Fantastyczny cykl

INWAZJA PORYWACZY CIAŁ. Słynny thriller science fiction nigdy nie był tak aktualny

Jest więc "Inwazja porywaczy ciał" swoistą parodią marksizmu, czy może jest to film o znacznie bardziej uniwersalnej głębi? Byłbym za tym drugim rozwiązaniem.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Oni już tu są! Jesteście następni!

To zaskakujący zbieg okoliczności, że Kevin McCarthy, główny aktor widowiska Inwazja porywaczy ciał, dzieli nazwisko ze słynnym amerykańskim senatorem Josephem McCarthym. Ten pierwszy wystąpił w filmie, który metaforycznie odnosi się do strachu przed komunistami, a ten drugi ów strach w rzeczywistości uskuteczniał. Mamy tu zatem makkartyzm pełną gębą? Tak, ale to nie jedyna właściwość słynnego filmu science fiction z 1956 roku. Czy po równo sześćdziesięciu pięciu latach od premiery widowiska Dona Siegela nadal jest się czego bać?

Z perspektywy czasu jeszcze bardziej zaskakująca wydaje się zazdrość, jaką przejawiał Kevin McCarthy w stosunku do swego kolegi po fachu, Montgomery’ego Clifta. W 1956 roku, w roku premiery Inwazji porywaczy ciał, Clift pracował dla studia MGM, kręcąc u boku Elizabeth Taylor wysokobudżetowe, melodramatyczne widowisko W poszukiwaniu deszczowego drzewa, adaptujące powieść o analogicznym tytule. W tym samym czasie Kevin McCarthy także wystąpił w filmowej adaptacji, ale wyjętej z kompletnie innego świata, bo będącej w rezultacie niskobudżetowym, B-klasowym kinem science fiction. Ani McCarthy, ani Clift nie wiedzieli jednak wtedy, że o prestiżowym W poszukiwaniu deszczowego drzewa bardzo szybko widownia zapomni, natomiast niepozorna Inwazja porywaczy ciał na stałe zapisze się tak w annałach gatunku, jak i historii kina. Chociażby za sprawą tego jednego, ikonicznego wręcz ujęcia.

Jeden ze słynniejszych kadrów w historii kina SF. Kevin McCarthy i Dana Wynter uciekają przed zniewoleniem.

Film Dona Siegela rozgrywa się jak typowy dreszczowiec, ze stopniowo narastającym napięciem, a jego główną substancją jest paranoja bohatera. Postać grana przez Kevina McCarthy’ego to lekarz, dr Miles, do którego zgłaszają się pacjenci z dziwnymi objawami. Nie wiedzieć czemu, nie poznają oni swoich bliskich – mają wrażenie, iż nie są sobą. Kolega po fachu podpowiada Milesowi, że być może jest to związane z masową histerią, ale ten nie daje mu wiary. Wkrótce bohater zawołany zostaje do jeszcze dziwniejszego przypadku – znajomi znaleźli coś, co przypomina ciało, a co w rezultacie jest klonem jednego z nich. Kto za tym wszystkim stoi i co tu się właściwie dzieje? Odpowiedź na to pytanie nie pochodzi z naszego świata.

Zarówno Kevin McCarthy, jak i Jack Finney, autor książki będącej podstawą dla scenariusza, zawsze zaprzeczali plotce (silnej przecież do dziś), jakoby historia ukazana w Inwazji porywaczy ciał była wypowiedzią przeciwko makkartyzmowi i komunizmowi. Reżyser filmu, Don Siegel, uważa jednak (i słusznie), że polityczne skojarzenia z działalnością senatora Josepha McCarthy’ego i jego „polowaniami na czarownice” były i są nieuniknione, chociaż zależało mu, by środek ciężkości filmu był inny. To miał być po prostu rasowy dreszczowiec SF, odświeżający gatunkowe schematy. Zastraszana i żyjąca w strachu zimnowojenna widownia wolała jednak widzieć w filmie polityczny pamflet. Siegel pozostawał w wywiadach nieugięty, niejednokrotnie podkreślając, że owszem, rozpatrywał Inwazję… jako metaforę, ale nie polityczną, lecz psychologiczną.

