Biografie ludzi filmu

AUDREY HEPBURN – kruszynka o sarnich oczach

Świat nigdy wcześniej nie widział kogoś takiego jak ona, choć przed nią było wiele innych gwiazd, a po niej bezskutecznie próbowano stworzyć nową ikonę, znaleźć jej następczynię.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

„Audrey to dama, która potrafi postawić na swoim” – Fred Astaire

Reżyserowi udało się przekonać Audrey, zanim jeszcze ta przeczytała scenariusz. Zachęcona pozostaniem w Paryżu – co było na rękę również Ferrerowi – oraz możliwością współpracy z kolejnym gigantem Fabryki Snów, Garym Cooperem, nie zastanawiała się długo nad udziałem w Miłości po południu. Lecz pomimo sprzężenia największych nazwisk ówczesnego przemysłu filmowego rezultatem było bodaj najmniej przekonujące dzieło, w którym wystąpiła. Chociaż produkcja otrzymała trzy nominacje do Złotego Globu, w tym dla Audrey, to szybko okazała się artystyczną i komercyjną katastrofą.

Love in the Afternoon (1957)

Największym problemem okazał się znów wiek aktora. Cooper, który zastąpił ponownie odmawiającego Wilderowi i Audrey Granta, mimo iż w życiu był prawdziwym kobieciarzem, nigdy nie grał ról typowych amantów i, podobnie jak kiedyś Bogart, był już na to zdecydowanie za stary i zbyt wyniszczony. Obaj zmarli zresztą w parę lat po swoich udawanych romansach z Audrey – Bogie na raka przełyku, a Coop na raka prostaty. O ile jednak w Sabrinie dobrą przeciwwagą była strona techniczna i osoba Holdena, o tyle oparta o pióro Claude’a Aneta Miłość… zasadza się jedynie na relacji Hepburn–Cooper. On jest tu podstarzałym, bogatym biznesmenem, który nie wierzy ani w miłość, ani w małżeństwo. Ona jest córką detektywa, którego wynajęto do śledzenia jego łóżkowych poczynań – niewinną studentką muzyki, która aby zaimponować swej nowej fascynacji zmyśla historyjki o byłych kochankach. Słowem, wszystko zawieszone jest tu na kłamstwie.

Trudno uwierzyć w obie te postaci, a tym bardziej w ich związek, który nawet w scenach miłosnych jest grubymi nićmi szyty. Przez wzgląd na „mocno zaawansowany” wygląd Coopera – który notabene był ponoć zadowolony ze swojego występu – większość z nich odbywała się w zaciemnionych miejscach lub z udziałem operatorskich sztuczek, co jedynie pogłębiało problem. Beznamiętnie wypowiadane w pustkę, błahe kwestie i niemal posągowe zachowania obojga bohaterów stanowiły gwóźdź do trumny. Oczywiście to dalej pełna charakterystycznych dla Wildera cech komedyjka z kilkoma udanymi momentami. Taka, która nawet dziś może się podobać, jeśli przymknąć oko na zupełnie nieprawdopodobną fabułę. Niemniej trudno nie zauważyć, że wyraźnie coś tu jest nie tak, a całość jest zbyt długa, za drętwa i niewystarczająco śmieszna. Krępująca równie mocno, co atmosfera na planie pomiędzy głównymi graczami, którzy – wedle materiałów promocyjnych filmu – winni byli z łatwością pykać w grę miłością zwaną… zwłaszcza po południu.

