search
REKLAMA
Od szeptu w krzyk

CZARNOKSIĘŻNIK. Dusza diabła, twarz krnąbrnego anioła

Krzysztof Walecki

12 listopada 2019

REKLAMA

Pod koniec dekady, w której królowali Freddy Krueger, Jason Voorhees i Chucky, a najpopularniejszą odmianą horroru był slasher, pojawił się szwarccharakter, zupełnie niepodobny do tych innych. XVII-wieczny wyznawca diabła, przeniesiony do współczesności w poszukiwaniu książki, rzucający straszliwe zaklęcia na ludzi, a zamiast oszpeconej twarzy posiadający lico krnąbrnego anioła. I choć popularnością nie dorównał nikomu z wyżej wymienionych, pamięć o nim dziwnym trafem przetrwała. Piszę dziwnym, bowiem Czarnoksiężnik Steve’a Minera jest przykładem filmu, który ma równie dużo błędów, co zalet; filmu stojącego w rozkroku między niepokojącym horrorem, a przygodową opowiastką; w końcu filmu, którego popularność powinna była zakończyć się wraz ze zmierzchem kaset video. Dodatkowo bankructwo firmy dystrybucyjnej New World Picture sprawiło, że w Stanach Zjednoczonych film przeleżał 2 lata na półce, zanim Trimark Pictures odkupiło prawa i wypuściło dzieło Minera do kin. Obchodzący w tym roku 30. urodziny Warlock (oryginalny tytuł) nie może się pochwalić łatką klasyka, a jego kultowość wydaje się opierać wyłącznie na jednym elemencie, mimo to jest tworem dziwnie urokliwym, tętniącym życiem, a w swych najlepszych momentach szatańsko pomysłowym.

Scenariusz napisany przez Davida Twohy’ego, przyszłego twórcę postaci Riddicka, sięga po motywy znane z Terminatora, na czele z podróżą w czasie dwójki śmiertelnych wrogów, ale jednocześnie odwraca tamten schemat na różne sposoby. Bohaterowie pochodzą nie z przyszłości, a przeszłości, zaś to ten dobry poluje na złego. Oczywiście jest i dziewczyna, lecz wcale nie po to, aby ją ratować, czy też uczynić z niej romantyczny obiekt. Grana przez Lori Singer (Footloose) Kassandra jest postacią, której oczyma patrzymy na rozgrywającą się historię pojedynku dobra ze złem, zmuszoną wziąć udział w polowaniu na złego czarodzieja, początkowo tylko dlatego, gdyż ten rzucił na nią czar. Pomiędzy nią, a Redfernem, łowcą czarownic, w którego wciela się Richard E. Grant (Withnail i ja), nawiązuje się ładna, naturalnie rozwijająca się relacja, kontrastująca ze złem, jakie wyrządza tytułowy bohater.

A ohydne rzeczy czyni czarnoksiężnik, począwszy od obcinania palców, odgryzania języka czy wyłupywania oczu, po groźby, że zamieni płody w bloki lodu. Jego najgorszym występkiem jest mord na chłopcu, po to, aby tłuszcz ofiary wykorzystać do latania. Mimo to makabra jest tu częściej sugerowana niż prezentowana, a żwawe tempo przekłada się na atmosferę bardziej letnią niż mroczną. Miner ma na swoim koncie sequele Piątku trzynastego oraz Halloween: 20 lat później, ale Czarnoksiężnik klimatem przypomina jego komediowe horrory – Dom oraz Lake Placid. Niebezpieczeństwo jest tu realne, choć łagodzone przez żarty z Redferne’a, który wyjęty z przeszłości ma problemy ze zrozumieniem teraźniejszości. Szkoda, że sam czarownik nie otrzymał podobnych scen, które uczyniłyby z niego bardziej interesującego łotra. 

Inny problem z Czarnoksiężnikiem jest taki, że nawet pomimo dużych pokładów dobrej woli i szczerej sympatii dla tego filmu, trudno go uznać za straszny, a nawet widowiskowy. Wydawać by się mogło, że opowiadający o czarowniku horror fantastyczny będzie wypełniony efektami, ale te są głównie animowane (!), co jak na film z końca lat osiemdziesiątych, wygląda tanio, staro i wręcz żenująco. Trudno odczuwać zagrożenie, kiedy magiczna moc czarownika przypomina coś, co urwało się z Disneyowskiej Fantazji. Również sposób, w jaki główny bohater lewituje i lata bardziej śmieszy niż zadziwia.

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA