Fantastyczny cykl

DIABELSKIE NASIENIE (1977). Czterdzieści lat “Dziecka Rosemary” science fiction

Toporne efekty, miałka fabuła przywodząca na myśl typowe rozwiązania. Nic to jednak, bo w Diabelskim nasieniu konfrontujemy się z jednym z najbardziej przerażających SI jakie znało kino.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Diabeł w maszynie

Jak wiemy, wiele treści science fiction ugruntowanych zostało na obawie przed technologicznym rozwojem. Można powiedzieć, że jest to wręcz kierunek dla gatunku esencjonalny, wyrażający potrzebę wykorzystywania fantastyki do tworzenia przestrogi przed możliwościami jutrzejszych maszyn. Te bowiem, bez względu na to, jak ważne byłyby dla człowieka, mogłyby w rezultacie stać się jego największą klątwą. Dlatego już w latach czterdziestych Isaac Asimov, formułując trzy prawa robotyki, w obrębie których miały poruszać się inteligentne maszyny, wyraźnie studził emocje, ostrzegając przed obdarzaniem przyszłych automatów nadmiernym zaufaniem.

W Diabelskim nasieniu mamy nawet do czynienia z komputerem przypominającym słynnego HALa 9000 – i to zarówno w zachowaniu, jak i wyglądzie.

W 1977, czyli dokładnie czterdzieści lat temu, zanim publika otrzymała okazję do tego, by dać się ponieść nowemu prądowi wielkich fantastycznych widowisk o wydźwięku optymistycznym pokroju Gwiezdnych wojen czy Bliskich spotkań trzeciego stopnia, w tym samym roku w kwietniu najpierw otrzymała okazję do ponownego zanurzenia się w dojmującej toni lęku przed sztuczną inteligencją. Choć film Donalda Cammella pt. Diabelskie nasienie, którego scenariusz powstał na podstawie powieści Deana Koontza, z perspektywy czasu niewiele dodaje do popularnej w obrębie SF tematyki, to jednak warto zaznaczyć, że straszył on negatywnym obliczem rozwoju sztucznej inteligencji jeszcze przed powołaniem podgatunku cyberpunku. Dokładnie tak, jak czyniła to Kubrickowska Odyseja kosmiczna.

W Diabelskim nasieniu mamy nawet do czynienia z komputerem przypominającym słynnego HALa 9000 – i to zarówno w zachowaniu, jak i wyglądzie. Został mu bowiem zaprogramowany w równym stopniu dźwięczny, męski głos (w tym wypadku wydobywający się z aktora Roberta Vaughna), który nadaje złowieszczej maszynie ludzkiego charakteru. Jednak intencje Proteusza, bo takie imię nosi komputer z filmu Cammella, są znacznie bardziej przerażające, a działanie – znacznie bardziej bezwzględne. Stworzona przez naukowca Alexa Harrisa (Fritz Weaver) maszyna ma stanowić nadzieję dla ludzkości z uwagi na niemal nieograniczoną pamięć i skupianie całej wiedzy świata. Gdy jednak Proteusz osiąga samoświadomość i w odpowiedzi na jedno z poleceń swego stwórcy używa fundamentalnego pytania „dlaczego?”, bohater szybko uświadamia sobie, że zabawa w Boga skończyła się jeszcze zanim na dobre się rozpoczęła.

Teraz owym stwórcą chce być sam Proteusz. Sugeruje to już jego imię, przywodzące na myśl mitologiczne morskie bóstwo, którego imię oznacza „narodzonego jako pierwszy”. To zaskakujące, gdyż bunt Proteusza w stosunku do człowieka nie objawia się w sposób typowy. Nadkomputer nie dąży do eksterminacji, nie stara się zaznaczyć swojej wyższości. Bardziej frapuje go wpisana w jego egzystencję kruchość. Dlatego upatrując sobie za cel żonę naukowca (Julie Christie), postanawia ją… zapłodnić. Jak sam podkreśla, ma przez to nadzieję, że rodząc się w ludzkiej postaci, będzie miał w końcu okazję do cieszenia się tym, co dla człowieka jest powszechnym, niezauważalnym wręcz dobrem – a mianowicie odczuwania promieni słońca na twarzy.

W ten sposób z SF o sztucznej inteligencji film Cammela zmienia się w dreszczowiec o ontologicznym wydźwięku. Diabelskie nasienie udowadnia w sposób niezwykle sugestywny, że ani rozum, ani tym bardziej emocje nie są najważniejszą właściwością istnienia, warunkiem określającym świadomość. Te mogą zostać bowiem z powodzeniem i w sposób doskonały odtworzone w maszynie, co z gruntu pozbawia je unikalności. Inaczej jest jednak z aktem narodzin. Marzenie Proteusza o kreowaniu i kontynuowaniu swego syntetycznego rodzaju jest zatem marzeniem bardzo ludzkim, bo rozbija się o pierwotny strach przed końcem historii i rozpaczliwym dążeniu do przekazania pałeczki następnemu pokoleniu.

Ten czterdziestoletni film z topornymi efektami specjalnymi, które u niektórych mogą już wywoływać uśmiech politowania, potrafi jednak zachęcić do zatracenia się w sweh wizji. Przykuwa uwagę niepokojącą, mroczną aurą, każącą obawiać się zła drzemiącego w wynalazku, który wtedy, w 1977 roku, był jeszcze literacką fantasmagorią, lecz dziś powoli staje się rzeczywistością.

W trakcie seansu narzuciło mi się jedno porównanie, które, mam wrażenie, idealnie oddaje zarówno atmosferę filmu Cammella, jak i to, co chce przekazać w swojej treści. Według mnie Diabelskie nasienie to Dziecko Rosemary gatunku SF. Zmienia się tylko oblicze diabła.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane