publicystyka filmowa

Co jest NIE TAK z kinem akcji XXI wieku

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Dawno temu w Hollywood…

No dobra, może nie tak dawno, bo 30 lat temu i nie w Hollywood, a w Warce. Za dzieciaka, czyli w początkach mojej przygody z X muzą, gdzieś tak na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia, jako nieopierzony i mało wymagający kinoman, chłonąłem filmy jak gąbka. Nie interesowała mnie wtedy głębia psychologiczna bohaterów, scenariusz czy powody, dla których jedna postać strzela do drugiej. Ważne, żeby jak najczęściej i jak najfajniej się strzelali, ganiali autami albo bili pięściami. I zawsze miałem ochotę na więcej, na dłużej, żeby jeszcze trochę, albo jeszcze raz powalczyli. Żałowałem, że pościg albo bijatyka już się skończyły albo że były tylko jedne na cały film.

Bez opamiętania cofałem (miałem magnetowid z podwójnie szybkim trybem REW, więc było łatwiej) ulubione nawalanki i oglądałem je wciąż od nowa. Kasety VHS z takimi filmami, jak Nemesis, Cyborg oraz Amerykański Ninja 1 i 2 (już wtedy wiedziałem, że 3 i 4 to szmiry) czy – jak już gust mi się nieco zaczął prostować – Autostopowiczem, Terminatorem, Predatorem, RoboCopem, Szklaną pułapką i ciut później Prawdziwymi kłamstwami, zdarłem do żywego, katując ulubione sekwencje akcji bez opamiętania, choć i tak znałem je na pamięć. Wraz z wiekiem zacząłem powoli doceniać wszystko to, co pomiędzy scenami akcji, czyli snucie historii, zgłębianie psychiki bohaterów, stopniowanie napięcia, budowanie klimatu. Słowem, fundamenty wylewane pod to, by moje ukochane sceny akcji czy finałowa kulminacja mogły wybrzmieć jak najmocniej pod względem dramaturgicznym.

Czego mi brakuje we współczesnym kinie akcji?

Powoli dobiega końca druga dekada XXI wieku. Filmowcy doszli do ściany w dziedzinie efektów specjalnych, dziś bowiem mogą już WSZYSTKO; za jednym kliknięciem myszki wykreować całe światy, pokazać na ekranie najbardziej fantazyjne gatunki, miejsca, wydarzenia, klonować armie. I w tym miejscu coś się chyba trochę popsuło, bo zaczęło mi w tym WSZYSTKIM brakować tego CZEGOŚ, co decyduje o tym, że film mnie zachwyci, porwie, zostanie w pamięci. Brakuje mi… niedosytu – jakkolwiek to stwierdzenie wygląda na językowego koślawca. Lepiej pozostać nieco głodnym po zjedzeniu pysznego dania niż nażreć się pod korek. W pierwszym przypadku mamy ochotę na więcej, na kolejną degustację ulubionego smakołyku w przyszłości, w drugim chcemy jak najszybciej wyrzucić go z pamięci, a na samą myśl o ponownym jego skosztowaniu robi nam się niedobrze. Niedosyt w filmach działa na podobnej zasadzie, bo na podrażnieniu, pobudzeniu naszego apetytu, ale przede wszystkim na umiarze, czyli odpowiednim wyczuciu czasu i ilości, w kreowaniu atrakcji i scen akcji.

Mniej znaczy więcej

Gdy pierwszy raz obejrzałem Łowcę androidów Ridleya Scotta i Bez przebaczenia Clinta Eastwooda, miałem jakieś 12-14 lat. Wtedy wspomniane filmy były dla mnie niestrawne, nudne i przegadane. Dziś obydwa postrzegam jako absolutne arcydzieła, z fenomenalnie prowadzoną opowieścią i rozwojem bohaterów, czego genialnym zwieńczeniem były odpowiednio: kultowa scena na dachu ze słynnym monologiem Rutgera Hauera i emocjonująca strzelanina w barze, określająca definitywnie, kto jest największym skurwielem w tym mieście. Lśnienie Kubricka całe uwielbiam za klimat i atmosferę grozy (przy zaledwie jednym trupie, dzieło twórcy Barry’ego Lyndona pozostaje dla mnie najstraszniejszym horrorem, jaki widziałem), jednak cały film traktuję jako podbudowę pod GE-NIAL-NĄ sekwencję, w której nieoczekiwanie Jack zaczyna walić toporem w pierwsze drzwi – nie wiem, czemu akurat to ujęcie, a nie słynniejsze „Here’s Johnny”, robi na mnie tak piorunujące wrażenie. Inne przykłady mistrzowskiego budowania klimatu, przerywanego na zaledwie ułamki sekund równie mistrzowskimi scenami akcji? Straż przyboczna Kurosawy – świetnie opowiadana historia, narastający konflikt, fantastyczny protagonista i… zaledwie nieco ponad 30 (trzydzieści!) sekund łącznie walk na miecze, ale za to JAKICH! Tą samą słuszną drogą podążył Kurosawa w równie dobrym Sanjuro – Samuraju znikąd.

Podobnie akcenty rozkładał, czerpiąc zresztą z Kurosawy, w swojej trylogii dolara i Dawno temu na Dzikim zachodzie Sergio Leone – kapitalne, wciągające fabuły przerywane były od czasu do czasu błyskawicznymi, dynamicznie zmontowanymi rewolwerowymi pojedynkami, puentującymi konflikty sięgające zenitu. Sergio Leone wypracował zresztą charakterystyczny styl. Potrafił przez wiele minut statycznymi ujęciami i powolnymi najazdami kamery na twarze przeciwników stopniować napięcie do granic, by w decydującym momencie zmienić tempo montażu na krótkie, trwające ułamki sekund ujęcia ukazujące błyskawiczną wymianę ognia.

Ostatnio dodane