Action Collection

WSCHODZĄCE SŁOŃCE. Kulturą japońską w amerykański płot

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Obawiałem się tego filmu, spodziewając się, że Amerykanie posłużą się stereotypami na temat Japończyków i okaże się to boleśnie nie do zniesienia. Pomyliłem się jednak, gdyż Wschodzące słońce nie jest żadnym wysokobudżetowym blockbusterem, obliczonym na dotarcie do jak największej rzeszy widzów. To spokojny, nieco mroczny film kryminalny, więc twórcy mogli znaleźć więcej miejsca na grę między bohaterami, która w dużej mierze wynikała z barier kulturowych. Mimo nieczystych chwytów ogólnie wyszło na korzyść Japończyków, przynajmniej jeśli chodzi o fabularną spójność. Amerykanie w kontakcie z nimi wyraźnie desperacko szukali swojej tożsamości, za wyjątkiem jednego – kapitana Johna Connora (Sean Connery). Z tej ryzykownej wielokulturowej mieszanki Philip Kaufman ulepił całkiem zgrabną historię.

Morderstwo jest jedynie incydentem. Ofiara, co w tej kulturowej grze ważne – kobieta, znajduje się na drugim planie wobec zachowania twarzy.

Kiedy tak patrzy się na Seana Connery’ego, a dokładnie na jego brwi, można odnieść wrażenie, że są dalekowschodnie – wręcz japońskie. To rzecz jasna żart i przypadkowa koincydencja, ale nie da się ukryć, że rola Johna Connora, osobliwego gaijina, została napisana dla szkockiego aktora. W tym przypadku dobrze również, że scenariusz wespół z Philipem Kaufmanem napisał sam Michael Crichton, a więc autor powieści Wschodzące słońce. Na polskim rynku książka została wydana przez Wydawnictwo Amber, a potem przez Albatrosa. Każdy, kto chce chociaż w jednej setnej zrozumieć, kim są Japończycy i na czym się zasadza ich kultura, powinien – obok prozy Jamesa Clavella, prac Johna Dowera, Eiko Ikegamiego i Wiesława Kotańskiego oraz mnóstwa powieści Harukiego Murakamiego – przeczytać kryminał Michaela Crichtona. To zaś, że zachodzi taka spójność między bohaterem Johnem Connorem a wcielającym się w niego Connerym, jak również między scenariuszem i książką, znajduje odbicie w filmie, bowiem Wschodzące słońce jest zajmującym kryminałem z mądrze zaprezentowanymi różnicami kulturowymi między Zachodem i Wschodem. Tak mądrze, jak to zwykle robią w kinie Europejczycy, a więc znawcy kulturowych filarów cywilizacji.

Dla większości ludzi z Europy i USA istnieje nieprzekraczalna bariera w rozumieniu kultury chińskiej, japońskiej, koreańskiej i innych dalekowschodnich społeczności – taka sama linia demarkacyjna zostaje na samym początku zarysowana między głównymi bohaterami produkcji. John Connor zdołał w ciągu całego swojego życia stać się kimś w rodzaju mędrca na tle podobnych mu zawodowo policjantów, zaś porucznik Web Smith (Wesley Snipes), podobnie zresztą jak jego nazwisko, funkcjonował na pewnym określonym poziomie przeciętności czy też zwyczajności i nie miał ochoty go opuścić. Najwidoczniej potrzebował bodźca. Takim okazała się sprawa morderstwa prostytutki podczas negocjacji między japońską korporacją zarządzaną przez pana Yoshidę (Mako), z yakuzą za plecami, a amerykańską firmą komputerową. Tak zaczyna się wielopoziomowa gra między skorumpowaną policją, politykami, amerykańskim biznesem i osobliwą dla świata Zachodu japońską korporacją, a raczej całym syndykatem nastawionym na ekspansję w Stanach Zjednoczonych.

Tak jak jest wielokrotnie powtarzane w trakcie trwania całej rozgrywki, morderstwo to jedynie incydent. Ofiara, co w tej kulturowej grze ważne – kobieta, znajduje się na drugim planie. Wykrycie morderców także, przynajmniej dla Japończyków, stoi niżej niż zachowanie twarzy czy w ogóle logiczne zrozumienie, o co chodzi Amerykanom, którzy niby pozwalają na kupno swojej firmy, ale wobec Japończyków piętrzą kolejne trudności. Kto więc najwięcej straci lub zarobi na sprzedaży bądź jej zablokowaniu spośród obecnych w filmie graczy? To bardzo ciekawe pytanie, na które niełatwo odpowiedzieć, zwłaszcza bez książki, gdyż sam film celowo przesłania rozwiązanie kryminalnej zagadki naleciałościami kulturowymi. Każda ze stron konfliktu czegoś chce, ale trudno jej wyjść poza własną tożsamość, kiedy napotyka tak odmiennego przeciwnika. Dlatego, jak mawia John Connor: „Zawsze najlepiej pozostawić klatkę dla ptaka otwartą”, żeby mieć gdzie wrócić i, kto wie, po zebraniu sił być może ponownie zaatakować.

Nie wszystko to, co widzimy, jest takie, jakim się wydaje.

Wschodzące słońce pełne jest takich wschodnich mądrości, zręcznie wkomponowanych w kryminalną fabułę. Dzięki temu reżyser uciekł od standardowej formy scenariusza filmu sensacyjnego, a podkreślił elementy noir. Pewną wadą zaburzającą rytm opowieści jest mnogość dialogów odbywających się w samochodzie lub tuż obok niego, tak jakby zabrakło pomysłu na ciekawsze rozegranie niektórych scen. Można to jednak wybaczyć Kaufmanowi ze względu na celne przeciwstawienie sobie tak odległych kultur. Ofiarą ksenofobii padli głównie Japończycy. Amerykanie wyszli zaś na prostackich wieśniaków, co pokazuje zwłaszcza jeden cytat.

Kiedy Connor wraz ze Smithem oraz Grahamem (Harvey Keitel) oglądają dysk z nagrania morderstwa, Graham rzuca tekst: „Wygląda na Japońca”. Connor cynicznie odpowiada na to: „A może to Polak?” W ciągu kilkunastu sekund zostaje obnażona cała irracjonalność wszelkiej ksenofobii, która od setek lat występuje na tym świecie. Widzimy w obcych zagrożenie, bo tak chcemy. Widzimy mordercę, bo kierujemy się już wcześniej ugruntowanym przekonaniem, a nie faktami, tak jak w przypadku Eddiego Sakamury (Cary-Hiroyuki Tagawa). Nie wszystko to, co widzimy, jest takie, jakim się wydaje. W przypadku kultury japońskiej ma to szczególne znaczenie. Japończycy są ukryci za wyjątkowo nieprzenikalną maską, przez co często Europejczycy mylą się kolosalnie co do ich zamiarów, a kiedy przypadkiem uda im się je poznać, uznają Japończyków za kłamców.

Czy jest tak naprawdę ważne, kto odpowiada za morderstwo prostytutki? W grze wciągająco prowadzonej przez twórców Wschodzącego słońca ma to drugorzędne znaczenie. Mam nadzieję, że widzowie docenią ten osobliwy intelektualny suspens.

Ostatnio dodane