Fantastyczny cykl

OTCHŁAŃ. 30 lat podwodnej misji Jamesa Camerona

Lubiące się z nauką, niestroniące od rozrywki, przy tym ambitne, wzruszające, mądre - takie SF lubię najbardziej.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Kiedy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy na ciebie. [Friedrich Nietzsche]

Nie dość, że reżyser nie chciał korzystać z pomocy kaskaderów, to w dodatku nie wysługiwał się manekinami, przez co nawet trupy grane były przez wstrzymujących oddech aktorów – co dziś może być odbierane jako przejaw szaleństwa. W scenie, w której Bud pod wodą ciągnie za sobą ciało Lindsey, grają właśnie Harris i Mastrantonio, a nie, jak mogłoby się wydawać, kaskader i manekin. Przez to nieustanne igranie z losem i kroczenie po granicy ludzkich wytrzymałości uczestnicząca w zdjęciach ekipa szybko określiła pracę nad Otchłanią mianem „The Abuse” (gra słów od The Abyss – oryginalnego tytułu filmu), przyrównując je po prostu do nadużycia. Co jednak znaczące, po latach sam Cameron wspomina kręcenie Otchłani jako koszmar, między innymi dlatego, że… jemu także groziło utonięcie.

Można po latach wytykać Cameronowi, że siląc się na inscenizacyjny realizm, jednocześnie po macoszemu potraktował niektóre kwestie naukowe. Kwestie, które przeciętnemu zjadaczowi popcornu mogą nie przysparzać problemów, ale wytrawnemu sympatykowi science fiction już tak. Mam tu na myśli wszelkie sytuacje związane z obniżonym ciśnieniem, które w jednej chwili miażdży batyskaf jak puszkę, a w drugiej pozwala nurkowi pobijać głębinowy rekord Guinessa. Da się jednak na to przymknąć oko, gdy weźmie się pod uwagę, że mimo wszystko mamy do czynienia z fantastyką, w dodatku biorącą na warsztat pierwszy kontakt ludzi z obcą rasą z kosmosu. Rasą, której owo niskie ciśnienie najwyraźniej wyjątkowo dobrze służy.

Wydźwięk spotkania człowieka z obcymi jest tutaj zgoła inny niż ten, który Cameron zasugerował w swym poprzednim filmie. Podczas gdy Obcy wyraża obawy, że kontakt z kosmitami skrywa wiele śmiertelnych niebezpieczeństw, tak w Otchłani popularyzowany jest optymistyczny rezultat spotkania z odmiennymi formami życia. Cameron poszedł zatem w podobnym kierunku, co jego kolega Steven Spielberg w Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia. Wprawdzie wersja reżyserska Otchłani za sprawą rozbudowanej sceny kulminacyjnej znacznie poszerza cały wątek kontaktu z obcymi o humanitarne i pacyfistyczne przesłanie; ja jednak pozostanę w gronie zwolenników wersji kinowej, znacznie subtelniejszej w przekazie, wykorzystującej niedomówienie jako środek budowania wokół głównego tematu aury tajemnicy.

Cameron miał prawo do tak zwanego final cut, czyli ostatecznego cięcia.

Warto przy tej okazji obalić jeden z mitów. Otóż mogłoby się wydawać, że to wytwórnia 20th Century Fox wymogła na Cameronie skrócenie filmu, w obawie przed tym, że widownia nie będzie chciała oglądać w kinie niemalże trzygodzinnego podwodnego widowiska. Co mogło stawiać wysoki jak na tamte czasy budżet 50 milionów dolarów w świetle ryzyka finansowej klapy. Okazuje się jednak, że Cameron miał prawo do tak zwanego final cut, czyli ostatecznego cięcia, i to on zdecydował, że słynne alternatywne zakończenie filmu zostało udostępnione widzom jedynie w rozszerzonej wersji DVD. To była dobra decyzja.

Komponujący muzykę do filmu Alan Silvestri zdołał nadać historii odpowiednią wagę i majestat. To, co w Otchłani zachwyca po latach i zachęca do powtórnego seansu, związane jest głównie z jedynym w swoim rodzaju podwodnym klimatem. Dla mnie to przede wszystkim fascynująca przygoda do najdalszych, najmroczniejszych morskich głębin, będąca twórczym połączeniem idei 20 000 mil podmorskiej żeglugi z ambicjami 2001: Odysei kosmicznej. Człowiek został tu, jak to u Camerona bywa, ponownie przeciwstawiony technologii, która z jednej strony – niczym prawdziwy żywioł – niesie szansę, z drugiej z kolei sprowadza na niego zgubę.

Ale Otchłań to także mały dramat w wielkiej wodzie. To przede wszystkim historia o nadrabianiu zaległości, przepracowywaniu małżeństwa, które kieruje się ku niechybnemu upadkowi. Dno oceanicznej głębiny zdaje się być najlepszą alegorią relacji Buda i Lindsey. A jednak oboje jakimś cudem znajdują dla siebie szansę; jednak budzą się do życia, napełniając płuca powietrzem i miłością. Tak, chciałbym to podkreślić – przy całym swoim niesamowicie efektownym kostiumie Otchłań to także jeden z najbardziej wzruszających filmów science fiction, jaki dane mi było obejrzeć.

Parafrazując zatem cytat Nietzschego, mogę powiedzieć, że gdy po latach patrzę w Otchłań, ta właśnie Otchłań jeszcze bardziej patrzy we mnie.

Ostatnio dodane