Artykuł

EFEKTY SPECJALNE, których NIE WIDAĆ

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Tekst z archiwum film.org.pl (04.12.2009).

Koleżanka była na 2012. Pytam więc o wrażenia z seansu – „ale fajne efekty!”. No dobra… Wciskam kumplowi Star Treka AD 2009. Krzywi się, bo nie lubi tego teatru telewizji, ale po obejrzeniu zachwycony coś tam nawija o „zajebistych efektach”. Zaczynam mieć wątpliwości, czy widzieliśmy to samo, bo ja zobaczyłem świetny kawał kina SF i nie zauważyłem, żeby Uhurę grała pani animacja, a Kirka pan render. W necie pojawiają się pierwsze opinie o najnowszej zabawce Zemeckisa Opowieść wigilijna. Co jest podkreślone drukiem tłustym jak dupsko Shermana Klumpa? Efekty… Zacytuję miażdżącą puentę syna Adasia Miauczyńskiego z Nic śmiesznego: „i tak, kurwa, do zajebania!”. Efektowo.

Kiedyś efekty nazywano „specjalnymi”, bo rzeczywiście takimi były. Tę dumną nazwę nosiły wszystkie ujęcia, które poddano jakiejkolwiek manipulacji optycznej, animatronicznej bądź cyfrowej. Nie stosowano ich zbyt często, nie epatowano, były rodzynkami w filmowym cieście, nawet kiedy poziomem spadały niebezpiecznie blisko Eda Wooda. Były „specjalne”. Po amerykańsku nazywano je „special visual effects”, bo równolegle istniały „special sound effects”. Ale specjalna obróbka dźwięku szybko stała się mało zauważalnym standardem, który już nie musiał być „special”. A efekty na obrazie jeszcze długo były. W ostatnich latach coraz częściej na listach płac i plakatach można zauważyć skróconą formę „visual effects”, ale dla wyrównania wrażenia połączoną z formułką „and digital animation”. Dobrze, że nie „special digital animation”… Ale po naszemu to nadal „efekty specjalne”, albo w skrócie „efekty”, bo żaden normalny widz nie nauczy się odróżniać i nazywać jak bozia przykazała efektów wizualnych, animatronicznych, czy wreszcie adekwatnie nazywanych „efektami specjalnymi” atrakcji typu pirotechnika albo przesuwne dekoracje. Tak samo, jak nigdy nie wytłumaczy się widzowi, że „doskonałe zdjęcia” to nie sfilmowany zachód słońca, tylko światłocień podczas pacyfikacji podgórskiego getta w czarno-białej Liście Schindlera.

Obejrzałem Star Treka J.J. Abramsa. Zacne kino SF, momentami nawet wielkie. Tylko że ja tam nie widziałem żadnych „efektów”. Serio. Cyfrowo wykreowany kosmos plus niezliczone dodatki, manipulacje i nakładki w ujęciach aktorskich przestały nieść ze sobą walor „specjalności”. I wcale nie chodzi o to, że czegoś im brakowało, albo że było ich za dużo i przesłaniały swoim wypasem czynnik ludzki. Sprawa jest prosta jak fabuła Robocopa. Otóż Star Trek jest widowiskiem, które bez efektów nie miałoby racji bytu. Zatrudnienie macherów cyfrowej iluzji było sprawą tak oczywistą, jak wypożyczenie od Panavision kamer do rejestracji zdjęć. Ich praca nie była „special”, nie była dodatkiem. Była kluczowa i niosła ze sobą możliwości, które włączano do produkcji wtedy, gdy sposoby wyciśnięcia obrazu z tradycyjnej kamery się kończyły. Efekty wizualne przepoczwarzyły się w zwykłe narzędzie kinematograficzne. Urok „efektu” polega na tym, że ma działać krótko, lecz skutecznie; kiedy działa długo, to przestaje być „efektem”, a staje się metodą. Tym sposobem twórcy Star Treka powiedzieli: „przestańcie się gapić na cyfrowego Enterprise’a, bo innego i tak nie mamy – lepiej zajmijcie się walką Kirka z Nero, bo o to tu chodzi”. Ale przyznam się, że jedno zrobiło na mnie wrażenie – niespotykana wcześniej (no, może oprócz Wall-E) dbałość o odtworzenie realizmu pracy kamery w ujęciach CGI. Flary, szybkie zoomy, drgania, a nawet drobiny kurzu na wirtualnym obiektywie perfekcyjnie symulowały prawdziwe kręcenie filmu w kosmosie.

Przykład z drugiego bieguna, czyli David Fincher. Nie licząc Obcego 3, oswajał on CGI dość efekciarsko w Podziemnym kręgu i Azylu. Wirtualna kamera lecąca w koszu między śmieciami i włażąca w dziurki od klucza to były prawdziwie „specjalne” dodatki, których było mnóstwo nawet w Ally McBeal czy Dr House. Ale potem Fincher najwyraźniej doszedł do wniosku, że cyfrowe dobrodziejstwa można potraktować bardziej twórczo. Swego czasu trochę szumu narobił filmik na YouTube, zawierający przykłady cyfrowych manipulacji w Zodiacu. Tutaj wrażenie było odwrócone, bo klip ujawniał coś, czego w filmie absolutnie nie widać, czyli „efekty specjalne”. Wielu zastanawiało się, po jaką cholerę Fincher tyle razy korzystał z niebieskiego ekranu i renderowanych elementów kadru, by w rezultacie uzyskać coś, co przecież można nakręcić konwencjonalnie. Można, można, tylko po co? Jesteśmy w takim punkcie rozwoju techniki trikowej (ale oldskulowa nazwa…), że z powodzeniem można cyfrą zastępować wybrane elementy rzeczywistości choćby po to, by niepotrzebnie nie jeździć w plener, lub nie budować kompletnych dekoracji.

Ostatnio dodane