Artykuł

7 powodów, dla których KRWAWY SPORT to NAJLEPSZY film kopany WSZECH CZASÓW

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Krwawy sport ma dla mnie znaczenie szczególne, co pewnie mało kogo z Was interesuje, więc jakby co, pomińcie pierwszy akapit. Film z 1988 roku znajduje się w wąskiej grupie tytułów (Top Gun, Predator, Rambo III), które u schyłku lat 80., jako niespełna dziesięcioletni usmarkaniec, obejrzałem podczas wieczorku filmowego zorganizowanego wraz z sąsiadami na pożyczonym magnetowidzie i małym telewizorze kineskopowym. Pamiętam jak dziś, gdy siedzieliśmy w osiem osób w małym pomieszczeniu z paluszkami i colą (dziś towarem luksusowym), wpatrzeni jak zaczarowani w ekran, w jeszcze cieplutkie amerykańskie filmy. Krwawy sport, a przede wszystkim Frank Dux (myślałem wtedy, że tak nazywa się aktor odtwarzający tę rolę i że zagrał samego siebie), zrobił na mnie wówczas tak ogromne wrażenie, że już następnego dnia zacząłem rozciągać się do szpagatu, a po latach, gdy przyszło założyć internetowy Klub Miłośników Filmu (który dziś znacie jako FILM.ORG.PL) i trzeba było wymyślić sobie ksywkę, bo taki był wówczas zwyczaj w sieci, padło oczywiście na Dux. Gdy po latach kilkukrotnie wracałem do Krwawego sportu, okazywało się, że film ten nie tylko opierał się próbie czasu, ale że starzeje się jak dobre wino, a dziś – po ponad 30 latach od premiery – można go śmiało nazywać zarówno filmem kultowym, jak i klasykiem gatunku. Co więcej, osobiście uważam Bloodsport za najlepszy obrazek z gatunku martial arts, jaki kiedykolwiek powstał.

Fabułę niezapomnianego filmu kopanego zawdzięczamy… oszustowi, jakim po latach okazał się Frank Dux, wciskającemu hollywoodzkim producentom i scenarzystom kit, jakoby w imieniu CIA miał rozpracować grupę organizującą nielegalne turnieje w różnych zakątkach świata. Frank Dux rzekomo dostał się na rzeczony turniej – w filmie nazywany Kumite – i oczywiście go wygrał. Jeszcze przed premierą filmu podważano nierealnie brzmiące, niemające pokrycia w rzeczywistości historyjki opowiadane przez Franka Duxa. Według śledztwa przeprowadzonego wówczas przez „Los Angeles Times” wynikało ponoć, że adres organizacji, która miała organizować nielegalny turniej, pokrywał się z domowym adresem Franka Duxa, a trofeum, które niby zdobył, wygrywając Kumite, można było kupić w lokalnym sklepie z trofeami. Scenarzysta Krwawego sportu Sheldon Lettich także nie dawał wiary bujdom Duxa, ale uznał, że wyssana z palca historia jego życia, przygód w Wietnamie, misji w celu wygrania Kumite i różne rekordy przezeń wymieniane to soczysty materiał na film z gatunku martial arts. Sam Dux utrzymywał, że pomysł na Bloodsport pochodził ze scenariusza jego autorstwa zatytułowanego Enter the Ninja, który skrobnął pod pseudonimem Benjamin Wolf.

Tak mniej więcej, bo nie wiadomo komu do końca wierzyć (choć raczej nie Duxowi), urodził się pomysł na Bloodsport, na planie którego Frank Dux został konsultantem do choreografii scen walk, i miał podobno w tym zakresie niezłą kosę z odtwórcą roli samego siebie – wschodzącą gwiazdą kina kopanego, Jeanem-Claude’em Van Damme’em. Jak wieść niesie, choć Van Damme dysponował umiejętnościami oraz tężyzną fizyczną, musiał odbyć trzytygodniowy obóz treningowy, na którym Frank Dux nieźle go przeczołgał. Co by nie mówić o kontrowersyjnej postaci Franka Duxa i jego fantastycznych opowieściach, bez niego nie byłoby Krwawego sportu, za co należy mu się nasza, widzów, wdzięczność. I żadnego z powyższych zarzutów o ściemnianie nie powiedziałbym mu prosto w profil, zważywszy że mowa o człowieku, który, jak sam mówił, ustanowił rekord świata 56 KO pod rząd w 60-osobowym formacie Kumite, gdzie walczył po 20 walk dziennie przez trzy dni. Prawdopodobnie turniej wyglądał tak, że wszyscy przeciwnicy ustawili się do Duxa grzecznie w kolejce po KO, żeby nikt nie dostał wpierdolu dwa razy.

