Od szeptu w krzyk

DAGON (2001). Hiszpańskie widmo Lovecrafta

Stuart Gordon ponownie bierze się za Lovecrafta. „Dagon” pozbawiony jest szaleńczej i makabrycznej energii „Re-animatora”, ale wiernie odtwarza klimat słynnego „Widma nad Innsmouth”.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Prawie za każdym razem, gdy piszę tekst o filmie na podstawie twórczości H.P. Lovecrafta lub inspirowanym nią, zaczynam od tego, jak karkołomnym zadaniem jest przeniesienie wizji słynnego pisarza na ekran. W jaki sposób bowiem pokazać coś, co wymyka się ludzkiemu myśleniu, godzi w zasady, na jakich opiera się nasz świat? Proza Lovecrafta nie unika, a wręcz szczyci się szczegółowymi opisami okropieństw i szkaradztw, z jakimi spotykają się bohaterowie, ale jednocześnie pozostawia na tyle dużo miejsca interpretacji tych obrazów, abyśmy mogli sami stworzyć ramy kosmicznej grozy, która doprowadza nieszczęsne postaci do szaleństwa. Czy kino potrafi w jakiś sposób dorównać naszej własnej wyobraźni, a nawet przebić horror, jaki w dużej mierze sami współtworzymy?

Widmo nad Innsmouth, jedno z moich ulubionych opowiadań Lovecrafta, zawsze dostarczało mi rozkoszy obcowania z terrorem uderzającym swą intensywnością i namacalnością, przy jednoczesnym poczuciu fantastycznego, nierzeczywistego, surrealnego zagrożenia. I choć jego ekranizacja, hiszpański Dagon Stuarta Gordona, może nie być najlepszym filmem na podstawie prozy „samotnika z Providence”, z powodzeniem przywołuje ten sam strach, jaki towarzyszy mi podczas każdorazowej lektury. W obu utworach główny bohater trafia do małego, nadmorskiego miasteczka, z przerażeniem odkrywając mroczne sekrety jego mieszkańców, ale także niepokojącą prawdę o sobie. Okazuje się, że Imboca (w opowiadaniu jest to tytułowe Innsmouth) żyje kultem boga Dagona, a prawie wszyscy miejscowi są w mniejszym lub większym stopniu zdeformowani: niektórzy posiadają błony między palcami, inni widoczne skrzela, kredowo białą skórę, a nawet wyłupiaste – jak u ryby! – oczy. Niedługo po tym, jak Paul (Ezra Godden, w okularach przypominający młodą, niewinną wersję Herberta Westa) melduje się w najbardziej obskurnym hotelu, jaki widziałem na ekranie, staje się celem ataku całego miasta oraz dziwnych wizji.

Twórcy od samego początku sugerują to, co w opowiadaniu jest wyjawione dopiero w finale, dzięki czemu nad całością przez cały czas unosi się poczucie nieuchronnej zguby.

Scenariusz Dennisa Paoliego odchodzi od oryginału, stawiając na bardziej filmowe zawiązanie akcji (rozbicie jachtu skutkuje przymusowym pobytem w mieście) oraz ograniczenie jej czasu do praktycznie jednej nocy, podczas gdy w opowiadaniu narracja, choć w głównej części skupia się na tych samych wydarzeniach, uzupełniona jest o refleksję bohatera po latach od przeżytego w Innsmouth koszmaru. U Lovecrafta ta perspektywa zawsze była wartością dodatnią, gdyż ukazywała postaci nie tylko wobec zagrożenia, ale i już po ataku, na zawsze odmienione przez spotkanie z nieznanym. Gordon i Paoli wcale nie rezygnują z druzgocącej świadomości niemożliwości ucieczki, fizycznej lub mentalnej, ale zamiast ubierać historię w ramy retrospekcji osobnika niespełna rozumu, każą głównemu bohaterowi śnić o dziwnej piękności z ostrymi zębami (Macarena Gómez) i podwodnym królestwie Dagona jeszcze przed spotkaniem z jego wyznawcami. Skąd te wizje? Jaki jest ich sens? Czy pojawienie się Paula w Imboca rzeczywiście jest dziełem przypadku? Twórcy od samego początku sugerują to, co w opowiadaniu jest wyjawione dopiero w finale, dzięki czemu nad całością przez cały czas unosi się poczucie nieuchronnej zguby.

Nie wszystko jest tu udane. Wykreowana przez Gordona ponura atmosfera jest tak silna, że nawet jawnie prześmiewcze momenty wcale nie działają. Aż trudno uwierzyć, aby odpowiedzialny za Reanimatora reżyser nie potrafił zrównoważyć grozy i wisielczego humoru, lecz tutaj ewidentnie celuje w to pierwsze, bez wyraźnej intencji, by bawić. Groteskowi mieszkańcy Imboca są śmieszni w swym przerysowaniu, a może tylko ze względu na niechlujną miejscami charakteryzację. Również początkowe sceny na jachcie, kiedy Paul rozmawia ze swoją dziewczyną (Raquel Meroño), a ta wyrzuca jego komputer, rażą sztucznością – pytanie, czy przez postsynchrony, czy ze względu na niezbyt przekonującą grę aktorską. Słabe CGI wielgachnych macek nikogo nie wystraszy, a co najwyżej sprawi, że z zażenowania będziemy przewracać oczami. Co jednak zrobić z momentem, gdy główny bohater wymienia malusieńki zamek na zasuwkę w drzwiach hotelowych, łudząc się, że ochroni on go przed wtargnięciem motłochu do pokoju? Trudno nie odczuwać napięcia w tej scenie, jednocześnie nie dowierzając w to, co oglądamy. Najzabawniejsze w tym wszystkim, że zamek wytrzymuje zaskakująco długi czas.

W pierwszej scenie otrzymujemy ujęcie godne Lovecrafta, idealnie ukazujące ogrom tajemnicy, grozy i zła, kiedy główny bohater nurkuje głęboko pod wodą, wpływając przez gigantyczny portal, symbol Dagona. Tym jednym obrazem Gordon ustawia cały film, tworząc odniesienie, bez którego reszta filmu byłaby kolejną, nieudaną próbą zmierzenia się z prozą mistrza horroru bez koniecznej dla niej wystawności. Oczywiście to nie sprawia, że skromny Dagon jawi się nagle jako superprodukcja. Jest to horror b-klasowy, tani, europejski (czyt. z brzydkimi efektami specjalnymi i fakturą zdjęć), ale w swej surowości oraz defetyzmie najbliższy temu, co oferuje literacki oryginał. Również w ambiwalencji dotyczącej finału, przytłaczającego klęską, a przecież z dostrzegalnym w niej pogodzeniem się z wolą straszliwego bóstwa. Czy ostatnią scenę mamy odczytywać w kategoriach najgorszego zła, czy też trudnego do zaakceptowania spełnienia? Ile jest warte nasze człowieczeństwo w obliczu potęgi nieznanego i nieśmiertelnego? Pytania żywcem wyjęte z prozy Lovecrafta, ale rzadko kiedy obecne w jego ekranizacjach.

Ostatnio dodane