 „Była całkowicie inna na ekranie, niż w życiu (…) Było w niej tak wiele seksapilu, że wystarczyło, by użyła choć odrobiny, a efekt był piorunujący” – Billy Wilder

audrey-dog

W drugiej połowie lat 50. Audrey wyraźnie wpadła w aktorski dołek. Nie chodziło tylko o to, że jej kolejne filmy przyjmują się coraz słabiej i są coraz gorsze, ale również o fakt, że mimo starań grała zbyt podobne do siebie role. Kluczowy był zatem 1959 rok, w którym to wystąpiła w dwóch, diametralnie różnych od siebie produkcjach wynikających z potrzeby zmiany. Za reżyserię pierwszej z nich odpowiadał jej ukochany Mel, dzięki któremu zaliczyła chyba najgorszy występ w życiu. Najlepiej byłoby więc spuścić na Zielone domostwa zasłonę milczenia albo embargo na literki. Zwłaszcza, że aby w nim zagrać, Audrey zrezygnowała z udziału w ekranizacji bardzo bliskiego jej Pamiętnika Anny Frank. Twierdziła przy tym, że jest już za dojrzała na kreowanie tak młodej postaci (rola ostatecznie przypadła Millie Perkins), choć wielce prawdopodobne, że tak bezpośredni powrót do wojennych wspomnień ją po prostu przerażał. Ale co się odwlecze…

Ponieważ Zielone domostwa – od blisko 30 lat będąca na celowniku hollywoodzkich producentów romantyczna opowieść o żeńskim odpowiedniku Tarzana, Rimie, w której zakochuje się ukrywający się w lasach Ameryki Południowej uchodźca – wymagały sporego nakładu środków i przygotowań, toteż początek zdjęć został przełożony w czasie. To pozwoliło Audrey zmierzyć się z inną niezwykłą postacią z kart historii – Gabrielle van der Mal, znaną powszechnie jako siostra Luke, z którą Hepburn także mogła się bez problemu identyfikować, nie tylko przez wzgląd na to samo pochodzenie lub doświadczenia wojenne. Rola w Historii zakonnicy miała być największym wyzwaniem w jej dotychczasowym życiu, a nie tylko karierze. Ba! To wręcz była rola jej życia, o czym przekonani byli praktycznie wszyscy, łącznie z Melem, którzy radzili jej przyjąć tę, nomen omen, misję. Nie trzeba jej było zresztą długo przekonywać. Po przeczytaniu książki była do głębi poruszona i zaangażowała się w projekt całą sobą, uczestniczyła dosłownie w każdym jego aspekcie.

Wielogodzinne spotkania i rozmowy z autentycznymi siostrami zakonnymi (z którymi połączyła ją długoletnia zażyłość) oraz drobnostkowe przygotowania, podczas których Audrey przeszła odpowiednie szkolenia medyczne i wraz z resztą głównej obsady faktycznie przez kilka dni uczestniczyła w rutynie jednego z francuskich zakonów, poskutkowały najczystszą i najbardziej poruszającą z jej kreacji. A nawet nie tyle kreacji czy roli, co po prostu wcielenia. Mamy tu bowiem do czynienia z przypadkiem, w którym aktorka i postać stają się jednym. To występ kompletny, w którym Audrey – jak rzadko kiedy pozbawiona przyciągających wzrok fatałaszków i barwnych detali – naprawdę pokazuje, na co ją stać.

We wprawnych rękach Freda Zinnemanna (mającego na swoim koncie m.in. W samo południe i Stąd do wieczności) wykazuje się perfekcyjnym wyczuciem, za pomocą samych praktycznie oczu, delikatnych zmian wyrazu twarzy i okazjonalnie za pomocą dłoni oddając niezwykłe cierpienie, złożoność charakteru oraz wewnętrzne rozterki siostry Luke, którą dosłownie się staje. Być może w przypadku innych aktorek lub innych ról można by było pisać o pewnej przesadzie w podejściu do sprawy – szczególnie że ekipa pracowała w naprawdę ciężkich, niebezpiecznych warunkach na afrykańskich terenach, pośród różnego sortu chorób i insektów – lecz Audrey rzeczywiście utożsamiała się ze swoją bohaterką, łączyło je coś więcej niż tylko podobna, introspektywna, delikatna osobowość czy życiowe poglądy.

