search
REKLAMA
Action Collection

WYDZIAŁ POŚCIGOWY. Prawie jak „Ścigany”…

Jacek Lubiński

26 listopada 2020

REKLAMA

Hollywood ma to do siebie, że lubi skubać kury znoszące złote jajka do ostatniego pióra. XXI wiek z wszechobecnym przywracaniem i/lub rebootowaniem dawnych marek, n-tymi sequelami i remake’ami przypomina wręcz cały kurnik obrobionego drobiu, który średnio smakuje, acz, oczywiście, potrafi z reguły znowu zarobić. Ale i wcześniej nie brakowało podobnych skoków na kasę i wyciskania ostatniej krwi z popularnego na rynku mięsa. Tak było choćby z powstałym na bazie serialu telewizyjnego Ściganym Andrew Davisa. Hit roku 1993 doczekał się swej nowej wersji na mały ekran już w 2000, a obecnie w kolejce do realizacji stoi jego uwspółcześniony kinowy wariant. Natomiast w pięć lat po premierze na ekrany kin wszedł z hukiem niespodziewany spin-off.

Film Stuarta Bairda – na co dzień cenionego montażysty, reżysera bardzo dobrej Krytycznej decyzji – według scenariusza debiutującego w kinie Johna Pogue’a (późniejszy autor kiepskiego remake’u Rollerball) stanowi jakby odwrócenie sytuacji z wcześniejszego przeboju. Skupia się nie na uciekającym skazańcu, który próbuje udowodnić swoją niewinność i znaleźć faktycznych sprawców (choć to też ważna część fabuły), ale na ruszających za nim w pościg stróżach prawa. Stąd taki, a nie inny tytuł, w oryginale brzmiący U.S. Marshals, co stanowi po prostu nazwę amerykańskiego organu władzy – współczesnych szeryfów kontrolowanych przez Departament Sprawiedliwości, a zajmujących się między innymi właśnie takimi sprawami jak ta Harrisona Forda z poprzedniej produkcji.

Bohaterowie są tu zresztą ci sami, a więc sympatyczna i zgrana ekipa z Joe Pantoliano w składzie i pod nadzorem nieustępliwego Tommy’ego Lee Jonesa jako Samuela Gerarda, którego uzupełnia jeszcze wprowadzony z doskoku Robert Downey Jr. jako niesforny agent służb specjalnych – nieokrzesany zarówno w filmie, jak i na planie, gdzie aktor bezustannie sprawiał kłopoty, będące wtedy jego specjalnością. Wspólnie ruszają oni za Wesleyem Snipesem, który zaledwie rok wcześniej stał po tej „dobrej” stronie, badając Morderstwo w Białym Domu. Tutaj powtarza on swoje podniebne przeżycia z Pasażera 57 i uchodzi cało z katastrofy samolotu transportującego więźniów. Ponownie zaczyna się więc zabawa w kotka i myszkę, choć tym razem umiejętności ściganego wychodzą znacznie dalej poza medycynę, a intryga staje się iście międzynarodowa. Zwrotów akcji zatem nie brakuje, choć tym największym jest sam prolog i wbicie poważnego Jonesa w wesoły strój kurczaka, jakby dosłownie oskubując jego oraz film z wszelkiej godności (oryginalnie Gerard miał być przebrany za księdza, ale stwierdzono, że to niezbyt interesujące…).

Dla widowni roku 1998 dużym zaskoczeniem był przy tym sam fakt powstania niejakiej kontynuacji tak zamkniętego i perfekcyjnego filmu, jakim był Ścigany (nie mylić ze Ściganą z Giną Carano i tym bardziej ze Ściganymi z 1996). Warner Bros. jednak ambitnie podeszło do tematu, nie żałując ani kasy (według niektórych źródeł na produkcję poszło nawet 60 milionów zielonych), ani metrażu (131 minut to sporo jak na tamte czasy kina akcji), ani na środki, które w dodatku szeroko reklamowano w mediach. Słynny skok z wieżowca na przejeżdżający pociąg i rozbicie prawdziwego samolotu na planie (zupełnie jak w Tenet) szybko stały się jego flagowymi momentami, które naganiały do sal kinowych. Do tego mnogość lokacji (66 różnych miejscówek) i statystów (nawet do 700 w niektórych scenach!), miesiące planowania i przygotowywania największych sekwencji oraz gwiazdy w obsadzie, do której dopisać należy jeszcze grającą obiekt westchnień Wesleya śliczną Irène Jacob – angaż będący ponoć wynikiem oczarowania reżysera Podwójnym życiem Weroniki.

