Fantastyczny cykl

MROCZNE MIASTO (1998). 20 lat od premiery SF w kafkowskim wydaniu

Kultowy film science fiction, który na rok przed Matriksem, podawał w wątpliwość prawdziwość naszej rzeczywistości.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Sen czy jawa?

W 1998 roku, cztery lata po artystycznym sukcesie Kruka, Alex Proyas dał światu kolejne, niezwykle klimatyczne widowisko. Po gotyckiej opowieści o miłości przekraczającej śmierć tym razem, łącząc w jedno surrealizm i science fiction, podważył sens otaczającej nas rzeczywistości i zadał jednocześnie kilka egzystencjalnych pytań.

Kończące w tym roku dwadzieścia lat Mroczne miasto nie bez powodu cieszy się statusem filmu kultowego. Ba! Mocno wyświechtane dziś określenie sprawia wrażenie, jakby zostało zdefiniowane właśnie na potrzeby tego filmu. 

W jednej ze scen Mrocznego miasta Dr Schreber, bohater grany przez Kiefera Sutherlanda, poprzez osadzenie laboratoryjnego szczura w specjalnie zaprojektowanym labiryncie rysuje trafną analogię do motywu przewodniego filmu. Rzut kamery na zagubionego w nowym miejscu gryzonia jest czytelnym nawiązaniem do głównego bohatera Mrocznego miasta, borykającego się z wyjątkowo bolesnym w skutkach kryzysem tożsamości. Nie wie bowiem ani kim jest, ani gdzie się znajduje.

John Murdoch (znany bardziej z desek teatrów Rufus Sewell) cierpi na amnezję. Budząc się w wannie w hotelowym pokoju tuż obok ciała zabitej kobiety, nie bardzo wie, jak interpretować swoje położenie. Dowiaduje się, że jest ścigany za serię brutalnych morderstw, choć nie czuje się winny. Musi jednak uciekać nie tylko ze względu na depczącą mu po piętach policję. W ślad za nim wyruszają także Nieznajomi – członkowie tajemniczej organizacji, władający mocą zatrzymywania czasu i usypiania miasta. Balansując na granicy jawy i snu, Murdoch szuka prawdy o sobie i świecie, który go otacza. Odpowiedź podważy sens wszystkiego, w co dotychczas wierzył.

Na samym początku Proyas zakładał opowiedzenie historii osadzonej w latach czterdziestych, której bohaterem byłby detektyw...

Autorem konceptu fabularnego filmu jest sam reżyser, Alex Proyas. Scenariusz napisał razem z Davidem S. Goyerem (Blade) oraz Lemem Dobbsem. Na samym początku Proyas zakładał opowiedzenie historii osadzonej w latach czterdziestych, której bohaterem byłby detektyw prowadzący sprawę wymykającą się zdrowemu rozsądkowi i doprowadzającą do obłędu. Dopiero później, rozpisując sylwetki reszty postaci, przekierował uwagę na osobę ściganą przez detektywa – Johna Murdocha – sytuując go w centrum historii. Dwójka scenarzystów współpracująca z Proyasem dodała do filmu sekwencje akcji oraz sceny wymagające użycia efektów specjalnych, nieco film ożywiając, gdyż w ujęciu głównego autora wizja Mrocznego miasta była o wiele bardziej statyczna.

Pamiętam, że lata temu, podczas pierwszego seansu, Mroczne miasta irytowało lukami logicznymi, przesadną podniosłością dialogów, ale także wybitnie szybkim montażem. Film nie zdołał otworzyć wówczas moich oczu na kilka wartości, które dziś, z perspektywy czasu, wydają mi się oczywiste. Zacznijmy od tego, że Mroczne miasto stanowi osobliwą mieszankę formy i treści. Na pierwszy rzut oka wybija się niezwykle charakterystyczna, spowita mrokiem stylistyka, przypominająca zarówno tradycję czarnego kryminału (Sokół maltański), jak i niemieckiego ekspresjonizmu (Metropolis). Dodajmy do tego oryginalne dekoracje, oparte na solidnej pracy speców od miniaturowej architektury, a także nie mniej oryginalne kostiumy, by już po kilkunastu minutach zrozumieć, na czym opiera się klimat tego filmu.

Najciekawiej Mroczne miasto działa jednak na poziomie idei. Końcówka lat dziewięćdziesiątych przyniosła kilka pamiętnych przykładów filmów opartych na tym samym, niezwykle sugestywnym założeniu, jakoby nasza rzeczywistość była jedynie iluzją. W sposób bezpośredni odnoszą się one do słynnej jaskini Platona, czyli koncepcji filozoficznej, wedle której więzień nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest więziony, a to, co widzi wokół, jest tylko cieniem prawdy.

Po Truman Show i recenzowanym Mrocznym mieście koniec tysiąclecia przyniósł jeszcze Trzynaste piętro i rzecz jasna Matriksa. Ten ostatni tytuł zdaje się mieć z filmem Proyasa najwięcej wspólnego. Nie chodzi jedynie o motyw wybrańca, posiadającego umiejętności pokonania manipulujących rzeczywistością „złych”, ale także o sam sposób kręcenia poszczególnych scen i postaci. Nie ma w tym podobieństwie żadnego przypadku – Wachowscy kręcili swój film po części na tym samym planie zdjęciowym co Proyas Mroczne miasto.

Prawdziwą siłą Mrocznego miasta jest to, że można w stosunku do niego uruchomić wiele dróg interpretacyjnych. Przywodzi to na myśl konstrukcję kafkowskiej paraboli – zarówno w klimacie, jak i w uniwersalizmie przesłania. Co ciekawe, sami twórcy scenariusza mają różne pomysły na rozwikłanie filmowej zagadki. W komentarzu do wydania DVD David S. Goyer ujawnia dwa możliwe wyjaśnienia dotyczące pochodzenia mieszkańców tytułowego miasta.

I tu uwaga: dalsza część akapitu zawiera spoiler! W swoim oryginalnym koncepcie Proyas uważał ludzi za pasażerów statku kosmicznego, który został uprowadzony przez Obcych. Z kolei Goyer opowiada się za bardziej duchowym podejściem, zakładając, że ludzie faktycznie nie żyją, a mroczne miasto jest rodzajem czyśćca stworzonego przez ludzi, których obcy wybrali lub uprowadzili z różnych epok w historii. To tłumaczyłoby obecność w filmie tajemniczo brzmiących i wprowadzających widza w błąd anachronizmów.

Ale z uwagi na fakt, że nazwisko wspominanej wcześniej postaci Kiefera Sutherlanda – Daniela Paula Schrebera – pokrywa się z nazwiskiem autora książki z początku XX wieku, zatytułowanej Pamiętnik nerwowo chorego, myśląc o Mrocznym mieście, lokuje się je przede wszystkim w kategorii psychologicznego science fiction. Wydarzenia, jakie dane nam jest oglądać, są niczym innym jak metaforą stanów paranoidalnych, poddających w wątpliwość niemal wszystkie elementy znanej nam rzeczywistości.

Pamięć, która w tym wypadku ma stanowić klucz do zrozumienia człowieczeństwa, trafiona w niepowołane ręce i poddana manipulacji, może stanowić źródło naszego obłędu. Dlatego, paradoksalnie, gdy rozsądek niedomaga, tak ważne jest zawierzanie przede wszystkim emocjom.

Ostatnio dodane