Artykuł

Niedaleko pada DRIVE od DRIVERA. Małomówni KIEROWCY ZNIKĄD

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Kultowy film pod lekką warstwą kurzu

W 1978 roku początkujący reżyser Walter Hill (48 godzin, Wojownicy), będący świeżo po dobrze przyjętym debiucie Hard Times z Charlesem Bronsonem i Jamesem Coburnem, wykorzystując doświadczenie zdobyte m.in. jako asystent reżysera przy słynnym filmie Bullitt z 1968 roku, daje światu Drivera – film uważany dziś za krok milowy gatunku kina samochodowego oraz pozycję – w najlepszym znaczeniu tego słowa – klasyczną. Hill nie zdawał sobie zapewne sprawy, że swoim zaledwie drugim filmem w karierze wyleje fundament pod zupełnie nowy typ filmowego outsidera. Stworzony przez niego archetyp bezimiennego, małomównego kierowcy znikąd to wciąż nie wszystko; reżyser dał mu też do rąk specyficzny fach – świadczenie specyficznych usług „taksówkarskich” różnym szemranym typkom, która to profesja, podobnie jak permanentne problemy z policją, będzie z tym rodzajem bohatera nierozerwalnie związana już na zawsze. I tak jak rewolwerowy pojedynek oraz odjazd na koniu w stronę zachodzącego słońca definiował najsłynniejszych westernowych jeźdźców znikąd, tak Hill dał swojemu uwspółcześnionemu samotnikowi wyjętemu spod prawa konie mechaniczne, a zakurzoną prerię zastąpił skąpanymi w świetle, nocnymi ulicami wielkich miast.

W tytułowego kierowcę wcielił się Ryan O’Neal, będący w latach 70. ubiegłego stulecia dość wysoko w aktorskiej drabince fabryki snów (nominacja do Oscara za pierwszy plan w Love Story z 1970 roku, do Złotego Globu za Papierowy księżyc z 1973 oraz główna rola w Barrym Lyndonie Stanleya Kubricka z 1975 roku). Casting był trafiony w dziesiątkę. Kierowca o wzbudzającym zaufanie obliczu O’Neala to małomówny (na ekranie wypowiada zaledwie 350 słów), tajemniczy (anty)bohater, który po przemoc sięga tylko w ostateczności, zawsze honorowo, ale zdecydowanie, niczym wprawny rewolwerowiec, kowboj – jak jest zresztą przez policję nazywany. Mimo parania się przestępczą działalnością wzbudza niekłamaną sympatię i ciekawość widzów oraz podziw dla jego technicznych umiejętności, spokoju i opanowania. W opozycji do jego poczynań stoi antypatyczny i zawzięty, w gorącej wodzie kąpany szeryf, w którego wcielił się Bruce Dern i którego – mimo że stoi na straży prawa – średnio da się lubić.

Film Waltera Hilla – mimo stosunkowo krótkiego czasu trwania, bo liczy zaledwie kanoniczne 90 minut (istnieje także wersja reżyserska, dłuższa o blisko 40 minut) – cechowało niespieszne tempo, a pełnokrwiste pościgi samochodowe dostaliśmy zaledwie dwa, na początku i na końcu filmu; w środku seansu była jeszcze dynamiczna sekwencja pokazowego zdemolowania klasycznego mercedesa na podziemnym parkingu. Mimo mało dynamicznej akcji, w dodatku tak oszczędnie dawkowanej, Drivera ogląda się znakomicie nawet dziś. Czując lekki dreszczyk emocji, kibicujemy głównemu bohaterowi w jego zabawie w kotka i myszkę z policją, a dwa wspomniane pościgi, sfilmowane niezwykle dynamicznie i widowiskowo, stanowią przysłowiową wisienkę na torcie.

