Action Collection

ŚWIĘCI Z BOSTONU. Boscy posłańcy oczyszczają miasto

"Święci z Bostonu" to nie typowy najntisowy akcyjniak - to film świadomy swej kampowości, ale przy tym świetnie zrealizowany i posiadający niesamowity charakter.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze funkcjonowały wypożyczalnie VHS i już funkcjonowały wypożyczalnie DVD (najczęściej były to te same miejsca), prawie dorosły już Ja plądrowałem zasoby osiedlowej filmoteki wraz z serdecznym przyjacielem. Podówczas łykaliśmy filmy jak szaleni – Chłopaki nie płaczą na VCD (2 płyty!), Przynęta Antoine’a Fuquy czy Krąg Gore’a Verbinskiego to jedne z bardziej pamiętnych seansów tamtej epoki. Ale jeśli miałbym wskazać tytuł, przez który prawie zapłaciliśmy karę w wypożyczalni, to byli to Święci z Bostonu.

A za co płaciło się karę w wypożyczalni VHS/DVD? Najczęściej za zbyt długie przetrzymanie nośnika. Z reguły wypożyczało się go na 24 lub 48 godzin, ale mnie i memu druhowi tak bardzo przypadli do gustu Święci…, że obejrzeliśmy kultowe dzieło Troya Duffy’ego trzy razy z rzędu! I bynajmniej nie wynikało to z potrzeby wyciśnięcia wyższego “value for money” – Święci z Bostonu to było po prostu coś, co na umysły dojrzewających mężczyzn zadziałało wyjątkowo mocno. Oto dwaj bracia MacManus (Sean Patrick Flanery i Norman Reedus), Irlandczycy z Bostonu i gorliwi katolicy, postanawiają w imię Boga oczyścić swój rewir z najgorszych szumowin. Tropi ich oczywiście szalony detektyw (Willem Dafoe), ale to nie jemu – przedstawicielowi prawa – kibicujemy najmocniej, lecz właśnie tym samozwańczym boskim posłańcom, antybohaterom, którzy bez skrupułów pozbawiają życia kolejnych gangsterów, zabójców i gwałcicieli, wmawiając sobie, iż to sam Bóg nominował ich do tego zadania. Czyż to nie brzmi niesamowicie?!? Sam nie wiem, co najbardziej przypadło mi do gustu: chemia pomiędzy braćmi, znakomita obsada na drugim planie (David Della Rocco jako… Rocco kradnie każdą scenę!) czy po prostu wizja wymierzania sprawiedliwości i oczyszczania świata ze wszelkiego kryminalnego ścierwa. Bo któż nie zgodziłby się ze wspomnianym Rocco, który w jednej ze swych wielu legendarnych scen stwierdza, że tacy “czyściciele” jak bracia MacManus powinni działać w każdym mieście?

Święci z Bostonu

Święci z Bostonu mają w sobie wszystko, co potrzebne, by stać się filmem kultowym – wyrazistych bohaterów, kiczowate dialogi, pełne przemocy sceny i tę kroplę szaleństwa, która charakteryzuje twórców odważnych i bezczelnych. Troy Duffy to filmowiec, który nie nakręcił żadnego filmu poza historią braci MacManus i jej powstałym 10 lat później sequelem. A jednak dzięki Świętym… Duffy został w pewien sposób unieśmiertelniony w świecie kina – produkcja, która przeszła przez wiele problemów (odrzucenie przez Miramax, proces sądowy z Franchise Pictures), po ledwie zauważalnym, kilkudniowym pobycie w kinach stała się prawdziwym megahitem rynku wideo, zarabiając blisko 50 milionów dolarów (przy zaledwie siedmiomilionowym budżecie). Zrealizowany po dekadzie sequel nie miał już tego pazura, choć wciąż gwarantował dawkę przezabawnego kiczu i chemii pomiędzy aktorami – Flanery i Reedus, aktorzy przecież nie pierwszoligowi, świetnie sprawdzili się w rolach nie całkiem rozgarniętych, ale dysponujących silnym kręgosłupem moralnym braci, których nie interesują dobra doczesne, lecz sprawiedliwość i kara dla nieprawych. Święci z Bostonu to nie typowy najntisowy akcyjniak – to film świadomy swej kampowości, ale przy tym świetnie zrealizowany i posiadający niesamowity charakter. Niczym obciachowe z dzisiejszej perspektywy kino akcji lat 80., nie aspiruje do wielkości, ale robi znakomity użytek ze swych najlepszych gatunkowych cech.

Święci z Bostonu, mimo 21 lat na karku, to wciąż film z pazurem, z jednej strony pełen przemocy i mrocznych scen, z drugiej naszpikowany humorem i – jak mawia dzisiejsza młodzież – potencjałem memicznym. Można jedynie obawiać się, że w czasach, gdy coraz więcej na świecie jest ekstremizmu, film Troya Duffy’ego może być odczytywany jako zachęta to wymierzania sprawiedliwości na własną rękę – a pewnie nie każdy pojmuje ją tak samo jak bracia MacManus…

Święci z Bostonu

Ostatnio dodane