Artykuł

PRZEMINIE z WIATRAMI, czyli historia PIERDZENIA w światowym kinie

Autor: Przemysław Mudlaff
opublikowano

Chociaż zjawisko to dotyczy nas wszystkich, przypisuje się je zazwyczaj społecznemu marginesowi oraz nieświadomym braku taktu dzieciom. Bezecne, niechlujne i nieprzystojne jest już samo wspomnienie o nim w towarzystwie. Rumienią się bowiem wtedy piękne panie w eleganckich toaletach oraz marszczą się w zakłopotaniu brwi ich dzielnych mężów. Tymczasem forma tegoż zjawiska jest ulotna niczym motyl drobny lub dmuchawiec na wietrze, subtelna niby skrzek traszki, choć czasami również doniosła jak wystrzał armatni. Jego woń budzi w pamięci papusianą niedawno strawę. Po hiszpańsku mówi się o tym pedo, Włosi nazywają je scoreggia, Niemcy – furzen, Anglicy – fart, a Japończycy – onara. Pierdzenie – bo o tym traktuje ten tekst – to czynność zrównująca ludzi różnych statusów materialnych, wszystkich płci, poglądów i narodów świata. Poza niezdrową płochliwością pierd może być przecież powodem do śmiechu i żartów. Ktoś zgodzi się pewnie i powie: owszem, ale chyba wśród półgłówków. A ja wówczas zapytam: czy ludźmi niezbyt rozgarniętymi byli zatem Dante Alighieri, Jonathan Swift lub William Szekspir, którzy poświęcili w swej twórczości odrobinę miejsca gazom jelitowym? Czy półgłówkiem nazwalibyśmy któregoś z mistrzów kina – Ingmara Bergmana, Federica Felliniego czy Yasujirō Ozu?

Wydawać by się mogło, że odgłosy towarzyszące puszczaniu bąków w filmie zarezerwowała sobie współczesna komedia, głównie ta amerykańska. Rzeczywiście, mniej więcej od połowy lat 90. XX wieku mamy do czynienia z ogromną liczbą pierdów w produkcjach tego gatunku. Chociaż we wstępie przedstawiłem nieco zawoalowaną wersję słynnej sentencji Terencjusza Homo sum, humani nihil a me alienum puto, to przyznaję, że prukanie w kinie powinno jednak mieć jakieś granice. Okazuje się bowiem, że wykorzystywanie omawianego motywu na dużym ekranie ma całkiem bogatą, szlachetną i burzliwą tradycję, a sprowadzenie jej wyłącznie do wulgarnego żartu świadczy o poważnym obniżeniu lotów współczesnych filmów komediowych. Puszczanie bąków może przecież coś znaczyć, o czymś i o kimś przypominać, stanowić sposób na przełamanie komunikacyjnych lodów zarówno z drugim człowiekiem, jak i z inną istotą. Zanim przejdę do konkretnych przykładów, pragnę nadmienić, że niczego z tego, co tu zaraz przeczytacie (jeśli w ogóle macie zamiar w to brnąć), nie wyssałem sobie z palca, a filmy, które przytoczę, rzeczywiście zawierają elementy skatologiczne.

Śmiałe i mniej śmiałe początki pierdzącego kina

Pierdząca działalność Le Pétomane'a wywarła niemały wpływ na kilku późniejszych reżyserów.

Tradycja puszczania bąków utrwalonych na taśmie filmowej sięga praktycznie samych początków kina. Wszystko zaczęło się bowiem w 1900 roku podczas Powszechnej Wystawy Światowej w Paryżu od występu niejakiego Josepha Pujola vel Le Pétomane’a, co możemy przetłumaczyć jako: „Pierdziel”. Le Pétomane był niezwykle popularną paryską personą. Za swoje show, na które składały się między innymi wygrywanie dźwięków „Marsylianki” wyłącznie przy pomocy mięśni odbytu lub gaszenie pierdnięciem znacznie oddalonej od niego świecy, inkasował ponad dwa razy więcej pieniędzy aniżeli najsłynniejsza ówczesna francuska aktorka teatralna – Sarah Bernhardt. Jednym z wielkich fanów Pujola był Thomas Edison, który dzięki swoim wynalazkom zapisał część występu flatulisty. Działalność Le Pétomane’a wywarła niemały wpływ na kilku późniejszych reżyserów, dlatego pseudonim (f)artystyczny Pujola jeszcze w niniejszym tekście powróci.