Słychać ryk silników, czuć tempo mknących ulicami aut, a dramaturgia widowiska stoi na wysokim poziomie. Nawet zestawiając sekwencje pościgowe ze współczesnymi produkcjami w stylu Szybkich i wściekłych czy Need For Speed, z dzisiejszą fantazyjnością i różnorodnością ujęć kamer oraz tempem montażu, należy stwierdzić, że klasyk Waltera Hilla nie tylko oparł się upływowi czasu, ale może pod względem energii i tempa sekwencji pościgowych śmiało konkurować z efekciarstwem XXI wieku. Reasumując, film, mimo czterdziestki na karku, wciąż wygląda młodo, plecy go nie bolą i ogólnie trzyma się bardzo dobrze. Należy jeszcze wspomnieć o innych jego gwiazdach, czyli wykorzystanych na planie samochodach. W Driverze tytułowy bohater siedzi za kółkiem m.in. forda galaxie 500 rocznik 1974, mercedesa 280 S rocznik 1970, pontiaca firebirda rocznik 1977 oraz chevroleta C-10.

Do roli kierowcy przymierzany był Steve McQueen, pod którego zresztą Walter Hill pisał scenariusz. Aktor nie był jednak zainteresowany kolejnym filmem, w którym miałby brać udział w pościgach samochodowych (Bullitt, Le Mans). Pod uwagę brani też byli Sylvester Stallone (z którym Walter Hill spotka się na planie dopiero w 2012 roku) i Charles Bronson; ten pierwszy wybrał jednak plan F.I.S.T. (dziś raczej mało znany film), drugi poróżnił się z reżyserem, który w montażu ograniczył jego rolę we wspomnianym debiucie Hard Times. Ryan O’Neal, mimo wspomnianych nagród i nominacji, nie był wówczas taką gwiazdą czy gwarantem sukcesu komercyjnego jak wyżej wymienieni, co uważa się za jedną z przyczyn finansowej porażki filmu Waltera Hilla. Widzowie, spodziewając się, sądząc po tytule, prostego filmu akcji wypełnionego pościgami samochodowymi, dostali coś idącego bardziej w kierunku klimatycznego kryminału noir, z aspiracjami bycia czymś więcej niż szeregowym akcyjniakiem.

Jakość nie bierze się znikąd

Historia z Drivera, oparta na postaci tajemniczego kierowcy będącego na bakier z prawem, nie była całkowicie autorską wizją Waltera Hilla. Jego film, choć wywarł ogromny wpływ na kolejne pokolenia reżyserów (o czym za chwilę), sam zaczerpnął to i owo z dokonań kolegów po reżyserskim fachu. Duchowym ojcem kierowcy Ryana O’Neala był bez wątpienia Kowalski z kultowego Znikającego punktu z 1971 roku. Tym, co odróżniało Kowalskiego od bohatera filmu Waltera Hilla, był oczywiście fakt, że nie świadczył on usług żadnym szemranym typom, a stróżom prawa naraził się w pełni świadomie, jakby miał w planach ściągnięcie na siebie pościgu. Kowalski to kontynuacja etosu Easy Ridera z 1969 roku, ale w krążowniku szos miast na Harleyu; outsider zasilany zewem wolności i zakupioną przed wyruszeniem w trasę kokainą kończy swoją ucieczkę do wolności równie tragicznie, co jego duchowi protoplaści z filmu Dennisa Hoppera.

Jednak jeśli spojrzymy, z pominięciem fabuły, na sylwetkę samego (anty)bohatera filmu z 1971 roku, to właśnie on jest w dużej mierze prekursorem małomównego, samotnego kierowcy z tajemniczą przeszłością, precyzyjnego i pewnego siebie za kierownicą, dla którego umykanie policji to bardziej dobra zabawa niż szczególnie duże wyzwanie. Nie jest on w żadnych wypadku przesiąkniętym złem przestępcą, a raczej jednostką będącą na bakier z prawem (jego niechęć do policji wyjaśnia jedna z retrospekcji), jedną nogą stojącą wciąż stabilnie po stronie dobra. Kowalski to outsider, który prawdziwe szczęście i poczucie wolności odnajduje jedynie za kierownicą samochodu z potężnym silnikiem (tu dodge challender R/T rocznik 1970), który czuje, że żyje, gdy we wstecznym lusterku widzi podążający za nim policyjny pościg. Zanim Walter Hill nakręci swojego Kierowcę, Hollywood zdąży jeszcze przemielić noszącą dramatyczny rys postać przez maszynkę do wyrobu kina rozrywkowego, w roku 1977 dając światu przebojowy, komediowo-sensacyjny hit pod tytułem Mistrz kierownicy ucieka.