Stojący za kamerą Baird montaż całego tego widowiska oddał w ręce Terry’ego Rawlingsa (Obcy 3, GoldenEye, Święty), dla którego była to już końcówka kariery; zdjęcia powierzył „naszemu” Andrzejowi Bartkowiakowi, wciąż rozchwytywanemu po sukcesie Speed, a napisanie muzyki ponownie Jerry’emu Goldsmithowi, który zilustrował jego Krytyczną decyzję (warto odnotować, że Ściganym słyszymy nuty Jamesa Newtona Howarda). Efekt? Cóż, krytycy raczej kręcili nosami po premierze, a źle wspominający pobyt na planie Robert Downey Jr. określił go swego czasu jako „przypuszczalnie najgorszy film akcji wszech czasów”, ale ja nie byłbym taki surowy. O ile kontynuacja z tego średnia, a fabuła ma swoje problemy, o tyle nawet po blisko ćwierćwieczu ogląda się to nad wyraz dobrze i jako rozrywka film nie zawodzi.

Duża w tym zasługa dynamiki – niby są przestoje, ale zawsze coś się dzieje w kadrze, a twórcy są w stanie czymś przyciągnąć naszą uwagę. Ta niekoniecznie skupia się na postaci Snipesa, który ukrywa się pod kuriozalną peruką godną nagrody im. Kurczaka Jonesa, a poza tym jest tak superperfekcyjny, że w pewnym momencie jego ucieczka i dążenie do prawdy przestają mieć większe znaczenie. Kibicujemy mu więc mimowolnie, jakby z automatu lokując ciut większą sympatię po stronie „szeryfów”, których wartość znamy dobrze z czasów uganiania się za Fordem. Nie ma tu zatem podobnej dychotomii, która cały czas trzymała nas w niepewności w oryginale, gdzie nie było wszak pewności, czy Ford aby na pewno ma rację. Tutaj od początku nie ulega to wątpliwości, a o wiele większą wartość mają wydarzenia dziejące się na drugim planie, który zgrabnie poszerza relację panującą pośród stróżów prawa i wchodzi głębiej w ich codzienne zmagania.

Niemniej mnogość atrakcji i charakterystyczna dla lat 90. przebojowość akcji – tutaj bynajmniej nie tracącej na realizmie, jak to miało miejsce już wtedy u Michaela Baya – dzielnie utrzymują nas przy ekranie aż do napisów końcowych, a czas ten właściwie ani trochę się nie dłuży, czego najbardziej obawiałem się przed powtórką po tych wszystkich latach. Zwłaszcza w momencie, kiedy postęp technologiczny wespół z szerokim dostępem do popkultury w domowym zaciszu trochę wywarł wpływ na cierpliwość odbiorcy, pochłaniającego dzisiaj treści z szybkością karabinu maszynowego. Szczęśliwie Wydział pościgowy przynajmniej w tej kwestii się nie zestarzał – o ile w ogóle, bo od strony technicznej naprawdę trudno jest tu się do czegoś przyczepić. Co najwyżej fani Avengersów mogą narzekać na brak atakującej nas ze wszystkich stron feerii kolorów i staroświecką miękkość obiektywu – to produkcja oldskulowo zimna, ale niepozbawiona przy tym życia.

Gorzej, iż nadal pozostaje jakby pusta w środku, a wspomniane rozbuchanie nie służy samej historii, która padła ofiarą sequelowej zasady o wyolbrzymieniu wydarzeń. Siłą Ściganego była właśnie ta kameralność, walka Kimble’a o prawdę oraz dobre imię żony, to z jakim trudem wykaraskał się z autobusu, jak się musiał natrudzić, żeby nie wpaść w ręce policji… Był to film widowiskowy, ale zarazem bardzo przyziemny, wręcz osobisty i z bohaterami z krwi i kości. W Wydziale pościgowym część postaci pozostaje ta sama, ich metody działań również się nie zmieniają, ale rozum coraz częściej zastępują efektowne tricki i strzelaniny, a iście szpiegowska intryga gdzieś gubi ten ludzki pierwiastek, pomimo starań scenarzysty o utrzymanie niejednoznaczności i tych paru chwil zadumy, a nawet i smutku. Innymi słowy: jest dobrze i czuć w tym serce, ale zabrakło natchnienia oraz odrobiny świeżości.

Być może dlatego nie był to tak duży przebój, na jaki można było liczyć. Choć w box offisie zdołał przekroczyć te 100 milionów dolarów wpływów, do których doszły też potem zyski z wypożyczalni kaset wideo, gdzie Wydział pościgowy był długo gorącym tytułem – zwłaszcza po mających kinową premierę kilka miesięcy później przygodach Blade’a, będących szczytem okresu popularności Snipesa. Z U.S. Marshals nie do końca mu wyszło, acz trzeba pamiętać, iż musiał on konkurować z samym Titanikiem, czyli z góry (lodowej) był na straconej pozycji. Choć może to i lepiej, bo jeszcze doczekalibyśmy się Ściganego 3. A tak skończyło się na solidnym, nawet jeśli odrobinę przestrzelonym akcyjniaku, o którym po latach można napisać, iż nie jest jeszcze za stary dla nas ani my nie jesteśmy za starzy dla niego. A to też się ceni.

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA