Action Collection

ZABÓJCY. Stallone vs Banderas

Wspomnienie i dywagacje na temat niedocenionych „Zabójców” Richarda Donnera.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Komu jednak mamy dopingować, skoro obu tytułowych zabójców powinniśmy potępić za samą profesję, w jakiej się spełniają? Zaledwie rok wcześniej powstały Pulp Fiction oraz Leon zawodowiec, filmy, które z kilerów uczyniły, jeśli nie pozytywne postaci, to na pewno takie, z którymi widzowie mogli sympatyzować. Wcześniej widzieliśmy w takich rolach gwiazdy – Chow Yun-Fata (Płatny zabójca Johna Woo), Alaina Delona (Samuraj Jean-Pierre’a Melville’a) i Lee Marvina (Zabójcy Dona Siegela) – ale nie bez powodu ich bohaterowie musieli zapłacić za swe winy.

Tymczasem Zabójców Donnera trudno podejrzewać o zapędy moralizatorskie, a i ciężko trzymać kciuki za któregokolwiek z bohaterów. Piętnaście lat wcześniej Rath zabił swojego najlepszego przyjaciela, bo dostał na niego kontrakt, a dziś żyje wyłącznie swoją pracą, bez odwagi, aby zakończyć karierę. Bain zaś to szaleniec próbujący zaimponować Rathowi i jednocześnie go zlikwidować. Twórcy filmu chcą, abyśmy trzymali stronę tego pierwszego, głównie dlatego, że wciela się w niego Stallone, ale również z powodu relacji Ratha z hakerką Elektrą, niedoszłym celem, którą gra Julianne Moore, w jednej ze swych pierwszych głównych ról. Problem w tym, że obaj zabójcy definiowani są przez swoją pracę, przez to, w jaki sposób zabijają i dlaczego. I choć Bain jest nie do końca przekonującym bohaterem, zawieszonym między kabotyństwem, nadpobudliwością a psychopatią, wydaje się szczery w swym działaniu bardziej niż Rath, który nie potrafi przyznać się przed samym sobą, że i on zabijał, aby być najlepszym.

Scenariusz odznacza się ładną symetrią, pozwalającą na umieszczenie postaci Banderasa w identycznej sytuacji, w której Stallone znalazł się przed laty, zapewniając sobie status najlepszego zabójcy.

Czyżby zatem to ambicja miała być tematem Zabójców, motorem napędowym, który popycha bohaterów do morderczych czynów? Jeden z nich chce być numerem jeden, drugi – pozostać na szczycie. Scenariusz (naówczas) braci Wachowskich i poprawiającego ich Briana Helgelanda (po przeróbkach przyszli twórcy Matrixa chcieli wycofać swoje nazwisko z napisów) odznacza się ładną symetrią, pozwalającą na umieszczenie postaci Banderasa w identycznej sytuacji, w której Stallone znalazł się przed laty, zapewniając sobie status najlepszego zabójcy. Historia zatem powtarza się, z paroma zmianami i twistem fabularnym, który każe Rathowi przewartościować swoją karierę. Nietrudno zgadnąć, jaka będzie końcowa decyzja Baina, i nie jest ona wcale podyktowana jego szaleństwem, okrucieństwem czy tym, że w tej historii jest on postacią negatywną. Skoro bowiem dawno temu Rath zabił, aby być najlepszym, dlaczego jego młodszy rywal miałby odpuścić?

Ta nihilistyczna wymowa, stawiająca znak równości między jednym a drugim, nie miała jednak prawa wybrzmieć, bo i postać Stallone’a przechodzi przemianę za sprawą spotkania z Banderasem i (zwłaszcza) Moore. Czy Robert Rath faktycznie zasłużył na to, aby odzyskać duszę? Przyznam, że po ostatnim seansie mam pewne wątpliwości. Być może fakt, że wcielił się w niego właśnie Stallone decyduje o tym, aby potraktować głównego bohatera nieco bardziej ulgowo. Być może to reżyseria Richarda Donnera, miejscami żywiołowa i pełna typowego dla niego sentymentu do swych bohaterów, przesłoniła uzasadnioną ambiwalencję względem Ratha. Jeszcze innym powodem może być to, że scenariusz unika bezpośrednich pytań o powody, dla których główny bohater nie potrafi odejść z zawodu, choć ma dość zabijania. Jego ukryty za ekranem komputera tajemniczy zleceniodawca potrafi zagrać na jego pysze („Jesteś najlepszy, Robercie”), ale trudno uwierzyć, aby po tylu latach wciąż to działało.

Ostatnio dodane