Kolejne skatologiczne żarty w światowym kinie pojawiały się raczej sporadycznie, chociaż wydawać by się mogło, że wprowadzenie dźwięku powinno sprzyjać ich rozprzestrzenianiu się. Najprawdopodobniej najstarszy odnotowany w pełnym metrażu dowcip flatulistyczny nie niósł jednak za sobą charakterystycznego odgłosu, lecz ograniczał się wyłącznie do krótkiego dialogu na temat gazów. Mowa tu o komedii sportowej Końskie pióra (1932) w reżyserii Normana Z. McLeoda z braćmi Marx w rolach głównych. W jednej ze scen filmu rozgrywającej się na wodzie odpoczywający w canoe profesor Wagstaff (Groucho Marx) pyta siedzącej po drugiej stronie łodzi Eleanor (Thelma Todd), czy odczuła „to” aż stamtąd, na co ta odpowiada, że profesor jest kapryśny. Następnie bohaterka słyszy, że Wagstaff ma tak zawsze po rzodkiewkach.

Kolejnym przykładem użycia treści skatologicznych był – jak określił go amerykański znawca Bliskiego Wschodu, Jack Shaheen – jeden z najbardziej stereotypowych filmów, jakie kiedykolwiek powstały w Hollywood, czyli Droga do Maroka (1942) autorstwa Davida Butlera. Jest tam motyw chęci ośmieszenia i upokorzenia szejka w celu odbicia kobiety. Postać odgrywana przez Boba Hope’a wpada na pomysł stworzenia swoistego prototypu poduszki-pierdziuszki, która pod ciężarem szejka wydaje wstydliwy dźwięk ku zdziwieniu i uciesze gawiedzi.

Wiatry z Dalekiego Wschodu

Przejdźmy jednak do zdecydowanie bardziej ambitnego wykorzystania nieobyczajnych dźwięków towarzyszących puszczaniu wiatrów w filmach. Pierwszym reżyserem, który w motywie flatulistycznym zauważył nie tylko sposób na żart, ale coś znacznie więcej, był Yasujirō Ozu. Japoński mistrz był reżyserem subtelnym, dyskretnym i eleganckim. Głównymi tematami jego twórczości były dom, rodzina oraz przede wszystkim zmiany pokoleniowe i kulturowe w Japonii. Ozu był niezwykłym obserwatorem, reżyserem humanistycznym bez skłonności do osądzania i oceniania, chociaż większość jego dzieł pozostawia odbiorcę z gorzkim przesłaniem. Dzień dobry z 1959 roku nie jest, co prawda, najważniejszym ani najbardziej reprezentatywnym filmem w twórczości Japończyka, ale trudno w jego reżyserskim dorobku o obraz bardziej uroczy. Chociaż Dzień dobry skupia się na losach wielu osób zamieszkujących osiedle na przedmieściach Tokio, to jego najważniejszymi bohaterami jest dwójka dzieci – braci, którzy swoim milczącym strajkiem wprowadzają niemały zamęt w sąsiedztwie. Powodem buntu chłopców jest rodzicielska odmowa zakupu telewizora, dzięki któremu mogliby oglądać walki sumo.

W Dzień dobry puszczanie bąków jest sposobem na komunikację międzyludzką.

Ozu przypatruje się lokalnej wschodniej społeczności, która niepostrzeżenie dla siebie przyswaja kulturę i technologię Zachodu. Przypomnę tylko, że Japonia po podpisaniu aktu kapitulacji aż do 1952 roku była pod okupacją wojsk sojuszniczych, na czele których stał głównodowodzący z USA. Amerykanie na mnóstwo (często dość przebiegłych) sposobów starali się przekonać Japończyków do zachodniej kultury, zwyczajów, rozwiązań. Druga połowa lat 50. XX wieku w Kraju Kwitnącej Wiśni była okresem technologicznego boomu. Tematy te znajdują odzwierciedlenie w twórczości autora Tokijskiej opowieści (1953). Ozu w Dzień dobry skupia się również na języku i sposobach komunikacji międzyludzkiej. Japoński mistrz zauważa, jak może zmienić się znaczenie i rola wypowiadanych przez dorosłych słów. Ich dialogi wypełniają przestrzeń, ale tak naprawdę są jałowe, puste. Tymczasem pozornie bezsensowne sposoby komunikacji, jak rozmowa o pogodzie pomiędzy parą zakochanych, „I love you” wymawiane co rusz przez jednego z chłopców czy wreszcie odgłosy puszczanych bąków znaczą zdecydowanie więcej. Wystarczy tylko odrobina skupienia, zadumy, uwagi i pumeksu (ponoć powoduje, że pierd staje się głośniejszy), aby zrozumieć, że postaci komunikujące się w taki sposób są ofiarami językowej pustki. Pierdy w Dzień dobry to dźwięki instrumentów w różnych rejestrach. Zależy to bowiem od osoby, która puszcza bąka. Inny będzie jego dźwięk, kiedy robi to dziecko, inny, kiedy dorosły. Stanowi to oczywiście o subtelności poczucia humoru Ozu.

Ostatnio dodane