali pomysłu tak, żeby naprawdę widza nastraszyć. Może za dwadzieścia lat ktoś odważny zdecyduje się wrócić do seksualnego trójkąta siostra–brat–pantera? Nakręci obraz dłuższy, bardziej krwawy i lepiej przedstawiający charaktery postaci.

Brzmi kontrowersyjnie. A zaczyna się naprawdę ciekawie. Długie ujęcie czaszek przysypanych czerwonym piachem. W tle elektroniczna muzyka Giorgia Morodera, a następnie krótka, opowiedziana bez słów historia mentalnego łączenia się zwierząt z ludźmi. Przyznam się, że uległem temu klimatowi, nieco bajkowemu, a jednocześnie powodującemu dziwne dreszcze. Kilka minut później jednak nastrój zupełnie się ulotnił, kiedy kamera pokazała zbliżenie twarzy Nastassji Kinski. Oczywiście reżyser wielokrotnie podczas całego seansu próbował stworzyć w głowie widza oniryczne wrażenie zagubienia, ale z tych prób wychodziły jedynie kiczowate sytuacje i sceny, które sprawiały wrażenie zawieszonych w jakiejś niepowiązanej z całą resztą filmu montażowej pustce. Tak, jedno jest pewne. Filmowi przydałoby się radykalne przemontowanie, gdyż od samego początku ma się dziwne wrażenie, że relacja Ireny Gallier (Nastassja Kinski) i Paula Galliera (Malcolm McDowell) osiąga coraz to nowsze poziomy sztuczności. Nie wiadomo, jaką mieli przeszłość. Nagle się spotykają. Rozmawiają, jakby się znali latami, a przecież tak nie było, itp. Widzimy jakiś wycinek historii podanej bez uzasadnienia. Na dodatek romans Ireny z Oliverem Yatesem (John Heard) zaczyna się tak nagle i nienaturalnie, że nie da się w ich namiętną relację uwierzyć.

Wcześniej pochwaliłem muzykę, a teraz mam zamiar ją zganić. Giorgio Moroder tworzył zawsze specyficzne kompozycje, wpadające w ucho, klimatyczne, lecz czasem niebezpiecznie balansujące na granicy melodycznego kiczu. Początkowa sekwencja w Ludziach-kotach jest faktycznie dobra, pasuje do obrazu, lecz w dalszym ciągu filmu okazuje się, że zadziwiająco wesołe plumkania na syntezatorach nie pasują do odgryzania rąk, lejącej się krwi i klimatu erotycznej tajemnicy. Może to efekt złego dobrania utworów do scen, podobnie jak chaotycznego montażu. Jeśli zestawimy te rzemieślnicze niewprawności z ewidentnie świeżym pomysłem i kontrowersyjnym wykorzystaniem erotyki, możemy uznać, że Ludzie-koty są produkcją zmarnowaną przez nadanie jej kulawej formy.

Wracając do pomysłu na historię, jest on niesamowity. Osobowości bohaterów są głównie seksualne. Seks uznany jest za cyngiel wyzwalający u nich zarówno przyjemność, jak i morderczą zwierzęcość. Paul Gallier poddaje się zupełnie pierwotnej naturze drapieżnej pantery. Irena wciąż walczy, lecz również powoli zaczyna zdawać sobie sprawę, że tylko w ciele czarnej pantery ona i jej brat będą tak radykalnie wolni, jak tego pragną. Obydwoje funkcjonują jednak w społeczności ludzkiej. Nie mogą w niej żyć jako skłonne do zabijania zwierzęta. To rozdarcie między dwoma nieprzystającymi do siebie światami prowadzi ich na samo dno ludzkiej moralności, co oznacza potępienie i wykluczenie. Kot dla ludzi więc staje się symbolem pierwotnej natury, którą uznać się powinno za wroga cywilizacji, jeśli próby jej okiełznania okażą się fiaskiem. W praktyce oznacza to zniewolenie, kraty, zoo, bycie eksponatem oraz samotność. Takiej ceny nie da się z własnej, ludzkiej czy zwierzęcej, woli zapłacić.

Zadziwia nierówność Ludzi-kotów. Wciąga nas pomysł, początek z czaszkami, potem odpycha pierwsze spotkanie z Paulem. Krwawe sceny są naprawdę poruszające, lecz romans Ireny i Olivera rozgrywa się na takim poziomie emocjonalnej abstrakcji, że z pewnością znajdzie się wiele osób, które chętnie wycięłyby go z filmu. Poza tym reżyser często zaczyna kontrowersyjne tematy, lecz ich nie kończy. Czyżby bał się widzowskiej cenzury i oskarżeń o niemoralność? Przydałyby się także lepsze sceny ze zwierzętami. Akurat na to zapewne brakowało odpowiedniego budżetu, a i początek lat 80. nie ułatwiał niczego technicznie. Pozostał nazbyt duży margines dla naszej wyobraźni, żeby chcieć wracać do tej produkcji. Początkowa jej klimatyczność pod koniec seansu zmieniła się w odstręczającą dziwność.

Ostatnio dodane