Od szeptu w krzyk

GREMLINY ROZRABIAJĄ (1984). Horror pod choinkę

Komediowy horror Joe Dantego ukazuje zemstę obcej kultury, która do reszty zamerykanizowana, traci to, co ją wcześniej wyróżniało. Bawi i straszy jak trzeba.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Psuje

Klasyka kina świątecznego, ale ciesząca się u nas zdecydowanie mniejszą popularnością niż komediowy Kevin sam w domu czy sensacyjna Szklana pułapka. Czy dlatego, że Gremliny rozrabiają Joego Dantego są gorszym filmem lub takim, który się zestarzał? Niekoniecznie. To raczej to, co reżyserowi udało się osiągnąć tym familijnym horrorem, decyduje o jego dzisiejszym statusie – kto bowiem chce się bać podczas świąt na filmie rzekomo skierowanym dla całej rodziny, a zwłaszcza najmłodszych widzów? Ci najpewniej będą przerażeni widokiem przebrzydłych i szalonych stworów, które – początkowo włochate i milusio wyglądające – w rzeczywistości mają czarne dusze oraz anarchistyczne usposobienie. Gremliny nie tylko rozrabiają, ale też niszczą, ranią i zabijają. Robią to z uśmiechem na ustach, śmiejąc się w sposób dziki i niepohamowany; my również śmiejemy się z tego, co oglądamy na ekranie, co nie zmienia faktu, że tytułowe bestie, jak straszyły nas, gdy byliśmy dziećmi, tak straszą i dziś.

Debiutancki scenariusz Chrisa Columbusa (przyszły reżyser Kevinów i pierwszych dwóch części z serii o Harrym Potterze) rozpoczyna się od sceny, która wprowadza nas w główny temat filmu, czyli jak Ameryka wchłania wszystko, co obce – trochę na ich własne życzenie – aby uczynić z tego produkt, nie martwiąc się przy tym o konsekwencje zmiany tożsamości danej rzeczy. Poczciwy, ale pechowy wynalazca Rand Peltzer (Hoyt Axton) zostaje zaciągnięty przez chińskiego nastolatka do antykwariatu jego dziadka, aby coś tam kupił, cokolwiek. Starocie kompletnie nie interesują Peltzera, dopóki nie natyka się na mogwaja, zamknięte w klatce zwierzątko, które nuci przyjemną dla ucha melodię. Amerykanin chce dać 100 dolarów za maskotkę, potem 200, ale właściciel sklepu, sędziwy starszy pan, tłumaczy, że mogwai nie jest na sprzedaż. Jego wnuczek jednak, świadomy problemów finansowych dziadka, sprzedaje po kryjomu zwierzę, wyjaśniając Peltzerowi reguły, których musi przestrzegać przy opiece nad włochatym stworkiem. Oczywiście każda z trzech zasad zostanie złamana, tylko pośrednio z winy samego Randa, który odda Gizma, jak później nazwie zakupionego mogwaja, swojemu synowi w ramach świątecznego prezentu.

Lubimy Randa, lubimy też jego syna Billy’ego (Zach Galligan), bo są sympatycznymi i dobrymi ludźmi. Ale są też głupi, wierząc, że mogą zapanować nad czymś, czego nie rozumieją. Starszy Peltzer kupuje Gizma (co można przetłumaczyć również jako „gadżet” – trudno o lepszy dowód, jak Rand traktuje mogwaja) jako podarunek dla swojego pierworodnego, ale gdy stworek rozmnaża się po wylaniu na niego wody, co stanowi złamanie jednej z zasad, Rand widzi w tym możliwość zarobku – teraz nie tylko on, ale i każdy będzie mógł mieć u siebie w domu słodkiego włochacza. Tyle że latorośl Gizma nie jest tak milusia, jak on. Grymas na ich mordkach sugeruje niecne zamiary i już pierwszej nocy wiążą one psa Peltzerów w sznury ze świątecznymi lampkami, aby ten powisiał sobie na ganku. Później Billy zostanie przez nie oszukany, aby złamał inną zasadę – nie karm mogwaja po północy – zamieniając w ten sposób małe futrzaki w duże, zielone i ohydne potwory. Od tego momentu film Dantego staje się pełnoprawnym horrorem, który z jednej strony realizuje się w konwencji monster movie, a z drugiej uzupełnia ją o prześmiewczą wizję zemsty obcej kultury, która już do reszty zamerykanizowana, traci to, co było w niej prawdziwe.

Stwory, choć rzeczywiście wywodzą się z obcej kultury, przypominają rozwydrzone dzieci popkultury Zachodu.

Sam termin „gremlin” pochodzi jeszcze z czasów sprzed II wojny światowej, kiedy to za wszelkie awarie i usterki w samolotach RAF-u obarczano małe potworki. Później były książeczka dla dzieci autorstwa Roalda Dahla The Gremlins (1943) oraz odcinek Strefy mroku (1963), w której znerwicowany pasażer samolotu, grany przez Williama Shatnera, widzi dziwną postać na skrzydle maszyny. Echa lotniczego rodowodu stworów słychać w samym filmie w rozmowie z panem Futtermanem (gra go stały aktor Dantego, Dick Miller), wojennym weteranem, który uważa, że gremliny to przede wszystkim zagraniczna zaraza, czająca się w nieamerykańskich pojazdach i elektronice. Ale ostatecznie stwory, choć rzeczywiście wywodzące się z obcej kultury, przypominają rozwydrzone dzieci popkultury Zachodu – uwielbiają oglądać telewizję, w kinie wariują, obrzucając się popcornem i głośno śpiewając piosenkę z wyświetlanej Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków, uwielbiają niezdrowe jedzenie, a owocami gardzą, w scenie w barze jeden z nich zaś udaje ekshibicjonistę, a inny obwieszonego złotem rapera. Gizmo jest słodki, niewinny i wyjątkowy, podczas gdy jego „bracia” wydają się manifestacją tego, co najgorsze w cywilizacji opartej na konsumpcjonizmie i przemocy.

Ostatnio dodane