Za kultowym filmem stała, mówiąc kolokwialnie, banda początkujących w branży zapaleńców. Reżyser filmu, Newt Arnold (zmarły w 2000 roku), zanim nakręcił Krwawy sport, zaledwie trzeci i ostatni film w swojej reżyserskiej karierze, we wcześniejszych latach piastował stanowisko asystenta reżysera na planach takich klasyków jak m.in. Ojciec chrzestny II Coppoli, Konwój Peckinpaha, czy Łowca androidów Scotta. Doświadczenie zbierał zatem u boku najlepszych, ale nie poszedł ich ambitną drogą, lecz zapisał się złotymi zgłoskami w kinie spod znaku sztuk walk.

28-letni Jean-Claude Van Damme (właśc. Jean-Claude Camille François Van Varenberg) był w roku 1988 początkującym aktorem, mającym na koncie m.in. trzy nieujęte w napisach końcowych epizody (m.in. żołnierza w Zaginionym w akcji, gdzie był również szefem kaskaderów), nieudany angaż do Predatora oraz drugoplanową, już uwzględnioną w napisach rolę rosyjskiego czarnego charakteru w Bez odwrotu. Do branży wbił się tylnymi drzwiami; jak legenda głosi, gdy młody Belg zaprezentował swoje umiejętności przed producentem Menahemem Golanem, z miejsca zapewnił sobie angaż do wspomnianego Bez odwrotu, a w następnej kolejności do Bloodsport. Zanim jednak do tego doszło, do głównej roli rozważano Michaela Dudikoffa, który przeżywał akurat swoje pięć minut sławy na fali Amerykańskiego ninja 1 i 2, jednak finalnie aktor okazał się dla twórców zbyt wysoki i za szczupły.

Początkujący był również scenarzysta filmu, Sheldon Lettich (późniejszy autor skryptu do Rambo III), a za zdjęcia odpowiadał operator David Worth, dla którego Krwawy sport pozostaje do dziś jedynym znaczącym tytułem w karierze autora zdjęć (współreżyserował za to Kickboxera). Za muzykę odpowiadał – tak, zgadliście – raczkujący w branży kompozytor muzyki filmowej Paul Hertzog, którego kariera rozpoczęła się w 1986 i zakończyła zaledwie pięć lat później, bo w 1991 roku. Hertzog skomponował ścieżki dźwiękowe zaledwie do sześciu filmów, a jedynym znanym tytułem obok Bloodsport pozostaje wspomniany już Kickboxer. Mimo ekipy filmowców złożonej w dużej mierze z debiutantów lub nieopierzonych jeszcze profesjonalistów, film okazał się spektakularnym sukcesem ery VHS, a przy budżecie 2 milionów dolarów zarobił na świecie ponad 60. Krytycy film podeptali, ale widzowie byli zachwyceni; Krwawy sport do dziś pozostaje najwyżej ocenianym filmem Van Damme’a na IMDb (6,8/10). A dlaczego uważam film z Van Damme’em za najlepszy w swoim gatunku? Poniżej przedstawiam siedem powodów, pomijając litościwie całkowicie zbędną w fabule postać… sędziego ringowego, który nie przerywał walki nawet w momencie, gdy miażdżone były jądra, łamane kręgosłupy i nogi oraz skręcane na śmierć karki. No i nie zauważył białego proszku sypniętego w oczy Duxa, a tego mu nigdy nie daruję.

1. NIBY PROSTA FABUŁA, ALE…

Krwawy sport to nieskomplikowana historia sympatycznego żołnierza, który dezerteruje ze swojej jednostki w celu wzięcia udziału w nielegalnym turnieju Kumite, by wygraną oddać hołd swojemu mistrzowi i mentorowi. W prostą fabułę i turniejową formułę twórcy zdołali wkomponować mnóstwo dodatkowych smaczków, jak m.in. bitka w 8-bitowe karate na automacie, sztuczka z monetą czy wyzwanie z cegłą, oraz ciekawych elementów fabularnych (romans z urodziwą dziennikarką) i pomniejszych konfliktów między postaciami, rozstrzyganych widowiskowo na ringu – pojedynek na obijanie schabów między Duxem a Paco to bodaj najciekawszy przykład takiej walki-perełki.

Dla podbudowania dramaturgii dodano jeszcze wojskowych (jednego z nich grał przyszły zdobywca Oscara Forest Whitaker), którzy usiłują aresztować niesubordynowanego żołnierza, uniemożliwiając mu udział w Kumite. Między walki w charakterze retrospekcji treningowych wpleciono obszerną historię bohatera, uzasadniającą jego udział w turnieju. No i, last but not least, bodaj najważniejszy dla rozwoju akcji – motyw przyjaźni Duxa z nieokrzesanym Rayem Jacksonem, który w trzecim akcie filmu daje fabule atomowy napęd, kiedy to bohater poprzysięga zemstę czarnemu charakterowi za chamskie rozdeptanie głowy przyjaciela. Kto z Was nie przebierał nóżkami z radości, gdy Dux wycisnął z Chonga Li słowa kapitulacji, niech pierwszy rzuci cegłą.

Ostatnio dodane