publicystyka filmowa

Co jest NIE TAK z kinem akcji XXI wieku

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Czasami pieczołowicie zbudowany klimat nie musiał być nawet zwieńczony jakąś szczególnie widowiskową strzelaniną, żeby całościowo film ostro dawał czadu. Przykładem niech będzie skromny Atak na posterunek 13 Carpentera, z mrożącą krew w żyłach atmosferą niczym z najgorszego koszmaru. W budowaniu aury zagrożenia w postaci anonimowego tłumu uzbrojonego w broń z tłumikami ogromny udział miał tu pamiętny motyw przewodni kompozycji samego reżysera. Kolejny przykład? Bullitt – w tym detektywistycznym kinie akcji jest przecież nadzwyczaj mało akcji, ale gdy przychodzi do słynnego pościgu ulicami San Francisco, ryk silnika Mustanga i energia całej tej genialnej sekwencji na kilka minut wyrywają nas z butów! A Steve McQueen we własnej osobie za kierownicą Mustanga to już klasa sama w sobie; dziś chyba tylko Tom Cruise kultywuje tradycję ekranowych twardzieli, wykonujących kaskaderkę samodzielnie. Trudno mi też zapomnieć napad na furgon, strzelaninę na ulicy oraz finał na lotnisku w rewelacyjnej Gorączce – fantastycznie napisane postaci, znakomite aktorstwo, klimatyczny soundtrack i te wspomniane kulminacyjne wisienki na torcie. Również pierwszy Park Jurajski, pierwszy Matrix i dwa Terminatory Camerona w perfekcyjny sposób wyważały proporcje między długością spektakularnych i kultowych już dziś scen akcji a fantastyczną fabułą i ciekawymi bohaterami.

Jaka jest cecha wspólna przywołanych przed chwilą tytułów? Rewolucja i świeżość w dziedzinie efektów specjalnych, ale jeszcze PRZED zachłyśnięciem (czy wręcz zadławieniem) się ich możliwościami, co obserwujemy po dziś dzień. Ograniczenia budżetowe i technologiczne pobudzały bowiem wyobraźnię twórców i służyły kiedyś powstawaniu świetnych, niekiedy bardzo minimalistycznych, ale pomysłowych filmów akcji, jak choćby Oni Żyją! (Przyszedłem żuć gumę i skopać tyłki, skończyła mi się guma – tęsknię za takimi one-linerami) czy moja ukochana Ucieczka z Nowego Jorku z kultową rolą Kurta Russella i ścieżką dźwiękową, którą znam na pamięć. Idziemy dalej w sentymentalnych wspominkach. Na myśl od razu przychodzi stojący fabułą i postaciami kultowy Leon Bessona (akcje krótkie, ale nie do zapomnienia, prawda?). Nawet pierwsza odsłona Transformers znała jeszcze umiar (szczególnie patrząc z perspektywy przeładowanych kontynuacji) w ilości i długości scen akcji. Do dziś z zapartym tchem ogląda się pierwszą nawalankę wojska z ukrywającym się pod postacią śmigłowca Sikorsky Blackoutem czy transformację na autostradzie zwieńczoną rozbiciem autobusu (prawdziwego; dziś pewnie byłaby cyfra). Dlaczego mi się to podobało – spytacie. Przecież to tak samo głupie, jak wszystko w kolejnych częściach. Owszem, tak, ale te sceny były JAKIEŚ, były powiewem świeżości ograniczanym jeszcze tym, że Michael Bay stawiał pierwsze kroki w animowaniu Transformerów i starał się jeszcze wtedy, by pokazać je i ich przemiany w intrygujący, pasjonujący sposób.

We współczesnym kinie akcji i atrakcji o takich wartościach jak UMIAR i NIEDOSYT zdaje się pamiętać coraz mniej filmowców. Należy do nich Quentin Tarantino, którego niemal wszystkie produkcje stanowią dla mnie wzór w odpowiednim dawkowaniu scen akcji/przemocy, podbudowanych fenomenalnymi fabułami/dialogami/postaciami i spuentowanych finałami, w których napięta do granic dramaturgia i emocjonalna armata nabijana przez cały film znajdują ujście niczym przebity balon! Nie wymieniam tytułów, bo łapie się tu po prostu wszystko, co Tarantino wyreżyserował, czyli 9 filmów, z Pewnego razu… w Hollywood włącznie. Moim numer 1 pozostaje jednak niezmiennie Nienawistna ósemka.

