Action Collection

BŁĘKITNY GROM. Przereklamowany, latający dinozaur?

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Helikopter z Błękitnego Gromu jeszcze bardziej umocnił charakter nieco zdziczałego społecznie oficera Franka Murphy’ego, a i jego konkurentowi, pułkownikowi F.E Cochrane’owi (Malcolm McDowell), dodał mrocznego sznytu.

Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale od kilku akapitów cały czas piszę o maszynach, a nie żywych aktorach. Obnaża to znaczenie roli helikoptera, który przecież w żadnym wypadku nie ma cech antropomorficznych, jak np. androidy. John Badham uczynił z maszyny aktora nawet bardziej zajmującego niż Grumman F-14 Tomcat z Top Gun. Mało tego, prawdziwi aktorzy na tym nie stracili, a w przypadku produkcji Tony’ego Scotta takie podejście mogłoby się skończyć sporą klapą. Latająca przy dźwiękach sugestywnej muzyki Arthura B. Rubinsteina maszyna z Błękitnego Gromu jeszcze bardziej umocniła charakter nieco zdziczałego społecznie oficera Franka Murphy’ego, a i jego konkurentowi, pułkownikowi F.E Cochrane’owi (Malcolm McDowell), dodała mrocznego sznytu. Współpracowała z nimi obydwoma w stworzeniu emocjonującej akcji, jakby sama posiadała dwie natury – śmiercionośną, jak każda broń, oraz tę drugą, która dobra na pewno do końca nie jest, lecz zła również. Można ją nazwać amoralną, racjonalną koniecznością.

Fabuła produkcji jest prosta i jasna. Jak na ironię, wcale nie potrzeba czegoś bardziej skomplikowanego, właśnie ze względu na postaci, nie tylko te pierwszoplanowe, ale i poboczne (Richard Lymangood grany przez Daniela Sterna). Od samego początku wiemy też, że Murphy wpadnie na trop dużej afery, a śmigłowiec okaże się atrakcyjnym narzędziem osiągnięcia swoich celów zarówno dla niego, jak i dla naczelnego antagonisty w filmie – pułkownika Cochrane’a. Co z tego jednak, że fabuła wydaje się dość oczywista? Gdybanie o tym, co by było, gdyby wprowadzić jeszcze jakiś mniej przewidywalny zwrot akcji, przypomina bezpłodne rozważanie, jaka jest różnica między słowem „helikopter” i „śmigłowiec”. Nie jest to potrzebne, żeby zapamiętać postaci właściwie na zawsze. Skoro wciąż tak jest po 30 latach od premiery, to można powiedzieć, że Błękitny Grom osiągnął niebywały sukces za tak skromne środki na realizację (11 mln dolarów), a to przecież nie zawsze przekładało się w historii kina na chociaż szczątkowy realny zysk.

To by było na tyle pochwał. Sporo ich, jednak nie mamy do czynienia z arcydziełem, ale dobrym, choć również tanim filmem sensacyjnym. Łatwo domyślić się więc, co zaszwankowało. Nie tyle mam na myśli poziom techniczny produkcji, ile realizm akcji. Nie chodzi mi o wręcz ślepe strzały w kierunku budynków w centrum miasta z myśliwców F-16. Przeżyję również lokomotywę taranującą helikopter, który wybucha, jakby był zrobiony z ikeowskich sklejek i tektury. Nie zdzierżę jednak starcia Błękitnego Gromu z karłowatym Hughesem 500. Zachodzę w głowę, jak takie superlatadło z rewelacyjnym pilotem na pokładzie, wyposażone w najnowocześniejszą awionikę, mogło ledwo wyjść cało ze spotkania z takim maluchem? Najwidoczniej zwyciężył pomysł usilnego wytworzenia finałowego dramatyzmu. Cała ta sytuacja nieco odarła Roya Scheidera z nimbu superbohatera. Dobrze, że wkrótce potem film się kończy, i to dość nieoczekiwanie oraz idealistycznie, bo mógłbym znudzić się tym sentymentalnym kinem, podobnie jak to się stało w przypadku Airwolfa gdzieś po drugim sezonie.

Ostatnio dodane