Seriale TV

THE WALKING DEAD. Geneza i recenzja pierwszych dwóch sezonów

Autor: Andrzej Brzeziński
opublikowano

PIERWSZE INFORMACJE O SERIALU

Gdy dotarły do mnie pierwsze informacje na temat „Żywych trupów”, nie przypuszczałem, że ten tytuł jest w stanie się wybić ponad przeciętność, zwłaszcza jeśli nazwisko autora kojarzyło mi się z mało poważnym „Battlepope”. Podejrzewam również, że sam Robert Kirkman nie spodziewał się tak ogromnego sukcesu i że już chyba do swojej śmierci będzie kojarzony z tą właśnie serią. Jego „Żywe trupy” były przecież nominowane do komiksowych Oscarów, czyli prestiżowej Nagrody Eisnera przyznawanej na międzynarodowych targach Comic-Con w San Diego. Jednak popularność komiksu nie była na tyle wystarczająca, aby zaczęto myśleć o przeniesieniu go do medium, nieco potężniejszego od komiksu, jakim jest telewizja. Jednak takie zadanie właśnie postawił sobie Frank Darabont, wszem i wobec znany z genialnych interpretacji prozy Stephena Kinga – „Zielonej Mili” i „Skazanych na Shawshank” – który deklaruje się jako największy fan komiksu Kirkmana i zombie w ogóle. Jego fascynacja żywymi trupami zaczęła się jeszcze w wieku czternastu lat, kiedy to po raz pierwszy obejrzał „Noc żywych trupów” George’a A. Romero.

Frank Darabont na planie pierwszego odcinka (w białych spodniach)

Frank Darabont na planie pierwszego odcinka (w białych spodniach)

Trzeba przyznać, że trudno było przepchnąć pomysł zekranizowania „Żywych trupów”. Darabont męczył się z tym przez cztery lata. Projekt odrzuciły takie stacje jak NBC i HBO, co w przypadku tej drugiej jest przeze mnie po dzień dzisiejszy decyzją niezrozumiałą. Jednak już wkrótce Darabont i Kirkman tradili pod skrzydła stacji AMC, która mogła poszczycić takimi mocnymi tytułami jak „Mad Men”, „Hell on Wheels” czy „Breaking Bad”, a które spokojnie stanowią konkurencję dla hiciorów ze stajni HBO właśnie. I do tego szacownego grona dołączyły „Żywe trupy”.

Pierwszy odcinek z sześciu, zatytułowany identycznie jak pierwszy tom serii komiksowej, „Days Gone Bye” reżyserowany przez samego Darabonta, swoją premierę miał 31 października 2010 roku. Stacja AMC przygotowała z tej okazji ogólnoświatową akcję promocyjną serialu. Tego samego odbyła się gigantyczna inwazja zombie w 26 największych miastach na świecie. Setki statystów przebranych na zombie pojawiło się w najbardziej znanych miejscach największych miast jak na moście w Brooklynie w Nowym Jorku, przy pomniku Lincolna w Waszyngtonie, przy Big Benie w Londynie czy muzeum Prado w Madrycie i którego punkt kulminacyjny nastąpił w Los Angeles podczas premiery pierwszego odcinka. „Days Gone Bye” to książkowy przykład jak powinno się ekranizować komiksy, w pełni oddając pokłony oryginalnemu materiałowi, jednocześnie nieznacznie go ulepszając. To również jeden z niewielu najlepszych odcinków pilotażowych jakie widziała telewizja, w moim odczuciu ustępując tylko „Sześć stóp pod ziemią”.

