publicystyka filmowa

AVICII: TRUE STORIES. Geniusz skazany na sławę i samobójstwo?

Autor: Karolina Dzieniszewska
opublikowano

Niedługo po śmierci szwedzkiego artysty, z Netflixa zniknął poświęcony mu dokument Avicii: True Stories. Szkoda, bo pewnie zyskałby szeroką oglądalność nie tylko wśród zaskoczonych i zasmuconych fanów, ale także wśród wszystkich ciekawskich, którzy choć raz słyszeli którykolwiek z jego utworów. Nawet jeśli myślisz, Czytelniku, że to nie o Tobie, sprawdź jego Top 10, bo trudno wyobrazić sobie świat, do którego nie przedarła się ani jedna nuta Aviciiego.

Tim Bergling, znany jako Avicii, zrobił oszałamiającą karierę w zaledwie kilka lat. Zmarł 20 kwietnia 2018 r. w wieku 28 lat w czasie swoich wakacji w Omanie. Jego śmierć wstrząsnęła opinią publiczną i całą branżą. Czy można się było tego spodziewać? Cóż, stawiane po fakcie pytania zawsze są najtrudniejsze, także dla rodziny, która w oświadczeniu dla “Variety” podała, iż wiedziała o jego przeciągającym się złym stanie. Późniejsze plotki medialne donosiły, iż muzyk kontaktował się z bliskimi na kilka godzin przed (rzekomym?) samobójstwem.

Trudno jest porzucić ten przykry kontekst, przez który Avicii znów znalazł się w nagłówkach; tym bardziej, że fanowski głód poznania wzmaga się zawsze w tego typu drastycznych sytuacjach. Przez większość ludzi Tim postrzegany był jako złote dziecko branży muzycznej i po części od takiej perspektywy wychodzi reżyser filmu, Levan Tsikurishvili. Nie poświęca on wiele czasu na dzieciństwo czy kontakty z rodziną – to ledwie kilka zdań wypowiedzianych przez samego Berlinga i parę pojedynczych klatek filmowych – i świadomie nie interesuje go przeszłość DJ-a, w której mógłby poszukiwać korzeni jego talentu. Tsikurishvili wybiera drogę cierpliwej obserwacji i uważnego słuchania, ciągłego towarzyszenia, bycia w pobliżu, zwracania uwagi na potencjalnie nieistotne szczegóły.

Tim zachowuje się przed kamerą tak samo, jak w życiu: jest trochę nieśmiały i małomówny, ale nie skrępowany. Praktycznie nie zwraca uwagi na to, że ktoś rejestruje każdy jego ruch, bez względu na czas czy szerokość geograficzną.

Oglądając True Stories nie ma się wątpliwości, że ten film zrobił ktoś bardzo dobrze znany Aviciiemu, ktoś z najbliższego kręgu, kogo dopuszcza się do różnych prywatnych sytuacji, takich jak na przykład pobyt w szpitalu. Tim zachowuje się przed kamerą tak samo, jak w życiu: jest trochę nieśmiały i małomówny, ale nie skrępowany. Praktycznie nie zwraca uwagi na to, że ktoś rejestruje każdy jego ruch, bez względu na czas czy szerokość geograficzną. Reżyser natomiast w żadnym momencie nie zamierza go demaskować. Co więcej, jest wierny Timowi jako swojemu bohaterowi. Problemy ze zdrowiem, z jakimi borykał się Avicii, operacja usunięcia pęcherzyka żółciowego czy zapalenie trzustki, były wynikiem nadużywania alkoholu, jednak w dokumencie nie ma ani jednego ujęcia z dzikich imprez, potencjalnych orgii czy festiwalu używek. Ledwie co jakiś czas widać na ekranie szklankę z drinkiem czy puszkę piwa; Avicii sam mówi o swoim problemie z alkoholem i uzależnieniu od leków przeciwbólowych. Kamera natomiast towarzyszy mu w hotelach, samolotach, samochodach, w studiu czy na backstage’u, kiedy nic się nie dzieje.

Przede wszystkim Avicii daje się poznać jako zwykły chłopak pochłonięty swoją pasją. Bezsprzecznie muzyka była dla niego czymś najważniejszym, a on sam znajdował się niemal bezustannie w trakcie procesu twórczego, zawsze ze słuchawkami i laptopem pod ręką. Wśród gromadzonych na przestrzeni lat materiałów znajdują się zarejestrowane sesje nagraniowe, w czasie których powstawały największe, globalne hity. Jednak jak uchwycić geniusz kogoś tak bardzo skupionego na pracy i skierowanego ku własnemu wnętrzu? Tsikurishvili wybiera najprostsze rozwiązanie, pytając o twórczość Aviciiego ludzi, którzy z nim współpracowali. Sam natomiast te mistyczne momenty koncertów montuje w krótkie, intensywne sklejki pełne kolorów, laserów, pirotechnicznych efektów, a przede wszystkim migawek z wypełnionych po brzegi miejsc koncertowych.

Ostatnio dodane