audrey-nun

Jako siostra Luke

„Była wspaniała – wielka aktorka i wielki człowiek. Przeszła piekło” – Robert Anderson

Chociaż nikt z ekipy się nie oszczędzał (nawet tancerki baletowe zatrudnione w charakterze statystek wypadły ponoć tak przekonująco, że zaimponowały szkolącym je siostrom), to Hepburn przypłaciła oczywiście ten występ zdrowiem – wielokrotnie snuła się po planie zmęczona i wyczerpana, a raz nawet zemdlała na skutek ataku kamieni nerkowych. Lecz wszyscy jej najbliżsi jednogłośnie stwierdzili, że przeszła swoistą przemianę duchową. Nie znalazła Boga – co to, to nie! Audrey nigdy nie była zresztą nadmiernie religijną osobą, raczej wierzyła w pewne elementarne wartości świata. Niemniej to wyzwanie, prócz bagażu doświadczeń, dodało jej głębi, dojrzałości, uwypukliło jej charakter. W końcu sprawiło, że jej wrodzona wrażliwość i otwarcie na ludzi jeszcze mocniej rozkwitły. O tym, że czuła się inna, lepsza, sama wspominała przyjaciołom w korespondencji. A rola siostry Luke, z której była chyba najbardziej dumna ze wszystkich, pozostała z nią już na zawsze – do końca życia wspominała ją ciepło i wcielała niektóre wyniesione nauki we własną codzienność.

Chyba nie trzeba dodawać, że gotowy film, który ostatecznie zadebiutował w parę miesięcy po premierze Zielonych domostw, okazał się wydarzeniem. Krytycy rozpływali się w zachwytach, uważając zarówno rolę Audrey, jak i całe przedsięwzięcie za niezwykle ważne w historii kinematografii. Widownia musiała z kolei czekać niekiedy i po pięć godzin, aby dostać bilety, a dla Warner Bros., któremu Paramount zgodziło się swoją gwiazdę wypożyczyć, był to najbardziej dochodowy film tamtych czasów. Honorowy Złoty Glob, statuetka BAFTA dla Audrey i osiem nominacji do Oscarów postawiły kropkę nad i. Sukces byłby z pewnością jeszcze większy, gdyby nie fakt, że był to rok Ben-Hura, który zdeklasował (i tak już mocną) konkurencję (choć kilka Złotych Rycerzy powędrowało też do Pamiętnika Anny Frank).

Jeśli zaś idzie o film Ferrera – piąty i przedostatni w jego reżyserskim dorobku – to Audrey zaczęła do niego zdjęcia niemal z marszu po Historii zakonnicy. Oparte o nowelę W. H. Hudsona przedsięwzięcie nie zostawiło w kinach nawet połowy swego budżetu, chociaż w obsadzie prócz Hepburn znaleźli się także przyszły Norman Bates, czyli Anthony Perkins, oraz charakterystyczny Henry Silva. Nikt nie mógł jednak pomóc bezmyślnemu, niejasnemu scenariuszowi oraz lipnej realizacji, którą Mel zamiast w naturalnych plenerach uskuteczniał w hali studyjnej. Pozbawiło to uroku scenerii, do której Audrey w przeźroczystej sukience i długaśnej peruce nie pasowała. Do tego dochodzą głupawe dialogi, ślimacze tempo, zero dramaturgii, jeszcze mniej emocji i chemii między nią a drewnianym Perkinsem. Koszmar. Być może po części spowodowany niezręcznością sytuacji – mąż reżyserujący sceny miłosne z udziałem żony i innego faceta. Ferrer nigdy już tego zresztą nie powtórzył. Audrey natomiast zachowywała niezwykle dyplomatyczną powściągliwość w stosunku do tego „dzieła” i z ochotą reklamowała Zielone domostwa, opiekując się małym jelonkiem, którego nazwała Ipa – jedynym pozytywnym aspektem całego przedsięwzięcia.

audrey-ipa

Audrey i Ipa – zdjęcie, które skruszy każdy mur

„Uważam, że seks jest przereklamowany”.

