Artykuł

OBLICZA KINOWEJ MAGII

Autor: Bartosz Czartoryski
opublikowano

Oblilcza kinowej magii

Fantastyka długie lata zamknięta była pomiędzy okładkami książek, bo jakie inne medium mogło dorównać wyobraźni? Dopiero cyfrowa rewolucja przyniosła opowieściom spod znaku miecza i magicznej różdżki należytą oprawę – już w kinie. Tym samym fantasy wyzwoliło się z papierowych okowów. Narnia, Śródziemie i inne baśniowe krainy ożyły – lśnią zielenią, obsypane kwieciem, w blasku kryształowej kuli kokietują gałki oczne zapatrzonego w ekran, rozłożonego wygodnie w fotelu widza. Większość realizowanych obecnie widowisk fantastycznych reprezentuje nurt fantasy klasycznej, w której rzadko odbijają się wszystkie twarze magii. Przyjrzyjmy się więc, czym raczą nas specjaliści od fantastyki i wybierzmy się na wycieczkę po księdze zaklęć z napisem „kino”…

Magia krwawa

Wszak czary to nie tylko króliki z kapelusza, talie kart z rękawa, względnie ogniste kule i rozstępujące się morskie fale. Magia ma swoją mroczną stronę! Julian Sands w filmie Czarnoksiężnik (1989) mieszał makabrę z radosną inwencją twórczą doświadczonego czarownika, czego skutkiem zaklęcia tak samo straszne, jak i kuriozalne. Geriatryczne uroki, palce miotające płomienie, wreszcie – tytułowy syn diabła przemierzający niebo niczym linoskoczek po wypiciu Red Bulla. Film od początku planowany był przez Steve’a Minera, reżysera horrorów takich jak Piątek Trzynastego II/III oraz Dom, jako połączenie filmu akcji, komedii i grozy. Aspekt komiczny, zapewne niezamierzenie, podkreślają dodatkowo archaiczne efekty specjalne, które widzowi XXI wieku wydadzą się wyciętą z kolorowego papieru tandetą. Nie inaczej było w starszym o osiem lat Władcy Życzeń (1997), gdzie czarami władał potężny dżin, którego rasie sam Bóg nadał moc równą aniołom i diabłom. Z natury będąc stworzeniem złośliwym, dżin wszelakie życzenia wywraca na nicę, dobrze się przy tym bawiąc – a co za tym idzie, i widz zakochany w makabrze nacieszy swoje oczy. A do zagłady świata przecież i tak nie dojdzie, siedząc przed telewizorem można w kącie postawić strach – przecież nawet najstraszniejszą magię zwycięży szary człowiek z codziennymi problemami na głowie. Tak widzu, o Tobie mowa.

Czarnoksiężnik  Władca Życzeń

Magia akademicka

Czy trzeba być potomkiem szatana albo starożytnym demonem, by narodzić się z magią w sercu? Niekoniecznie – wystarczy spędzić długie godziny ślęcząc nad odpowiednimi książkami, a w przerwach między lekcjami stawić czoła stworom różnorakim. Swojego czasu zarówno Harry Potter jak i Percy Jackson musieli nieźle się namęczyć, pierwszy na magicznej uczelni Hogwarcie, drugi w szkole dla olimpijskich herosów. A i zapewne Dave Stutler z Ucznia czarnoksiężnika (2010) nie będzie miał łatwego życia u boku swojego mentora, Nicolasa Cage’a. Skierowana nie w tę stronę co potrzeba różdżka, nieopatrznie wypowiedziane słowo, zła intonacja – i katastrofa gotowa. Za to na końcu drogi czeka upragniona chwała, czego dowiódł Sam Neill jako Merlin (1998). Zaś jego czary, wykreowane przez studio Jima Hensona, cieszyły i oko, i ducha. Ucz się więc ucz, bo nauka to do magii klucz.

