Od szeptu w krzyk

DE LIFT. Holenderska winda śmierci

Popis ogromnego talentu Dicka Maasa w głośnym, choć nierównym horrorze „De lift”.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Holandia nie ma bogatej tradycji filmowego horroru, ale kiedy już coś niepokojącego i strasznego urodzi się w tym kraju, słyszy o tym cały świat. Zniknięcie George’a Sluizera jest powszechnie uważane za jeden z najbardziej przerażających filmów w historii kina, Ludzka stonoga Toma Sixa zaś za wyjątkowo ohydne doświadczenie filmowe, a w jeszcze innych rejonach mieści się twórczość Alexa van Warmerdama, naczelnego niderlandzkiego surrealisty. Jest i Dick Maas, reżyser, który chyba wyłącznie przez przypadek urodził się w Holandii zamiast w Stanach Zjednoczonych. Jego kino bowiem jest tak bardzo amerykańskie, że dano mu nie jedną, a dwie szanse zrobienia tam kariery. Debiutancki horror De lift z 1983 roku do dziś pozostaje najbardziej znanym dziełem w jego twórczości, nie tylko dlatego, że czarnym charakterem jest tu zabójcza winda.

Głównym bohaterem filmu jest Felix (Huub Stapel), mechanik starający się wyjaśnić, dlaczego winda w pewnym amsterdamskim wieżowcu zbuntowała się przeciw jej użytkownikom. Najpierw nie chce wypuścić czwórki pijanych ludzi, równocześnie blokując im dostęp do tlenu – ci nieszczęśnicy jeszcze przeżyją, ale niewidomy starzec już nie, bo wpadnie do szybu windy zachęcony dźwiękiem otwieranych drzwi. Będą i inne ofiary, ginące na różne makabryczne sposoby. Tymczasem Felix, do pary ze wścibską dziennikarką Mieke (Willeke van Ammelrooy), zaczynają interesować się firmą, która odpowiada za oprogramowanie windy.

Sceny „ataków” windy są pełne napięcia i grozy, ale zaskakują przede wszystkim złowieszczym charakterem napastnika, z jednej strony nieludzkiego w swej mechanicznej istocie, z drugiej lubiącego bawić się ze swymi przyszłymi ofiarami.

Maas nie tylko wyreżyserował De lift (który to tytuł swobodnie można przetłumaczyć jako „Winda”), ale również napisał scenariusz i muzykę, dźwiękami z syntezatora przywodzącą na myśl ówczesne kompozycje Johna Carpentera. Początek filmu jest zresztą tak efektywnie upiorny, atmosferyczny i pomysłowy, że gdyby nie fakt, że bohaterowie mówią po holendersku, można by debiut Maasa uznać za coś, pod czym faktycznie mógłby się podpisać reżyser Halloween. Sceny „ataków” windy są pełne napięcia i grozy, ale zaskakują przede wszystkim złowieszczym charakterem napastnika, z jednej strony nieludzkiego w swej mechanicznej istocie, z drugiej lubiącego bawić się ze swymi przyszłymi ofiarami.

Ilustracją pierwszego sposobu działania jest wspaniała scena dekapitacji nocnego strażnika. Początkowy śmiech – kiedy widzimy, jak drzwi windy biorą niczym w kleszcze głowę nieszczęśnika, a jego partner proponuje, że przyniesie mydło, aby pomóc koledze – szybko ustępuje miejsca terrorowi, który dzięki zwolnionemu tempu przybiera na sile. Winda bowiem nieubłaganie zjeżdża na dół, aby fachowo uciąć głowę mężczyźnie, podczas gdy drugi przygląda się temu w przerażeniu i niemocy. Moment ten, najlepszy w całym filmie, jest intensywny, ale w swej kompozycji ujęć, montażu i udźwiękowieniu również dziwnie urokliwy. Ponury to jednak urok. Zupełnie inaczej wybrzmiewa scena z małą dziewczynką, przed którą co rusz otwierają się jedne z trzech drzwi windy, zapraszając do gry niczym w berka. Finał tej zabawy nie jest tak katastrofalny, jak mógłby być, ale doceniam, że Maas wynajduje najróżniejsze sposoby działania swojego tytułowego złoczyńcy, nigdy się nie powtarzając.

Ostatnio dodane