Tymczasem życie prywatne cały czas jej nie oszczędzało. W scenarzyście Historii zakonnicy, Robercie Andersonie, znalazła nie tyle ucieczkę od małżeńskiego kryzysu, co być może bratnią duszę, z którą byłaby w stanie spędzić resztę życia. Choć on dopiero co zakończył rozpaczliwy, wynikający z potrzeby chwili flirt z Ingrid Bergman (pierwszą kandydatką do roli siostry Luke, którą odrzuciła, uważając, że jest już za stara), gorące uczucie z miejsca zaiskrzyło. Ich romans – z którego wszyscy, także Ferrer, zdawali sobie sprawę, lecz milcząco aprobowali – toczył się więc w najlepsze przez blisko pół roku. Ale gdy okazało się, że Anderson, podobnie jak niegdyś Holden, również nie jest w stanie zapewnić jej potomka, sprawa była przesądzona. Rozwiązana została także obecność ojca w jej dorosłym życiu, którego spotkała po tym, jak udało się go namierzyć przez znajomych z Czerwonego Krzyża. Zejście się twarzą w twarz po tylu latach okazało się mocno rozczarowujące, emocjonalnie puste, a on sam nieobecny. Nigdy nie skreśliła go zupełnie, aż do jego śmierci wysyłała mu pieniądze i listy. Ale musiało to boleć.

Jakiś czas później Audrey w końcu zaszła w ciążę z Melem, lecz niestety dziecko urodziło się martwe. Po pięciu wcześniejszych, mocno przeżytych poronieniach był to cios poniżej pasa. Wpadła w potężną depresję, podczas której nasilił się tytoniowy głód, a jej waga spadła do zaledwie 36 kilogramów. Jakby tego było mało, w międzyczasie miała jeszcze dwa wypadki. Pierwszy, samochodowy, szczęśliwie okazał się niegroźny, ale doprowadził do tego, że już nigdy więcej nie usiadła za kółkiem. Drugi kosztował ją skręconą stopę i cztery pęknięte kręgi po tym, jak spadła z konia na planie swojego kolejnego, mniej udanego filmu – westernu Nie do przebaczenia (tytuł polski został zmieniony po latach, gdyż Bez przebaczenia kojarzyło się z innym, znacznie bardziej wartościowym reprezentantem tego gatunku), gdzie zagrała u boku samego Burta Lancastera.

Mimo nazwiska jego i legendarnego Johna Hustona za kamerą znowu coś poszło nie do końca tak, jak powinno. Oparta o książkę Alana Le Maya fabuła zwyczajnie się nie kleiła, pełno w niej było głupich scen i niejasnych motywów, w trakcie zdjęć zdarzały się też inne wypadki, a Audrey bez sensu obsadzono w roli Indianki. Na tle amerykańskiej prerii, z rozwianymi, długimi włosami prezentowała się co prawda ślicznie, lecz jej występ pogrzebał brytyjski akcent i niekonsekwentna charakteryzacja. Oczywiście z godnym podziwu zapałem dokończyła swą pracę, z sukcesem ponownie zasiadając w siodle po przebytej operacji. Podobnego tryumfu zabrakło jednakże gotowemu materiałowi, który od początku trochę śmierdział wszystkim zaangażowanym w jego powstanie. Krytycy nie mieli litości, widzowie także nie bardzo dopisali, a sam reżyser ponoć szczerze tej produkcji nie cierpiał. Bywa i tak.

audrey-unforgiven

W „The Unforgiven”

„Filmy to tylko baśnie”.