Termin „ludzie strąki” lub „ludzie rośliny” funkcjonował w kulturze bardzo długo.

W czym rzecz? W tym, że niezależnie od światopoglądów, niezależnie od przynależności partyjnych, niezależnie od tego, kim jesteśmy, bakcyl emocjonalnej bierności i tumiwisizmu jest w stanie ujawnić się w każdym z nas. Powiedzmy to sobie wprost – w interesie każdego reżimu nie jest to, byśmy byli jednostkami zaangażowanymi, trzeźwo myślącymi, tak jak dr Miles. To masowe ogłupienie i apatia zdają się być w cenie. Sami sobie zakładamy te kajdany za sprawą swej poddańczej postawy. Jesteśmy manipulowani niczym marionetki. Chłoniemy informacje medialne bez żadnego filtra, stając się jedynie pionkami w wielkiej grze o tron i pieniądz. Społeczeństwo skłócone, społeczeństwo podzielone, społeczeństwo zniechęcone, apatyczne i pasywne to społeczeństwo łatwe do kontrolowania. „Chleba i igrzysk” – nic więcej szarakom nie potrzeba, by przestać interesować się tym, co dzieje się za kulisami.

Dlatego właśnie przez dziesięciolecia od premiery filmu w kulturze amerykańskiej funkcjonował termin „ludzie ze strąku”. Powstał, rzecz jasna, na bazie ukazanego w filmie sposobu, w jaki obca rasa z kosmosu podmieniała prawdziwych ludzi na ich sklonowane kopie. Termin ten prawdopodobnie dotarł także do nas, przybierając określenie ludzie rośliny, używany na określenie tych, którzy najzwyczajniej w świecie wegetują, zamiast uważnie i świadomie czerpać z życia to, co najlepsze i najistotniejsze. Nie wiem jak wy, ale widzę wielu takich ludzi wokół siebie, i to nieustannie. Widzę to w ich oczach, pozbawionych iskry. Żyją bezrefleksyjnie, jedynie odhaczając kolejne rutyny dnia. Boją się myśleć, a jeszcze bardziej boją się podejmować decyzje. Obywatel idealny.

Oni już tu są…!

Jest więc Inwazja porywaczy ciał swoistą parodią marksizmu...

Jest więc Inwazja porywaczy ciał swoistą parodią marksizmu czy może jest to film o znacznie bardziej uniwersalnej głębi? Byłbym za tym drugim rozwiązaniem. Z pewnością dlatego też historia brana na warsztat w filmie stała się tak bardzo inspirująca, że do dziś powstały, bagatela, aż trzy jego remaki. Miało to miejsce, rzecz jasna, w 1978 roku, gdy gwiazdorsko obsadzoną Inwazją porywaczy ciał zajął się wówczas Philip Kaufman (ciekawostką jest fakt, iż w filmie ponownie wystąpił McCarthy). Miało to miejsce w 1993, gdy nową wersję Porywaczy ciał zaproponował sam Abel Ferrara. I miało to miejsce także przy udziale Nicole Kidman i Daniela Craiga w Inwazji z 2007 roku. Z tej listy tylko film z 1978 jest w stanie równać się z oryginałem, gdzieniegdzie nawet go przewyższając, czy to w wymiarze grozy, czy to inscenizacyjnego polotu.

Nie zmienia to faktu, że wystosowany w 1956 roku komentarz, wedle którego ulegając wpływom różnych sił, stajemy się emocjonalnie rozleniwieni, zapewniając sobie ułudę bezpieczeństwa, jest komentarzem wciąż niepokojąco aktualnym. Jest coś symptomatycznego w tym, że cała ta kosmiczna infiltracja i przemiana w klony zachodzi podczas snu. Dlatego bohater wraz ze swą partnerką dzielnie walczą do końca, by nie zmrużyć oka. W rzeczywistości… oni już w tym śnie tkwią, jak my wszyscy, za sprawą bycia częścią kneblującej nas kultury. Rzecz w tym, że sami ją stworzyliśmy.

Przeczytaj poprzednie odsłony Fantastycznego Cyklu

Ostatnio dodane