Wpływ na tonację Drivera Waltera Hilla miał też francuski Samuraj z 1967 Jeana-Pierre’a Melville’a z Alainem Delonem w roli głównej. Bohater kreowany przez Delona i owszem, kradnie kilka razy samochód, ale to jego charakter, wyciszony sposób bycia, zimna kalkulacja, pozostawanie w cieniu itd. zostały zapożyczone do stworzenia kierowcy Ryana O’Neala. Alain Delon jako płatny zabójca był samotnikiem mieszkającym w ascetycznie urządzonym mieszkaniu, które mogłoby śmiało ilustrować tezę postawioną w Gorączce Michaela Manna: „Nie przywiązuj się do niczego, czego w razie wpadki nie będziesz mógł w ciągu 30 sekund na zawsze zostawić….

Wszystkie wymienione cechy postaci oraz częściowo także przebieg fabuły Samuraja znajdują swoje odzwierciedlenie w Driverze. Bohater Ryana O’Neala, co oczywiste posiada większość cech charakteru postaci Delona, do tego także pomieszkuje w pustym pokoju pozbawionym czegokolwiek, co świadczyłoby o ustatkowanym życiu. Osią fabularną filmu Melville’a jest motyw piosenkarki, która mimo poznania twarzy zabójcy nie wydaje go policji podczas identyfikacji. Film Waltera Hilla także rozpoczyna się od odmówienia przez kobietę wskazania Ryana O’Neala jako wytypowanego przez policję kierowcy pomagającego złodziejom, z tą jedynie różnicą, że u Hilla pobudki kobiety mają inne podłoże.

Można też założyć, że Walter Hill widział w 1974 roku słynny film H.B. Halickiego pod tytułem Gone in 60 second. W trwającej 40 minut (podobno to najdłuższy filmowy pościg) pogoni policji za fordem mustangiem rocznik 1971, prowadzonym przez samego reżysera-kaskadera, Halicki był równie chłodno kalkulującym, milczącym, opanowanym kierowcą skupionym w stu procentach na precyzyjnej i efektywnej jeździe, jak za kilka lat będzie Ryan O’Neal.

Driver zdecydowanie mniej zaczerpnął z klasyki, niż przekazał popkulturze, przede wszystkim oczywiście X muzie. Na podstawie filmu Waltera Hilla powstała słynna gra Driver na komputery PC. W grze z 1999 roku nie tylko wykonywało się zlecenia za kierownicą amerykańskich pony car i muscle car oraz innych aut, były tam też do wykonania zadania testowe na podobieństwo sceny demolki mercedesa na parkingu, gdzie trzeba było na czas rozwalić skutecznie samochód. Co istotne, głównym bohaterem gry nie był już będący na bakier z prawem tajemniczy kierowca, lecz policjant działający pod przykrywką, rozpracowujący szajkę złodziei aut. Niestety mało grałem w tę grę, gdyż na moim PC 486 (a gra wymagała już procesora Pentium) chodziła skokowo nawet przy ograniczeniu detali do minimum, moje auto nie miało więc ani lusterek, ani nawet kół, a i tak gra przypominała bardziej pokaz slajdów niż płynną jazdę. Echa może już nie tyle Drivera Waltera Hilla, co właśnie gry powstałej na jego bazie, pobrzmiewają też w innych tytułach branży komputerowej, jak w cyklu Grand Theft Auto czy Burnout Paradise. Ok, trochę pograliśmy, a teraz już wracamy do filmów.

Ostatnio dodane