Następnie Audrey miała zagrać u Hitchcocka, do czego optymistycznie podeszły obie zainteresowane strony. Jednak po tym, jak aktorka odrzuciła zbyt brutalny scenariusz, projekt o nazwie No Bail for the Judge napotkał na kolejne problemy i w rezultacie nigdy nie powstał. Zamiast tego Hepburn w końcu mogła trochę odpocząć i nabrać wiatru w żagle, co okazało się dla niej zbawienne.

Ponownie zaszła w ciążę. 17 lipca 1960 roku o godzinie 14:40 w Lucernie przyszedł na świat (cały i zdrowy) Sean Hepburn Ferrer, który potem także wkręcił się w przemysł filmowy. Spełnienia, które ogarnęło Audrey po jego narodzinach, przypuszczalnie nie da się opisać słowami. W końcu była naprawdę szczęśliwa. Ta energia i blask przełożyły się zarówno na tkwiące w impasie małżeństwo, jak i jej kolejną rolę – tę najbardziej przełomową, ikoniczną, wielbioną, najpopularniejszą… Tę, która ostatecznie przypieczętowała jej popkulturową nieśmiertelność, ugruntowała jej pozycję wzoru elegancji, królowej mody. Oddając cesarzowi co cesarskie, nosa do projektu na podstawie pióra Trumana Capote’a miał Mel. Audrey była zbyt rozdarta pomiędzy upragnionym macierzyństwem, a dalszymi wyzwaniami aktorskimi. Uległa mężowi. Nie mogła też odmówić szansy finansowego zabezpieczenia przyszłości Seana. Jak by nie było, jej Holly Golightly stała się faktem. I to pomimo tego, że wiatr znów wiał jej lekko w twarz.

audrey-sean

Audrey z synkiem Seanem, w tle James Garner

Wspomagał ją Givenchy, który w kreowaniu wizerunku swojej przyjaciółki przeszedł sam siebie. Ale nie sam Capote, który w tej roli widział raczej Marilyn Monroe, a wyborem Hepburn czuł się oszukany. I chociaż filmowe Śniadanie u Tiffany’ego okazało się naprawdę znakomitym połączeniem romansu i komedii, który przyciągał tłumy jeszcze podczas realizacji, trudno dziwić się pretensjom pisarza, gdyż jego powieść była raczej gorzka. Hollywood złagodziło ją aż nadto, z samej już postaci głównej – w oryginale zwykłej prostytutki o twardym charakterze – czyniąc zabawną kokietkę. Ale czy mogło być inaczej, skoro na reżyserskim stołku zasiadł Blake Edwards, przyszły twórca Różowej Pantery?

Audrey odniosła przy tym wrażenie pewnej sprzeczności założeń, wątpiła, czy faktycznie nadaje się do tej roli, stresowała się. Zwłaszcza gdy okazało się, że znowu będą wymagać od niej śpiewu, a jej głos uległ zdecydowanej transformacji od ostatnich wokalnych „popisów”. W sukurs przyszedł Henry Mancini, który napisał Moon River specjalnie dla niej i cały czas dodawał jej odwagi. Twierdził, nie bez przyczyny, że to właśnie jej wykonanie pozostaje najlepsze – co ciekawe, oficjalnie wydano je dopiero po śmierci aktorki, na bijącym rekordy popularności albumie z muzyką umieszczając jedynie wersję chóralną. Audrey potem wstawiła się za kompozytorem, kiedy studio chciało najpierw wyciąć tę „pieprzoną piosenkę”, a potem znaczną część jego ilustracji. Mancini za oba te elementy odebrał później Oscary, co zawdzięcza właśnie interwencji Audrey. Ją także nominowano (wygrała Sophia Loren), podobnie jak krytykowany scenariusz i scenografię.

audrey-breakfast

„Film bez muzyki jest jak samolot bez paliwa”.