the_walking_dead_zombies_new_y

„Days Gone Bye” zaczyna się z grubej rury. Widz już w scenie otwierającej, jeszcze przez świetną czołówka z charakterystycznym narastającym motywem autorstwa Beara McCreary’ego, zostaje dosłownie kopnięty w twarz, kiedy to na ekranie pojawia się dziewczynka-zombie. Moment, w którym podnosi z ziemi swojego misia, kiedy usiłuje atakować głównego bohatera i kiedy ten wymierza jej kulkę w sam środek czoła, jest naprawdę poruszający. Długo nie mogłem pozbierać swojej szczęki z podłogi. Takiego wstępu się nie spodziewałem, bowiem to wydarzenie nie miało miejsca w komiksie, ale również nie spodziewałem się takiej odwagi w przeniesieniu na ekran tego komiksu. Kirkman w swoim komiksie nie oszczędza nikogo, a śmierć potrafi kosić bohaterów po których najmniej można oczekiwać zgonu. Nie oszczędza nawet dzieci i scena otwierająca serial pokazywała, że w serialu mogło być podobnie. Jak przyszłość pokaże, poniekąd tak było. Już sam fakt zderzenia dziecięcej niewinności z zombie apokalipsą to naprawdę nieprzyjemny pomysł, a już śmierć dziecka pogryzionego przez zombie to prawdziwy koszmar. Jeśli ktoś ma wystarczającą ilość empatii i wyobraźni aby sobie coś takiego uzmysłowić oraz posiada odrobinę wrażliwości, to z doświadczenia wiem, że kilka niespokojnych nocy ma zagwarantowane.

93779_orig

SERIAL JAK KOMIKS (Z KILKOMA WYJĄTKAMI)

Nie ma sensu dalej opisywać fabuły odcinka , bo jej ogólny zarys przedstawiłem wcześniej przy okazji omawiania komiksu. Jego fani bez wątpienia poczuli się jak w domu, mimo pewnych kosmetycznych zmian i urozmaiceń. Oczywiście głównym bohaterem bez zmian jest Rick Grimes, czyli postać na której oparty był ciężar fabuły pierwowzoru. W tą rolę wcielił się Andrew Lincoln, przeciętny aktorzyna, którego wcześniej sprawne oko kinomana mogło wypatrzeć w „Love Actually” czy słabej telewizyjnej wersji „Wichrowych wzgórz”. Obok niego zobaczyć można Joe Bernthala, znanego chociażby z „Pacyfiku”, w roli Shane’a Walsha oraz znaną za sprawą „Prison Breaka” Sarah Wayne Calles, jako żona Ricka – Lori. Pojawia się również Lennie James, jako Morgan, czyli postać ważna, bo wprowadzająca Ricka w nową rzeczywistość. Frank Darabont zatrudnił do udziału w tym przedsięwzięciu aktorów, który twarze i nazwiska znane są z wcześniejszych jego filmów. W czołówce wymienieni zostali tacy aktorzy jak Laurie Holden, jako Andrea, która pojawiła się w „Majestic” z Jimem Carreyem i „Mgle”, Jeffrey DeMunn, który pojawił się tu jako Dale a wcześniej można było go zobaczyć we wszystkich najważniejszych dziełach Darabonta czy Melissa McBride, którą można było oglądać we „Mgle”, a w „Żywych trupach” jako Carol. Z ciekawszych twarzy pierwszego sezonu koniecznie wyróżnić trzeba Normana Reedusa i Michaela Rookera, którzy wcielają się w braci Dixon, czyli postaci, o których nie ma mowy w komiksie. Zwłaszcza ten drugi, choć pojawił się zaledwie w dwóch odcinkach, to kradł z nich każdą scenę, w której się pojawiał. Ciekawy epizod zaliczył również Noah Emmerich, którego bohater również nie pojawił się w komiksie, ale w serialu odegrał znaczącą rolę o czym trochę później.

tnt24.info_The_Walking_Dead_-_The_Complete_Season_1_720p_BRRip_AC3-ViSiON_avi_eng_.7763__401007Serialowi bohaterowie w dużej mierze odpowiadają tym z pierwowzoru, jednak Darabont względem bohaterów poczynił pewne zmiany, zmieniając ich charaktery i inaczej pokierował ich relacjami, co oczywiście nie wyszło najgorzej. Nie mamy tutaj erotycznego charakteru znajomości Dale’a z Andreą, a sam serialowy Dale jest bardziej dobrodusznym staruszkiem niż ten komiksowy. Frank Darabont razem z Kirkmanem zmienili również trochę skład grupy ocaleńców. Z drugoplanowych postaci zobaczyć można czarnoskórą Jaqui, o której nie ma mowy w komiksie, jest również mąż Carol – Ed, któremu doczepiono łatkę damskiego boksera i o którym w komiksie dowiadujemy się tylko z relacji jego żony. Jest rodzina Moralesów, którzy pojawili się w scenariuszu w zastępstwie rodziny Allena. Jest również T-Dog, który wbrew pierwotnym pogłoskom nie pojawił się w miejscu komiksowego Tyresse, czyli jednej z ważniejszych postaci w serii.

