Od szeptu w krzyk

KOLEKCJONER. Zanim „365 dni” było modne

Brytyjski incel na polowaniu miłości.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Smutny motyl

Czy to przypadek, że gdy w polskich kinach dochodzi do głosu marna rodzima erotyka wymieszana z thrillerem i oparta na jeszcze biedniejszym materiale książkowym, za granicą swoje 55. urodziny obchodzi nieco zapomniana produkcja Williama Wylera na podstawie powieści dotykającej tego samego tematu? O jej wyższości nie ma co się nawet rozpisywać, bo jest oczywista. Warto jednak spojrzeć na Kolekcjonera nie tylko z perspektywy 365 dni i temu podobnych wytworów wyobraźni, ale też całego pokłosia akcji #jateż oraz współczesnej fali feminizmu. Nie ulega bowiem wątpliwości, że gdyby powstał on dziś, to faktycznie mógłby zamienić się w kiepską rozrywkę z cyckami lub światopoglądowy manifest. Szczęśliwie żadnej z tych rzeczy nie uświadczymy w oryginale.

Punkt wyjścia jest jednak taki sam. Samiec w zaplanowanym rytuale porywa samicę, którą następnie przenosi podstępem do swojej nory. Wybór partnerki wydaje się nie być przypadkowy, gdyż po przebudzeniu niewiasty nieznajomy oznajmia jej miłość, licząc, że i ona z czasem pokocha jego równie mocno. Po słownych przepychankach i pierwszej próbie ucieczki dochodzi do ugody – dziewczyna spędzi w jego lochach… nie, nie rok, a zaledwie miesiąc, po którym wybierze albo jego amory, albo upragnioną wolność. I na tym w sumie elementy wspólne się kończą.

Pod wieloma względami film bawi się oczekiwaniami widza lepiej od współczesnych straszaków, w których uzbrojone po zęby heroiny kopią tyłki złym seksistom.

W przeciwieństwie do polskiego erotyku bohater Kolekcjonera nie jest egzotycznym modelem z kaloryferem, tylko chudym szaraczkiem o pozornie niewinnej, dziecięcej wręcz, acz podskórnie niepokojącej twarzy młodego Terence’a Stampa. A wybranka jego serca, Miranda (Samantha Eggar), choć seksowna i urodziwa, z ognistymi włosami rozpalającymi pożądanie, bynajmniej nie świeci krągłymi walorami, lecz nosi się skromnie, jak na zahukaną angielską dziewczynę lat 60. przystało. Zwierzęcego seksu po kilku dniach niewoli zatem brak, gierek sado-maso również tu nie uświadczymy. Za to bohaterowie będą próbowali się jakoś poznać, zrozumieć tą drugą stronę, no i oczywiście przekonać ją do swoich racji, „wygrać” główną nagrodę.

W tym ostatnim, jak łatwo się domyślić i zrozumieć, przoduje zwłaszcza kobieta, która co i rusz usiłuje przechytrzyć swojego oprawcę – jak się okazuje, skromnego fascynata lepidopterologii z pokaźną kolekcją latających owadów. Takiego owada przypomina poniekąd nasza Miranda, dusząc się w klatce, z której nie raz w dramatyczny sposób usiłuje się wydostać. Kolekcjoner jest jednak typem być może niepozornym, ale silniejszym od niej i niegłupim, o czym nasze złote dziewczę w tragiczny sposób przekona się w samym finale. Przewrotnym, lecz także idącym w parze zarówno z tytułem, jak i z resztą fabuły, która, mimo pewnej archaiczności, nadal broni się doskonale, trzymając nie tyle w napięciu, co w niepewności. Pod wieloma względami film bawi się oczekiwaniami widza lepiej od współczesnych straszaków, w których uzbrojone po zęby heroiny kopią tyłki złym seksistom. W takiej formie ten film skończyłby się po pięciu minutach i nie miał za wiele sensu. Ale Wyler nie nagina rzeczywistości do swoich potrzeb i nie kpi sobie z widza w podobny sposób.

Pomaga mu w tym minimalizm całej produkcji, która rozgrywa się praktycznie w kilku połączonych ze sobą pomieszczeniach oddalonego od cywilizacji domu, niemal w całości tylko pomiędzy dwójką bohaterów. Prócz nich zobaczymy tu wyłącznie dwa inne epizody – równie skromne i służące głównie podbudowie relacji wspomnianego duetu oraz budowaniu suspensu. Co ciekawe, te momenty to jedyne sceny wymyślone przez ekipę w celu uatrakcyjnienia intrygi. Cała reszta to już wierne przeniesienie na duży ekran powieści Johna Fowlesa o tym samym tytule. Powieści, dodajmy, jeszcze bardziej gorzkiej, w której główny bohater okazuje się o wiele większym psycholem niż ten filmowy.

Postać Stampa, który sam staje się ofiarą swojego losu, a także, przede wszystkim, społeczeństwa izolującego od siebie i wyśmiewającego podobne przypadki „dziwaków” z nietypowym hobby, można jednak polubić – nawet jeśli jest to sympatia podyktowana współczuciem. Pomimo bijącego od niego chłodu à la Hannibal Lecter i podobnego zamiłowania do sztuki oraz rzeczy piękniejszych od niego samego nie jest bezdusznym geniuszem zbrodni czy psychopatycznym mordercą. To człowiek z krwi i kości, życiowo zagubiony, niezręczny w relacjach z kobietami, prosty chłopak, którego ktoś kiedyś pozbawił miłości. Szuka jej zatem wszelkimi sposobami – i zapewne nie spocznie, dopóki nie natrafi choćby na jej namiastkę. Ale czy takową może być dla niego Miranda (notabene także osoba świeżo pozbawiona uczucia, acz trochę innego kalibru)? Już pierwsze sceny zdają się temu przeczyć. Potem jednak reżyser daje nam oraz swojemu bohaterowi pewną nadzieję. Ta jednak w takich warunkach i w tym świecie nie ma szans zakiełkować podobnie co w tanim polskim erotyku…

Ostatnio dodane