Nie jest to film idealny. Po ponad pół wieku od premiery tu i ówdzie wydaje się zbyt prosty, za bardzo przyzwoity, lekko kiczowaty, a nawet pretensjonalny. A epizod Mickeya Rooneya jako skośnookiego, głupawego sąsiada z góry to już w ogóle kosmos. Lecz przyjemna melancholia, która sączy się w ekranu, przystępny humor jako taki (z wieloma improwizowanymi, zwłaszcza w słynnej sekwencji przyjęcia, gagami), magnetyzm pomiędzy Holly a pisarzem granym przez młodego George’a Pepparda (młodszej widowni znanego bardziej jako siwy Hannibal z telewizyjnej Drużyny A) oraz doskonale sentymentalny, idylliczny wręcz klimat epoki, Nowego Jorku i wolności ducha to jego niepodważalne atuty. Wielbiciele czworonożnych przyjaciół mogą dodać też kota powracającego niczym bumerang, a którego w rzeczywistości udawało aż dziewięć futrzaków.

Przede wszystkim jednak jest ONA – zjawiskowa jak nigdy, bezbłędna, piękna zarówno wtedy, gdy w pełnym „rynsztunku” zajada tytułowy posiłek przed gablotami świecącej się biżuterii, jak i w momencie, gdy w zwykłej bluzce siedzi na oknie i z rozmarzeniem wyśpiewuje kolejne zwrotki Moon River. To jej piosenka, to jej muzyka, to jej film. To jej czas.

Wykorzystała go, przyjmując rolę w jeszcze jednym ambitnym przedsięwzięciu – czarno-białych, kontrowersyjnych Niewiniątkach na kanwie sztuki Lillian Hellman, która z kolei inspirowała się autentycznymi wydarzeniami z XIX wieku. Wraz z młodszą od siebie Shirley MacLaine, Audrey wciela się w przyjaźniące się nauczycielki, które pod wpływem rozpuszczonej przez jedno z dzieci plotki (oryginalny tytuł, zapożyczony od wiersza Henry’ego Wadswortha Longfellowa, to wszak Dziecięca godzina, a w Wielkiej Brytanii zdecydowano się na równie wymowny Najgłośniejszy szept) zostają oskarżone o homoseksualny związek, co prowadzi do tragedii.

Była to niezwykle ciekawa, odważna odskocznia po Śniadaniu… Podobnie jak w przypadku Historii zakonnicy Audrey znów zamieniła frywolność i wytworne ciuszki na subtelność ekspresji i swoisty minimalizm środków. Znowu wywiązała się z tego zadania bez problemu, tworząc z MacLaine solidny, niemalże siostrzany duet, pomiędzy którym, wbrew wszystkiemu i wszystkim, naprawdę rodzi się uczucie. Swoje robią też niezwykle udane sceny z Jamesem Garnerem, który gra jej narzeczonego (w jedno z dzieci wciela się natomiast mała Veronica Cartwright).

Film Williama Wylera, który przecież pomógł zaistnieć Audrey, to jego druga próba zmierzenia się z tym tematem (po słabiutkim Ich troje z lat 30.). Pomimo pięciu nominacji do Oscara za zdecydowanie wierniejszą oryginałowi wersję, znów nie obyło się jednakże bez kontrowersji. Z oczywistych względów przestraszono się nadmiernego eksponowania lesbijstwa w czasach restrykcyjnego kodeksu Hayesa. Doprowadziło to do usunięcia kilku kluczowych scen, bez których wydźwięk historii zdecydowanie stracił na sile, choć, paradoksalnie, udało się twórcom zachować jej dwuznaczność. Ale nie zaskarbiło to sympatii krytyków i uwielbienia widzów. Po latach produkcja ta nadal pozostaje jedną z mniej znanych i – mimo wyraźnej archaiczności przedstawionych obyczajów – najbardziej niedocenianych z filmografii Hepburn. W przeciwieństwie do następnej…

audrey-garner

Niewiniątko bawi się z Jamesem Garnerem

„Audrey, najmilsza bez wątpienia i najbardziej utalentowana dziewczyna w branży” – Noël Coward