Jednak najważniejszymi postaciami, które nie pojawiają się w komiksowych „Żywych trupach” są wspomniani bracia Dixon – młodszy Daryl i starszy od niego Merle. Obaj są bardzo ciekawym ubarwieniem serialu, a ten pierwszy zalicza się do najważniejszych postaci w całej historii i bez niego ciężko byłoby sobie ten serial wyobrazić. Obaj również mogli pochwalić się dużą popularnością, czym utwierdza fakt, że firma Sony uczyniła ich głównymi bohaterami gry komputerowej, „Survival Instinct”, która przedstawia ich losy poprzedzające akcję serialu.

No i jest jeszcze dr Edwin Jenner, tragiczna postać którego obecność w wielkim stylu wieńczy pierwszy sezon. To postać, która podobnie jak w miejsce – Centrum Chorób Zakażnych (CDC), do którego udali się główni bohaterowie, nie ma swojego odpowiednika w komiksie, ale w serialu odgrywa niezwykle znaczącą rolę. To właśnie dzięki Jennerowi bohaterowie i widzowie poznają samoistny proces przywracania martwego ciała do życia. Dowiadują się, również, że tak naprawdę nie ma nadziei na ratunek i o czym dowiadujemy się w pod koniec drugiego sezonu, że tak prawdę wszyscy jesteśmy żywymi trupami, bowiem ta pandemia nie rozprzestrzenia się tylko i wyłącznie po ugryzieniu przez zombie.

walking-dead-season-301-029

I wreszcie, doszedłem do tego co u Kirkmana jest najlepsze, czyli tego jak powołuje do życia swoje żywe trupy. I nie chodzi mi tutaj o procesy myślowe jakimi kieruje się przy wymyślaniu kolejnych odsłon swojej historii, ale o ten magiczny element w fabule, dzięki któremu martwi powrócili do życia i który stał się przyczyną obrazowanej przez Kirkmana apokalipsy.

TRUP BEZ POWODU

W każdym innym filmie byłby to nieznany, bądź wychodowany przez człowieka w tajnych laboratoriach wirus bądź kosmiczne promieniowanie. W „Żywych trupach” dzieje się to bez powodu. I najbardziej przerażające jest to, że nie ważne, czy zostałeś ugryziony przez zombie czy nie. Tutaj nie ma reguł, bo i tak po swoim zgonie, czy to naturalnym czy w wyniku tragicznego zrządzenia losu – dołączysz do nich, zasilając ich niezliczone rzesze, o ile wcześniej ktoś litościwie nie wpakuje Ci kulki w łeb. W komiksie bohaterowie dowiadują się o tym stopniowo obserwując wskazujące na to zdarzenia, w serial zostaje to powiedziane, właściwie wyszeptane do ucha Ricka, tym samym odbierając mu nadzieję na to, że kiedykolwiek będą bezpieczni. I to jest chyba najbardziej przygnębiające w całej tej historii, bo właśnie w tym objawia się cała beznadziejność losów głównych bohaterów, którzy starają się przeżyć jak najdłużej, mimo świadomości nieuchronnego przeznaczenia. Bo nie ma tutaj mowy o jakiejkolwiek przyszłości, nadziei na lepsze. Nie ma tutaj happy endu. „Żywe trupy”,  komiks czy serial, wywołują naprawdę nieprzyjemne uczucie w żołądku. I chyba w tym właśnie tkwi sedno. Dzięki temu ten tytuł jest tak wyjątkowy.

