Od szeptu w krzyk

CZARNOKSIĘŻNIK. Dusza diabła, twarz krnąbrnego anioła

Po 30 latach od premiery "Czarnoksiężnik" broni się zadziwiająco dobrze, choć swój kult zawdzięcza wyłącznie Julianowi Sandsowi w roli tytułowej.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Trzy rzeczy nie tylko ratują ten film, ale sprawiają, że film Minera jest szalenie rozrywkowym i zapadającym w pamięć tworem. Pierwszą jest muzyka Jerry’ego Goldsmitha, tego samego, który za partyturę do Omenu dostał zasłużonego Oscara. Jego praca przy Czarnoksiężniku równie mocno wybija się na plan pierwszy, ze swoimi stukotami i klekotami, które znakomicie oddają atmosferę dawnych czasów. Przewodni motyw zaś łatwo wpada w ucho, podkreślając szatańską naturę tytułowego łotra. 

Drugą rzeczą jest pomysłowość Twohy’ego, który na różne sposoby urozmaica pościgowy schemat. Czarnoksiężnik rzuca czary, a Redferne zna sposoby, aby się przed nimi bronić. Wie również, że jego wróg nie jest zwykłym człowiekiem, dzięki czemu działać na niego będą pozornie niegroźne rzeczy, jak choćby sól, bądź wbijanie gwoździ w odciski stóp. I nawet ostatnia scena – niesamowicie satysfakcjonująca – jest kontynuacją myślenia o czarnoksiężniku w kategoriach postaci nadludzkiej, ale pod pewnymi względami dziwnie bezbronnej. 

Sands nasyca swoją postać charyzmą, wyniosłością oraz złowieszczym poczuciem humoru, w ani jednym momencie nie obdarzając go jakimiś pozytywnymi cechami. Jest złem totalnym, ale pociągającym.

Jest i trzeci, najważniejszy powód ponadczasowej popularności filmu Minera. Trudno dzisiaj wyobrazić sobie Czarnoksiężnika bez Juliana Sandsa w roli tytułowej, a to właśnie on po latach zostaje najlepiej w pamięci widzów. Aktor nasyca swoją postać charyzmą, wyniosłością oraz złowieszczym poczuciem humoru, w ani jednym momencie nie obdarzając go jakimiś pozytywnymi cechami. Jest złem totalnym, ale pociągającym, co jeszcze lepiej zostanie wykorzystane w efektownej, choć pozbawionej uroku oryginału kontynuacji z 1993 roku (w trzeciej, straszliwie nieudanej części tytułowego bohatera gra znany z Pasażera 57 Bruce Payne). Początkowo Sands miał wcielić się w Redferne’a, zaś Grant w czarodzieja, ale reżyser uznał, że obaj aktorzy będą lepsi w odwrotnej konfiguracji, co przypieczętowało emploi tego pierwszego, który do dzisiaj najchętniej obsadzany jest w rolach czarnych charakterów.

Potrafię sobie wyobrazić powstały w dzisiejszych czasach remake Czarnoksiężnika – mocniejszy i straszniejszy, z widowiskowymi efektami specjalnymi i lepiej nakreśloną relacją między czarownikiem, a łowcą. Baza ku temu jest i patrząc na obecną modę powrotu do horrorów sprzed trzech dekad (by wymienić choćby tegoroczne Smętarz dla zwierzaków i Laleczkę), prędzej czy później ktoś wpadnie na pomysł uwspółcześnienia Warlocka. I niech im się wtedy poszczęści w znalezieniu równie demonicznego odtwórcy tytułowej roli, kogoś, kto sprawi, że ich film nie zginie w odmętach czasu oraz wysypu innych horrorów. Sands posiada silną ekranową prezencję, dzięki czemu dzieło Minera, ani straszne, ani specjalne kultowe, a wizualnie wręcz śmiechu warte, nawet po trzydziestu latach od premiery broni się zadziwiająco dobrze.

Ostatnio dodane