Regularnie i za każdym razem z wielka radochą wracam też do oszczędnego w pokazywaniu akcji (ale jak już są, to konkretne) megaklimatycznego Drive, z najlepszą rolą Ryana Goslinga w jego karierze. A więc – powiecie – współcześnie jednak powstają filmy, za jakimi tęsknię! Dokładnie, powstają, ale takie perełki, jak powyższe, oraz np. Labirynt, Sicario, The International, Wind River: Na przeklętej ziemi czy choćby Memento, Incepcja i olśniewający Blade Runner 2049, zdają się należeć do wymierającego gatunku filmów przemyślanych, dopracowanych, emocjonujących, oferujących inteligentną rozrywkę idącą w parze z emocjonującą dawką przemocy. Często tego typu ambitniejsze projekty przepadają w box offisie, spychane (a szkoda) gdzieś na boczny tor obok głośnych, chłodno skalkulowanych i obliczonych na zysk blockbusterów, zajmujących w świadomości kinomanów całą przestrzeń krzyczącymi trailerami i kampanią reklamową, na którą poszło pół budżetu.

Ze współczesnych filmów uwielbiam Godzillę Garetha Edwardsa, krytykowaną (!) powszechnie za… minimalistyczne ukazywanie potworów. Tymczasem Godzilla idealnie trafiła w mój gust. Pokazywanie słynnego potwora w ciemności, po kawałku, w snopie światła (wielka noga depcząca samoloty na lotnisku rządzi!) albo na urywkach wiadomości w TV, wyświetlanych mimochodem, gdzieś na drugim planie – dla mnie ta aura tajemnicy i niedopowiedzenia była po prostu niesamowita. Zaś stwory Muto (a już szczególnie sekwencję przebudzenia pierwszego z nich) i cały pomysł na to, że lubią przeżuwać bomby atomowe, uważam za reżyserski przebłysk geniuszu, bez którego Godzilla nie dałaby rady pociągnąć filmu na swoich barkach, choć bary ma, jakby nie patrzeć, konkretne. Widzowie jęczeli, że za mało było Godzilli w Godzilli, że za mało i za krótko pokazywano potwory… Czyż nie odzwierciedla to nastawienia i oczekiwań współczesnego widza? Tu, teraz, szybko, wszystko, głupio, długo, bez niedopowiedzeń! I tak właśnie spieprzono… drugą część Godzilli, czyli tegorocznego Króla potworów. I tak by spieprzono drugą część fenomenalnego Dystryktu 9, której całe szczęście Blomkamp nie zdecydował się nakręcić.

Moją listę kina atrakcji zrobionego z głową i umiarem, na której zebrałem wybrane tytuły z żelaznej klasyki lat 60. i 70., kultowców końcówki XX wieku i przedstawicieli współczesnego kina zamykają dwa tytuły. Nakręcony w formie found foutage Cloverfield prezentował potwora w jeszcze mniejszych niż Godzilla Edwardsa, bo wręcz laboratoryjnych dawkach, był jeszcze bardziej intrygujący i pozostawiał w widzach uczucie satysfakcjonującego niedosytu. Listę zamyka skromny film Bezprawie, western z Kevinem Costnerem i Robertem Duvallem, który przeszedł bez większego echa, a którego (pewnie dlatego przeszedł bez echa) 95% czasu trwania stanowiły dialogi budujące aurę tajemnicy wokół postaci granej przez Costnera. Podnosiło to napięcie przed finałową, znakomicie zainscenizowaną, długą, ale rozsądnie długą, realistyczną strzelaniną. Obejrzyjcie, bo choć film trochę zżyna z Bez przebaczenia Eastwooda, to robi to dobrze!

Ostatnio dodane