Action Collection

FAN. Zabiję cię, jeśli nie wygrasz!

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Krytycy zapewne zarzucą zbytnią przewidywalność zakończeniu Fana. Również mam do reżysera i scenarzysty o to pretensje.

Obrona była kompulsywna, mordercza, kryminogenna oraz zwyrodniała zarówno w stosunku do otoczenia, jak i Renarda. I chociaż wydaje się nam to bezsensowne, w jego stanie zadzierzgnięcia w swoim fanostwie nie miał innego wyjścia, gdyż jego psychika nie dopuściła alternatywnego wyobrażenia świata. Gdybyśmy odwrócili sytuację, porównując zachowanie pozytywnego bohatera, który walczy o swoje ideały i poświęca się dla nich radykalnie, może lepiej byśmy zrozumieli zachowanie postaci odgrywanej przez De Niro. To jakby historia widziana z drugiej strony lustra, ale nie mniej tragiczna. Owszem, godna potępienia, lecz również etycznie podobna do postępowania superbohaterów – na zasadzie negatywnej, przeciwstawnej. Często we wnioskowaniu udowadniamy coś poprzez negację i tutaj właśnie tak jest. Renard jako osobowość psychopatyczna, niedoceniona, zdeprawowana i pchnięta w te swoje cechy przez sytuację osobistą bronił ostatniego miejsca, w którym czuł się bezpiecznie – jedynego poczucia wspólnoty, jaką dawał baseball wraz z autorytetem w postaci Rayburna. Niestety mistrz baseballu okazał się totemem, antropomorficznym bóstwem (zwykłym człowiekiem a priori zmienionym w symbol), a równocześnie racjonalne otoczenie zweryfikowało głęboką wiarę FANA, pozostawiając go bez osłony dla znękanej psychiki. Tak więc rodzi się fanatyczne kibolstwo wg Tony’ego Scotta. Bardzo podobne do tego znacznie drastyczniej pokazanego przez Patryka Vegę.

Tony Scott znacznie mocniej niż Ridley związał swoją karierę z filmem sensacyjnym. Jeśli więc komuś się wydaje, że Fan będzie klasycznym akcyjniakiem z mnóstwem rozwałki, to jednak pozory mylą. Fan, chociaż piszemy o nim w ramach Action Collecion, jest połączeniem thrillera z elementami kina akcji, które tak naprawdę polega na budowaniu napięcia poprzez szybki montaż. To faktycznie działa. Na ekranie nie muszą padać co chwilę ani serie z karabinów maszynowych, ani masowo umierać przeciwnicy głównego bohatera. Owa redefinicja kina akcji tak wciąga, gdyż historia jest skonstruowana na zasadzie uzupełniania napięcia przez naszą wyobraźnię. Reżyser pobudza ją do działania, a reszta dzieje się w głowie, rzecz jasna prócz finału, jakże symbolicznego rozliczenia się bohaterów ze sobą, odbywającego się w deszczu na stadionie baseballowym.

Krytycy zapewne zarzucą zbytnią przewidywalność zakończeniu Fana. Ja również mam o to pretensje do reżysera i scenarzysty. Chociaż nie można odmówić mu formalnie wysokiej jakości. Kadry Dariusza Wolskiego były naprawdę wysmakowane – uzupełnione jak na amerykański finał całkiem głębokimi dialogami i nienachalną muzyką Zimmera, wciąż robią wrażenie.

Warto jeszcze na końcu zwrócić uwagę na bardzo ważne pytanie, które wykrzykuje do Renarda Rayburn – Czego chcesz? Renard nagle traci orientację. Wyraźnie chce coś innego powiedzieć, niż jest w stanie wykrztusić. Staje się bezbronny wobec ukochanego autorytetu, niemal jak skarcone dziecko. Policjanci trzymają go na muszkach, a jedyne, czego chce Renard, to pokazać swój najlepszy rzut. Bez sensu, prawda? Przecież nie trzyma w ręku piłki, tylko nóż… Czy to zatem chwila oczyszczenia czy kulminacja szaleństwa?

Ostatnio dodane