Uczeń czarnoksiężnika  Merlin

Magia miłości

Niby najbardziej naturalny rodzaj magii, a jednocześnie zadziwiająco trudny. Może nawet zabójczy. W Totalnej magii (1998) antidotum na miłość była śmierć wielbionej osoby, więc uciekać się trzeba było wiedźmom z rodziny Owensów do zaklęć, które miały pomóc w nie-kochaniu. Klątwa ciążąca na kobietach z tego rodu nie mogła zwyciężyć jednak z prawdziwym uczuciem. Za to inne wiedźmy, Czarownice z Eastwick (1987), w magii odnalazły ekstazę i kobiecą seksualność, fizyczną miłość do swojego nowego „ja”, którym obdarował je… sam szatan. Miłość diabelską domeną nigdy nie była, więc i z przyjaźnią trzech kobiet, mimo swych mocy, nawet Lucyfer poradzić sobie nie mógł. A skoro już przy wiedźmach i miłości jesteśmy, grzechem i występkiem byłoby nie wspomnieć o paskudnych staruchach, wywiedzionych z prozy Roalda Dahla, o Wiedźmach (1990), miłości w nich było bowiem pod dostatkiem. Tyle, że potworne babsztyle ukochały sobie krzywdę małych dzieci.

Czarownice z Eastwick  Totalna magia

Magia technologiczna

Czasem czarowaniu trzeba trochę dopomóc. Od początku swojej kariery robi tak Tim Burton, który Edwardowi Nożycorękiemu (1990) zgotował smutny w gruncie rzeczy los. Istotę na wskroś magiczną, choć stworzoną ludzką ręką, śrubokrętem i młotkiem, wrzuca na bruk chodników amerykańskiego przedmieścia. Reżyser stawia tym samym tezę, że kolory magii do szarości świata pasują jak pięść do nosa. Smutny wniosek, lecz jak klockowaty, obity sidingiem domek może konkurować z pięknem gotyckiej posiadłości, wyciągniętej niczym z romantycznej powieści? Za to w świecie Złotego kompasu (2007) w ogóle nie ma mowy o czarowaniu bez pomocy techniki. Podróże między światami umożliwia tytułowy artefakt, a wiedźmy nie wzbiją się w powietrze bez wiernych mioteł. Żaden to wstyd, skoro nawet sam Gandalf Szary potrzebował swej różdżki, by rzucić co potężniejsze zaklęcie.

Edwardow Nożycoręki  Złoty kompas

Magia tradycyjna

I wreszcie – czarowanie od pokoleń, w światach, gdzie magia przenika każde żywe stworzenie od stóp do głów. Opowieści z Narnii (2005) czy też Władca pierścieni (2001-2003) to przykłady najbardziej oczywiste, choć w uniwersum filmu fantastycznego istnieje przecież bez liku tytułów, w których zaklęcia i uroki są tak samo normalne, jak śniadaniowe płatki. Szkoda też by było na zawsze wyrzucić z pamięci nieco zapomnianego już Willowa (1988), gdzie mały człowieczek podejmuje walkę z magicznym reżimem. Nadal zachwycić mogą też Niekończąca się opowieść (1984) czy Legenda (1985), na których wychowało się przecież obecne pokolenie trzydziestolatków.

Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa  Willow

I być może w magii w dużej mierze chodzi o sentyment. Kinowy czar starszych produkcji nierzadko pryska po ponownym zderzeniu z widzem po dziesięciu czy dwudziestu latach. Zapewne podobnie będzie i z wielkimi blockbusterami, które nawiedzają ekrany regularnie, każdego roku, teraz dodatkowo wyposażone w technologię trójwymiarową. Nieważne jednak, jak bardzo ich wizualna magia przebrzmi, nadal istnieć będzie pamięć o pierwszym, zaczarowanym, seansie.

Tekst z achiwum film.org.pl (27.07.2010)

Ostatnio dodane