Artykuł

Czy reboot SZCZĘK ma sens? Refleksje o serii po 45 latach od premiery thrillera doskonałego

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Kontrowersje

Wystająca płetwa grzbietowa to dziś symbol wodnego terroru. To przyczynek do wzięcia nóg za pas, jeśli właśnie przebywa się w wodzie, lub zastygnięcia w fotelu podczas seansu filmu. To sygnał, że za moment wydarzy się coś niedobrego. Rekiny to ryby, które żyją na tym świecie od kilku tysięcy lat. Są bardzo dobrze wyspecjalizowanymi drapieżnikami, niejako stworzonymi do zabijania. Specjaliści pozostają jednak zgodni co tego, że człowiek nie należy do ich przysmaków. Jeśli rekin atakuje człowieka, to robi to albo przez pomyłkę, zwabiony energicznymi ruchami przypominającymi ruchy foki, albo po prostu z ciekawości – w celu przekonania się, jak smakuje mięso człowieka. Jest, rzecz jasna, jeszcze jeden powód – głód, ale to okoliczności, w których niebezpieczne staje się każde zwierzę.

Skąd zatem przekonanie o tym, że rekiny są niebezpieczne dla człowieka? Jak już wspomniałem, scenariusz ten napisało samo życie. Wypadałoby się cofnąć aż do roku 1916, gdy w na wschodnim wybrzeżu USA po raz pierwszy zaczęło się plażowanie. A to wiązało się z pojawieniem się w wodzie nowego przysmaku dla przebywających w wodach Pacyfiku żarłaczy białych. Z początku nikt nie chciał wierzyć w to, że ryba może zaatakować człowieka. Gdy jednak zaczęły pojawiać się pierwsze ofiary, gdy przyczyna śmierci wiązała się z wykrwawieniem po utracie dolnej kończyny, żarty się skończyły. Od tamtej pory żarłaczowi białemu przypięta została łatka ludojada.

W czym zatem tkwią zasugerowane przez mnie kontrowersje? Otóż wielu ludzi wciąż uważa, że Steven Spielberg swoimi Szczękami przyczynił się do powołania kulturowego mitu rekina, bezwzględnego zabójcy, który w wodzie połknie w całości wszystko, na co natrafi. A na skutek tego, na skutek rozpowszechnionego lęku w stosunku do rekinów, zaczęto urządzać na te zwierzęta polowania. Przyjaciele zwierząt mają więc trochę racji, mówiąc, że Spielberg ma na swych rękach krew niewinnych istot, padających ofiarom tych, którzy, jak w filmie, zabili zwierzynę i wystawili ją ku uciesze gawiedzi, szerząc przekonanie, że wody już są bezpieczne. Zapomina się jednak o tym, jak już nakreśliłem wyżej i jak opowiada w filmie sam bohater, że najpewniej to nie człowiek rozpoczął tę wojnę. Zrobiło to zwierzę, które wiele lat temu, skuszone perspektywą łatwego kąska, trwale zakorzeniło w nas strach przed wejściem do niestrzeżonej słonej wody, przed wystającą płetwą grzbietową należącą do tajemniczego potwora szykującego się do ataku.

Co się udało?

Udaną demonstracją tego właśnie strachu są Szczęki. Dziś nie wiele osób pamięta, że hit z 1975 roku natrafił na liczne problemy realizacyjne. Kilkukrotnie zmieniano scenariusz, panował strajk związków zawodowych aktorów, a mechaniczny rekin się zacinał. Cóż z tego, jeśli w rezultacie, w tych ewidentnych bólach, zdołano powołać do życia arcydzieło? Główną zasługę Spielberga upatruje w perfekcyjnym stopniowaniu napięcia. To jeden z podręcznikowych przykładów tego, jak powinno się widza „wkręcać” w historię, oddziałując tajemnicą, zaskoczeniem i dosadnością. Podczas gdy rekin po raz pierwszy „wita” się z Brodym, a ten kwituje to potrzebą znalezienia większej łodzi, mówimy już o momencie następującym grubo po połowie filmu. Spielberg nie spieszył się z zademonstrowaniem widowni rekina, postawił na subiektywny punkt widzenia, bo raz, że okazało się to rozwiązaniem nieporównanie tańszym w realizacji, a dwa, w ten sposób dano do zrozumienia, że groza jest bardzo blisko, acz póki co nie ma twarzy. Czerpiąc najlepsze wzorce od Hitchcocka, wykorzystując m.in. słynny efekt vertigo, zdołano wkręcić widza w spiralę strachu. Wyprawa na łowy staje się momentem kulminacyjnym, niejako wyczekiwanym przez cały seans, a jej finalizacja dostarcza widzowi sporo satysfakcji i oczyszczenia.

Osobny akapit o muzyce, bo wypada. Nie da się mówić zaletach Szczęk bez przytoczenia nazwiska Johna Williamsa.

Inne zalety? Prócz wysokiej klasy aspektów technicznych, jak montaż, dźwięk i zdjęcia, warto raz jeszcze podkreślić aktorstwo. Roy Scheider wcielający się w głównego bohatera, lokalnego szeryfa, odegrał swą rolę bardzo dobrze. Jest charyzmatyczny i bardzo przekonująco odegrał stopniowe pogrążanie się w obsesji. I właściwie tego rodzaju pochwały można skierować także do jego ekranowych partnerów – Roberta Shawa (Quint) i Richarda Dreyfussa (Hooper). Wyróżniłbym jednak aktora wcielającego się w postać Quinta, bo ze swym charakterystycznym akcentem i awanturniczym sposobem bycia wnosi on do filmu element nonszalancji, jak się okazuje, istotny w konfrontacji z rekinem. Te trzy kreacje da się także rozpatrywać symbolicznie. To bowiem trzy skrajnie różne postawy – naukowca, pragmatyka i dzielącego ich racjonalisty, które tylko wspólnie mogą osiągnąć zwycięstwo w walce z potworem z morskich głębin. I każda z tych postaw ma w walce z lękiem kluczowy udział.

Osobny akapit o muzyce, bo wypada. Nie da się mówić zaletach Szczęk bez przytoczenia nazwiska Johna Williamsa. Toż to więcej niż oczywiste, że film Spielberga stoi słynnym motywem muzycznym. Budząca grozę instrumentalna partytura w sposób podręcznikowy wzmagała napięcie scen, w których rekin szykował się do ataku, i jest dziś nie mniej słynna jak sam film. To jeden z tych Oscarów muzycznych, który był w pełni zasłużony. To jeden z tych motywów, który przeszedł do historii kina.

Jeden malutki plus serii, niezwiązany z częścią pierwszą, to tematyka części trzeciej, czyli ulokowanie akcji w oceanarium. Abstrahując od tego, jak ten pomysł ostatecznie wykorzystano, upieram się, że był świetny (kolejny związek z Parkiem Jurajskim?), i byłbym rad, gdyby mógł wrócić w ewentualnym wznowieniu marki. To bowiem jedyny przypadek, gdy twórcy pozwalają sobie na odrobinę oryginalności, na coś, co choć trochę odbiega od ukształtowanego w jedynce schematu polegającego na zburzeniu spokoju nadmorskiej mieściny pojawieniem się rekina.

Ostatnio dodane