Co prawda Audrey najpierw zagrała w Kiedy Paryż wrze, ale do kin jako pierwsza weszła Szarada – nakręcona parę dni później w tym samym mieście (oraz w Alpach i, paradoksalnie, już nie pod szyldem Paramountu) kryminalna komedia, w której w końcu doszło do jej spotkania z Carym Grantem. Rzecz jasna początkowo legendarny aktor odmówił, wszak był jeszcze starszy, niż przy wcześniejszych ofertach współpracy. Zgodził się dopiero po długich namowach oraz wprowadzeniu do scenariusza drobnych poprawek i dodatkowego komizmu, który rozładowywałby nieco romantyczne interakcje z bohaterką Audrey. Sama historyjka była trochę naiwna i mało prawdopodobna, ale świetne, cięte dialogi i doskonałe aktorstwo (na drugim planie m.in. Walter Matthau, James Coburn i George Kennedy, a małe cameo ma także Ferrer) sprawiły, że nawet obecnie ogląda się to znakomicie. Wyborna i rzeczywiście daleka od niekomfortowej jest chemia między Audrey a Grantem, który tym samym z powodzeniem „zaliczył” na dużym ekranie obie panie Hepburn.

Co ciekawe, Audrey zobaczyła w nim sporo własnych cech, wspominając go jako niezwykle wrażliwego, skrytego i cichego człowieka (palił też równie dużo, co ona, choć w przeciwieństwie do niej, jakiś czas wcześniej przestał). Nic zatem dziwnego, że tak dobrze im się razem pracowało, choć pierwsze spotkanie wydawało się Audrey katastrofą – wylała bowiem na Granta czerwone wino, co sparodiowano potem i w filmie (z wykorzystaniem lodów). Filmie, dodajmy, mocno hitchcockowskim w stylu, pełnym i  powodów do śmiechu, i trzymających w napięciu, wypełnionych przemocą momentów. Nawet czołówka każe nam sądzić, że za kamerą stanął wielki Afred.

Audrey-Charade

W rzeczywistości było to pojednanie z twórcą Zabawnej buzi, Stanleyem Donenem (autorem także Deszczowej piosenki). I nie była to jedyna przyjazna dla Audrey twarz na planie – kostiumy ponownie zaprojektował jej Givenchy, za muzykę odpowiedzialny był Mancini (raz jeszcze nominowany do Oscara za tytułową piosenkę), a autorem zdjęć na specjalne jej życzenie został Charles Lang, z którym właśnie skończyła Kiedy Paryż wrze, a który wcześniej tak dobrze uchwycił ją w Sabrinie i powtórzy to jeszcze w dwóch innych produkcjach.

Film opowiadający o poszukiwaniu ukrytego przez zamordowanego nagle męża głównej bohaterki skarbu, w którym do końca nie wiadomo, kto tak naprawdę jest zły, a kto dobry, wszedł do kin w grudniu 1963 roku i okazał się, co nie powinno dziwić, sukcesem komercyjnym. Opinie krytyki także były z reguły pozytywne, choć przecież do doskonałości temu dziełu daleko. Oparte o krótką historię, The Unsuspecting Wife, która z kolei napisana została na kanwie wcześniejszego, niezrealizowanego scenariusza, było tak popularne i lubiane, że doczekało się aż czterech luźnych remake’ów – dwóch obcojęzycznych, jednego wyświetlanego też pod tytułem Charade ’79 oraz współczesnego Prawdziwe oblicze Charliego. Z kolei na skutek niedopatrzeń prawnych ten niezwykle wdzięczny obraz stał się własnością publiczną jeszcze za życia Audrey. Aktorka zawsze czule go zresztą rozpamiętywała. Oh, la! – jak głosiło jedno z hasełek reklamowych.

Ostatnio dodane