„Żywe trupy” Franka Darabonta to sześć odcinków, podczas oglądania których fani komiksu Kirkmana poczują się jak w domu. Przyjemnie jest wyłapywać znajome sytuacje, sceny i porównywać z czarno-białymi rysunkami Tony’ego Moore’a – zwłaszcza jeśli pojawiają się w nich żywe trupy. W pamięć zapada spotkanie Ricka z tzw. bicycle girl zombie, czyli pierwsze zombie, które spotyka po wydostaniu się ze szpitala – na wpół obgryzioną i rozkładającą się kobietę – naprawdę przejmujący moment i nawet bardziej niż w komiksie.

Podobnie jak w komiksie mamy również tłum żywych trupów w Atlancie, który atakuje Ricka i pożera jego konie, na którym przybył do miasta – jedna z bardziej widowiskowych scen z udziałem zombie. Niezła jest również scena gdy Rick i Glenn obsmarowani wnętrznościami maszerują pomiędzy trupami, jest atak na obóz i jest nawet scena z zombie, który pożywia się martwym jeleniem, chociaż w serialu umieszczona została w nieco innym kontekście. I najbardziej dla mnie zapadającą w pamięć scena z pierwszego sezonu, jest przejmująca i przepiękna zarazem scena rezurekcji Amy, siostry Andrei, po ataku na obóz ocalałych z Atlanty. Ta obecna w oczywiście w komiksie scena nie jest przedstawiona tam w taki rewelacyjny sposób i nie ma takiego ładunku emocjonalnego. Warto tutaj zaznaczyć, że wiele scen w serialu jest jakby rozszerzeniem lub dodatkiem do tych z komiksu.

Rick Atlanta.jpg

Taka jest właśnie scena poprzedzająca strzelaninę, w której zostaje ranny Rick. To dosyć długi dialog między nim a Shanem, w którym ten pierwszy dzieli się swoimi problemami małżeńskimi. Ta scena to przede wszystkim kawał porządnie prowadzonych dialogów i genialny, bo spokojny wstęp do burzy jaka się zaraz wydarzy. I nie mam tutaj na myśli pościgu i strzelaniny, ale nakreślenie relacji między tą dwójką oraz zapowiedź późniejszych konfliktów między nimi. Żałuję trochę, że takiego wstępu nie było w komiksie, który zaczyna się od razu od postrzału Ricka. W serialu fajnie kładło to fundamenty na późniejsze wydarzenia i budowało pełne napięcie oczekiwanie na nieuchronny ciąg wydarzeń. Bo przecież wiemy, jak za chwilę będzie wyglądał świat.

Nie ma co owijać w bawełnę – pierwszy sezon „Żywych trupów” to prawdziwa rewelacja i śmiem stwierdzić, że nawet genialne „Breaking Bad” nie miało takiego świetnego początku. Od czasu „Nocy żywych trupów” w wersji Toma Saviniego, nie powstał tak dobry zombie movie i każdy z sześciu odcinków, no może poza „Guts”, zdaje się utwierdzać w tym przekonaniu. „Żywe trupy” to bez wątpienia pierwsza liga horroru, chociaż zbyt często nie stosuje zabiegów charakterystycznych dla gatunku. Zombie nie wyskakuje nagle z ciemności – cała groza polega właśnie na tym, że on po prostu maszeruje w biały dzień lub po prostu ma się świadomość, że on tam gdzieś jest. Bo przecież często jest tak, że trupy pojawiają się na ekranie, podobnie jak w komiksie, rzadziej niż byśmy tego chcieli. W jednym z odcinków naliczyć można aż dwóch umarlaków, pojawiających się tylko na chwilę.

The Walking Dead Season 2

I tutaj trzeba koniecznie podkreślić, że „Żywe trupy”, zarówno w wersji komiksowej jak i serialowej, to coś więcej niż horror. Bez wątpienia bliżej mu do dramatu, ale nie takiego wyciskającego łzy, tylko przygnębiającego. Co prawda sam komiks jest o wiele bardziej dołujący, atmosfera jest tam o wiele gęstsza i mroczniejsza, ale serial potrafi się pod tym względem obronić. Fakt, że potrafi dostarczyć przyzwoitej rozrywki, głównie poprzez wyśmienite efekty gore, ale poza tym nie jest sielankowo. Kolorowy świat serialu Darabonta jest nie mniej poważny niż czarno-białe karty komiksu Kirkmana. To naprawdę udana ekranizacja.

Ostatnio dodane