Action Collection

REAKCJA ŁAŃCUCHOWA. Cień Keanu Reevesa przemyka po ekranie

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Od reżysera takich hitów jak Ścigany czy Liberator oczekiwałbym znacznie więcej. Przede wszystkim tego napięcia, gdy widz utożsami się już z bohaterem i zdaje sobie sprawę z oczywistego happy endu, ale nie ma pojęcia, co się zdarzy, nim do niego dojdzie. To się nazywa unikalnym charakterem produkcji. Reakcja łańcuchowa go nie posiada. Jest tajemnica, pościgi, nawet dość nieoczywisty czarny charakter, lecz nie ma SENSACYJNEGO DUCHA. Wiem, że to enigmatyczne sformułowanie. Zaraz jednak wyjaśnię, o co mi chodzi.

Za co mógłbym jeszcze pochwalić Reakcję łańcuchową? Nie mam pojęcia. Może za rolę Krzysztofa Pieczyńskiego?

Kiedy np. Keanu Reeves jako Eddie Kasalivich jeszcze w mieście ucieka przed policją, a potem przed zbirami najętymi przez tajną organizację kierowaną przez Lymana Colliera, wydaje się, że wszystko jest na miejscu – szybkie ujęcia, kaskaderskie popisy, całkiem nieźle zaplanowane estetycznie środowisko czy też świat przedstawiony, a jednak jakiś brak zaangażowania widoczny na twarzach aktorów. To jest chyba najważniejsza przyczyna nijakości całokształtu produkcji. Do końca tego nie rozumiem, bo przecież obsada Reakcji łańcuchowej uchodzi za dobrą i znaną z zaangażowania w role. A może charaktery dwójki głównych bohaterów się nie dogadały, bo niewątpliwie postawa Rachel Weisz była znacznie gorsza (sztuczna, bez ikry itp.) niż Reevesa. Przyćmił ją, a jednocześnie stracił dramatyczną energię, niejako przy okazji, a może dlatego, że musiał ratować jej beznadziejną postawę.

A więc kiedy cień Keanu Reevesa przemykał po ekranie, scenarzyści próbowali zaprezentować widzom jakąś ekologiczną naukę. Zaczęli więc od ujęć dymiących zakładów przemysłowych, a dokładnie, o ile pamiętam, elektrowni węglowych. Przekaz był oczywisty – niszczymy naszą planetę z ogromnym zapamiętaniem i nie zależy nam na szczęściu przyszłych pokoleń. W sumie celny, wychowawczy przekaz, jednak formalnie tak sztubacko przekazany, że wątpię, czy ktoś o nim pamiętał, gdy już wciągnął się w fabułę. Ideologiczny cel został jednak spełniony, a co to kogo obchodzi jak. Był, został odfajkowany i to wszystko. Poza chwiejącą się grą aktorską Reevesa i Weisz właśnie tak nieudolne mieszanie sensacji z propagandą wpłynęło na ogólny brak charakteru filmu Andrew Davisa.

5 to jednak nie aż tak zła ocena. Produkcja ma i dobre strony. Przede wszystkim agenci FBI spełniający rolę klasycznych, sensacyjnych policjantów nie są aż tacy głupi, jak to bywa w tego typu filmach. Sam pomysł nowego źródła energii również. Całkiem realistyczne wydaje się również tajne sprzysiężenie, żeby wynalazek wykorzystać do własnych celów, bynajmniej nie związanych z zapewnieniem każdemu obywatelowi Ziemi dostępu do życiodajnej i przede wszystkim darmowej energii. Dodatkowy plus za czarny charakter, a może lepiej by było napisać grafitowy. Czarnym do końca jest niejaki Collier (Brian Cox). Grany przez akurat w tej roli świetnego Morgana Freemana Paul Shannon jest przez sporą część ekranowego czasu niejasny moralnie. Nawet gdy odkrywa karty, wciąż ma się nadzieję, że „zmieni zdanie”, że coś jeszcze nie zostało dopowiedziane. Być może tak jest, chociaż w jego przypadku to kwestia interpretacji.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na kulminację, czyli ucieczkę głównych bohaterów z ośrodka badawczego i samo rozegranie konfliktu między Shannonem a Colierem. Ich relacja naprawdę trzyma w napięciu, w przeciwieństwie do stosunków Eddiego Kasalivicha i Lily Sinclair. Nie spodziewałem się, że to plastycznie zaprezentowane otoczenie będzie rekompensatą panującego między nimi chłodu.

Tak poważnie na koniec zastanawiam się, za co mógłbym jeszcze pochwalić Reakcję łańcuchową. Nie mam pojęcia. Może za rolę Krzysztofa Pieczyńskiego? Nie, jednak nie, bo było go trochę za mało, chyba że byłbym nieobiektywny i chwalił produkcję za samo zatrudnienie Polaka. A może wypada pochwalić muzykę? W końcu napisał ją Jerry Goldsmith. Nic z tego. Jak na robotę tak wielkiego kompozytora, ścieżka dźwiękowa niknie w akcyjnym tłoku. Scenografia i montaż – można je docenić, ale żeby na ich widok wpadać w zachwyt, też nie ma sensu. Sfera wychowawcza i ideologiczna? Jak już wspominałem, na początku nieco łopatologiczna, a potem zupełnie znika. W sumie nie mam pojęcia, o co twórcom chodziło. Zrobili produkt rzemieślniczo dobry, a jednocześnie pozbawiony charakteru. Obejrzeć można. Zapomnieć szybko również.

Ostatnio dodane