Fantastyczny cykl

KWINTET. Altmanowskie SF ma już czterdzieści lat!

Pomimo enigmatyczności i stosunkowo banalnej symboliki, Kwintet posiada kilka istotnych zachęt do odbycia seansu. Nawet po latach.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Gra o życie

Przeczytaj poprzednie odsłony Fantastycznego Cyklu

Zagrajmy w skojarzenia. Gdybym powiedział wam, że swego czasu kreowaniem świata science fiction zainteresowany był sam Robert Altman, reżyser kojarzony raczej z bardziej „przyziemnym” repertuarem, dalibyście temu wiarę? A gdybym powiedział, że w jego filmie SF wystąpił sam Paul Newman, aktor, który nigdy wcześniej i nigdy później styczności z fantastyką naukową nie miał, nadal podtrzymywaliście swoją niewiarę? Odpowiedzią na te wątpliwości jest film Kwintet z 1979 – bardzo specyficzne, nietuzinkowe kino postapokaliptyczne, które po czterdziestu latach od premiery zdołało już zostać zapomniane.

Kwintet okazał się finansową i artystyczną klapą...

Gdy spojrzałem na wyniki plebiscytu filmów postapokaliptycznych, nie zdziwiło mnie, że nie ma wśród nich Kwintetu. Choć sam optowałem za tym, by dzieło znalazło się na liście filmów do wyboru przez czytelników, miałem też świadomość, że nie jest to ani film specjalnie popularny, ani też w pełni udany. Choć dwoma wymienionymi przeze mnie argumentami, kryjącymi się w nazwiskach Altmana i Newmana, Kwintet skłania do tego, by uznać go za ciekawe zjawisko i pozycję obowiązkową nie tylko dla przeciętnego fana SF, ale też wszystkich lubiących twórczość wymienionych osób, to jednak pewne jest także, że film z 1979 sam zasłużył sobie na to, by o nim nie pamiętano. Przede wszystkim swoją enigmatyczną, trudną w odbiorze formułą.

Przyczyniło się to także do jednoznacznej krytyki obrazu. Dziś ze świecą szukać opinii, że eksperyment Altmana się udał. Na portalu IMDb przy ponad dwóch tysiącach głosów film zdołał uzyskać jedynie średnią ocenę oscylującą wokół piątki. Na Rotten Tomatoes jest równie nieciekawie. Na osiem recenzji filmu tylko jedna jest pozytywna. Przewijają się głosy podobne do opinii wyrażonej swego czasu przez Vincenta Canby’ego dla „New York Times”: „Kwintet jest przygnębiający nie dlatego, że dotyczy końca świata, ale dlatego, że jego artystyczna wizja jest po prostu słaba”. Chyba nie muszę jeszcze dodawać, że film ten na skutek takiego, a nie innego odbioru, nawet przy stosunkowo niskim budżecie zamkniętym w dziesięciu milionach dolarów okazał się dla studia 20th Century Fox finansową klapą?

Teraz, gdy odhaczyliśmy już to, jaką pamięć po sobie zostawił film Altmana, możemy skupić się na moim odbiorze tego dzieła. A przyznać muszę, że do dziś wspominam je dobrze, ponieważ swego czasu przyniosło mi intelektualną satysfakcję. Trudno jest także nie docenić odwagi Altmana w kreowaniu oryginalnej, postapokaliptycznej rzeczywistości. Akcja Kwintetu rozgrywa się bowiem w świecie przyszłości, który dotknęła kolejna epoka lodowcowa. Jest to pokłosie wyniszczającej wojny nuklearnej, której efekt, jak łatwo się domyślić, nie pozostał bez znaczenia dla środowiska naturalnego. Główny bohater, niejaki Essex (Paul Newman), trafia wraz ze swoją ciężarną żoną do zasypanego śniegiem miasta. Dla zmarzniętej, wygłodzonej i przybitej beznadzieją ludności miasta jedynym „umilaczem” czasu wydaje się tajemnicza gra – kwintet – na której szali często staje ludzkie życie.

Jedną z głównych zalet Kwintetu jest to, co stanowi zarazem jego główny problem. Że przy naporze nagromadzonych w filmie metafor czyni zarówno fabułę, jak i tytułową grę tak niejasną, że widz sam musi dopisać sobie ich właściwe znaczenie. Łatwo o uczucie zagubienia, choć akurat ja w tej śnieżnej przestrzeni zdołałem odnaleźć coś interesującego. Próżno doszukiwać się zasad tytułowej rozgrywki, dlatego wypada raczej traktować ją symbolicznie, jako cel sam w sobie, bez przesłania. Po upadku kultury kwintet zdaje się ostoją intelektualnej i emocjonalnej rozrywki. Rozrywki, która na skutek wpisanego w nią ryzyka pozostaje dla uczestników jedynym determinantem życia. Odizolowana, pogrążona w mrozie i apatii cywilizacja nie zdołała zachować swego ducha. Jego resztki zdają się pobrzmiewać właśnie w grze.

Kwintet do dla mnie także w dużym uproszeniu metafora życia w ogóle. Wszak jego zasady są niejasne, a konsekwencje działań trudne do przewidzenia, co ma przypominać labirynt ludzkiego losu. Jak rozumiem, celem reżysera nie było dostarczenie bohaterowi nadziei i napełnienie nią serca widza, nawet jeśli lecący na początku filmu ptak może być interpretowany jako jej zwiastun. Ostatecznie wszystko grzęźnie w marazmie. Ale być może właśnie ta tajemniczość, niepewność losu, zawieszenie, ciągły brak odpowiedzi na fundamentalne pytania tyczące się sensu sprawiają, że to wszystko, co nas otacza, wciąż się jeszcze kręci. I może to właśnie te czynniki dostarczą nam motywacji do tego, by w obliczu ewentualnej katastrofy wciąż utrzymywać się przy życiu. Nawet jeśli miałoby to polegać tylko na suchej, beznamiętnej egzystencji.

Altmanowski Kwintet wyróżnia się także klimatem. Film cechują bardzo spokojnie nakręcone sceny dialogowe, nawiązujące do teatralnego charakteru wielu filmów reżysera. Realizacyjną wizytówką jest z kolei zamazanie lub zamglenie poszczególnych ujęć, dzięki czemu temperatura poniżej zera (o którą zresztą zadbał także sam twórca podczas zdjęć) jest bardziej przez widza odczuwalna. Jest to jednocześnie podstawowy budulec specyficznego, onirycznego klimatu Kwintetu. Klimatu, do którego ma się ochotę wrócić – zwłaszcza zimą, w ramach seansu przy kominku.

Ostatnio dodane