Od szeptu w krzyk

BLADE: WIECZNY ŁOWCA. Komiksowy techno horror na koniec stulecia

Zapowiedź boomu kina komiksowego, ale przede wszystkim niesamowicie ekscytujące połączenie horroru i akcji.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Długo zastanawiałem się, o jakim filmie napisać z okazji setnego tekstu w cyklu „Od szeptu w krzyk”. Myślałem o żelaznej klasyce horroru, sięgającej kina niemego (Upiór w operze z Lonem Chaneyem prawie wygrał), oraz o nieco nowszych arcydziełach kina grozy, na czele ze Świtem żywych trupów Romera lub o jednym z mniej znanych, ale moich ulubionych tytułów, na przykład francuskim dreszczowcu Oni bądź włoskim egzystencjalnym zombie romansie Dellamorte Dellamore. Na wszystko to przyjdzie czas, a tymczasem pierwszą setkę zamknie film prawdziwie kultowy, niekoniecznie kojarzony z horrorem, choć przecież już od pierwszych scen pełen wygłodniałych wampirów i krwi, która tryska nawet z sufitu.

Blade’a: wiecznego łowcę Stephena Norringtona z 1998 roku otwiera jednak wcale nie słynna sekwencja klubowej imprezy (która najpierw zaskakuje nas tym, że niemal wszyscy bawiący się na niej są wampirami, aby po chwili przeistoczyć się w niezwykle efektowną ich rzeź), a widok rannej w szyję ciężarnej kobiety. Jest rok 1967, a ugryziona pani, zanim umrze, urodzi dziecko, przyszłego pogromcę krwiopijców. Moment ten zostanie przywołany w filmie jeszcze parokrotnie, jako odwołanie do człowieczej natury głównego bohatera, w którego żyłach płynie zarówno krew ludzka, jak i wampirza. Podobnie jest z tą wywodzącą się z komiksów Marvela teledyskową hybrydą horroru i akcji. Połączenie gatunków, które zazwyczaj nie idą ze sobą w parze, dało nam wspaniałego bohatera i jeden z najbardziej energetycznych filmów końca wieku, równocześnie będący zapowiedzią tego, co w kinie dopiero nadejdzie.

A przecież nie od razu było wiadomo, że Blade osiągnie sukces. Właściwie wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerowały coś zupełnie innego. Do dziś pamiętam, jak miesięcznik „Cinema” opublikował listę nadchodzących premier, równocześnie oceniając potencjalny sukces, i przyznał Blade’owi kciuk w dół. Kiedy nawet „Cinema” cię nie chce, musi być źle.

Na komiksowe filmy nikt wówczas nie chodził (a był ich cały wysyp – w ciągu zaledwie trzech lat mieliśmy Sędziego Dredda, Fantoma, Żyletę, Tank Girl, Spawna i Stalowego rycerza), natomiast bardzo złe przyjęcie powstałego rok wcześniej Batmana i Robina skutecznie zniechęciło Hollywood do dużych inwestycji w ekranizacje obrazkowych historii. Również jasno świecąca na początku dekady gwiazda Wesleya Snipesa zaczęła przygasać, kiedy kilka z jego ostatnich filmów (Pociąg z forsą, Fan, Morderstwo w Białym Domu, a nawet kontynuacja ŚciganegoWydział pościgowy) zaliczyło klapy. Co zaś się tyczy wampirów na ekranie – ówczesna widownia bardziej zainteresowana była slasherową zabawą Wesa Cravena w Krzyku, a nawet gdy krwiopijcy pojawiali się w kinie, to w wersji parodystycznej (Dracula – wampiry bez zębów Mela Brooksa) lub postmodernistycznej (Od zmierzchu do świtu Roberta Rodrigueza). Fakt, Buffy – postrach wampirów cieszyła się wówczas sporą popularnością, ale był to w pierwszej kolejności serial młodzieżowy, który dopiero w dalszych sezonach przeistoczył się w coś dużo ciekawszego i mroczniejszego.

Kiedy na parkiecie pojawia się Blade i zaczyna swój taniec śmierci z wampirami (a Snipes walczy tak, jakby faktycznie tańczył – oglądanie go w boju to czysta przyjemność), groza ustępuje miejsca ekscytacji.

Trudno zatem stwierdzić, czy ktokolwiek czekał na Blade’a, może poza ludźmi, którzy go zrealizowali. Tymczasem już pierwsze 15 minut filmu dało wszystkim widzom do zrozumienia, że mają do czynienia z czymś więcej niż kolejną nieudaną ekranizacją komiksową lub jeszcze jednym niepoważnym horrorem o wampirach. Począwszy od momentu, gdy napalony młodzian wchodzi z byłą gwiazdą filmów porno, Traci Lords, do klubu, w którym rozbrzmiewają techno dźwięki remixu „Confusion” zespołu New Order, z przeciwpożarowych spryskiwaczy wystrzeliwuje deszcz krwi, a bawiący się imprezowicze pokazują ostre ząbki, wiadomym było, że dzieło Norringtona chce pokazać krwiopijców z zupełniej nowej strony. Kiedy chwilę później na parkiecie pojawia się Blade i zaczyna swój taniec śmierci z wampirami (a Snipes walczy tak, jakby faktycznie tańczył – oglądanie go w boju to czysta przyjemność), groza ustępuje miejsca ekscytacji. Kinetyczność tej oraz następnych scen akcji, wraz z tętniącą życiem muzyką, teledyskowym montażem oraz zdjęciami Theo van de Sande’a, które są nie mniej dynamiczne niż główny bohater, nawet dziś, po 22 latach od premiery, wprawia w zachwyt.

Ostatnio dodane