Fantastyczny cykl

UCIEKINIER (1987). Wciąż aktualny?

Film Paula Michaela Glasera to bowiem dosadny pamflet, komentujący współczesne oblicze kultury medialnej, w tym pogoń za sensacją oraz niebezpieczne przesuwanie się granicy tolerancji na przemoc.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

To kino bardzo dosłowne, sugestywne, nie chodzące na kompromisy, w sposób wyraźny epatujące przemocą.

Wśród sympatyków SF Uciekinier cieszy się dziś niemałym uznaniem i składa się na to co najmniej kilka powodów. To kino bardzo wartkie, dynamiczne, od razu przechodzące do rzeczy, dające widzowi bardzo mało momentów wytchnienia. To kino bardzo dosłowne, sugestywne, nie chodzące na kompromisy, w sposób wyraźny epatujące przemocą. I w cechach tych jest dokładnie takie, jak jego bohater. Richards to jedna z tych charakterystycznych, bezkompromisowych ról Schwarzeneggera, w której z uśmiechem na ustach i przy udziale ciętych onelinerów niszczy wszystko i każdego, kto staje mu na drodze, nie patyczkując się nawet z towarzyszącą mu kobietą. Jest w tym wiele urokliwego kiczu, który nadaje całości charakter umowności.

Przeprowadzana w Uciekinierze gra bynajmniej jednak nie wzięła się z innej rzeczywistości. Inspirację przyniosło japońskie telewizyjne show pt. Trans American Ultra Quiz. Biorący w nim udział zawodnicy byli torturowani i upokarzani, a wygrywał ten, który zdołał znieść najwięcej bólu. Paradoksalnie najbardziej niezwykłe w Uciekinierze jest zatem to, jak wiele prawdy w sobie kryje. Film Paula Michaela Glasera to bowiem dosadny pamflet, komentujący współczesne oblicze kultury medialnej, w tym pogoń za sensacją oraz niebezpieczne przesuwanie się granicy tolerancji na przemoc. 

To także dowód na to, że historia lubi się powtarzać, a kultura lubi kręcić się w kółko. Uciekinier nawiązuje bowiem w sposób bezpośredni do starożytnych walk gladiatorów, które wieki temu odrzuciliśmy za sprawą podążania drogą moralności. Brutalne rozgrywki mogą w końcu powrócić, ale nie w tak niegroźnej formie, jak zaproponowano w Amerykańskich gladiatorach – show z 1989, w którym więcej było aktorstwa niż realnej walki. Chodzi o coś znacznie, znacznie bardziej dosłownego.

Ewidentne jest, że dzisiejsze zatomizowane społeczeństwo, skupiające uwagę wokół ulubionego elektronicznego nośnika medialnego – telewizora, komputera lub smartfona – coraz bardziej pragnie krwi, coraz bardziej znajduje w nowych mediach możliwość upustu pierwotnych żądz. Czarne lustro, w które systematycznie się wpatrujemy, stwarza bowiem tylko pozorny dystans do podglądanej sensacji. A tej nie brakuje – wystarczy jeden rzut oka na ogłupienie panujące obecnie na YouTube lub w najnowszych telewizyjnych programach rozrywkowych, by zdać sobie sprawę, że już wkrótce brutalne pojedynki, a nawet sama śmierć na wizji przejdą do codzienności.

Najbardziej jednak przerażające jest to, że etap ten wdrożony zostanie płynnie, za sprawą naszego biernego przyzwolenia. Jakbyśmy właśnie tego rodzaju prawdy oczekiwali od mediów, znudzeni sztucznością otaczających nas symulacji.

Dlatego właśnie Uciekinier zdołał przetrwać próbę czasu i wyróżnić się na tle innych futurystycznych akcyjniaków lat 80. Bo wystosował wiadomość, która z dnia na dzień staje się coraz bardziej aktualna i przerażająca dosłownością. Nie wiem, czy jest to zasługa bardziej Kinga, twórcy literackiej podstawy, czy bardziej Glasera, reżysera, który brawurowo ową podstawę przetworzył, ale jedno jest pewne – komunikat zawarty w Uciekinierze nie powinien nikogo z nas pozostawić obojętnym.

Ostatnio dodane