Analizy filmowe

RÓB, CO NALEŻY. Miłość czy nienawiść?

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Brooklyn, Nowy Jork, upalne lato 1989 roku. Żar leje się z nieba, odbija od ulicznego betonu i od pierwszych minut poranka nagrzewa całą dzielnicę do nieznośnej temperatury, męczącej ciało i umysł. Tak rysuje się sceneria jednego z najważniejszych filmów w historii czarnego kina USA, do dziś pozostającego antydyskryminacyjnym klasykiem, z buntowniczą świeżością mierzącym się z tematem rasizmu i wizerunkiem Afroamerykanów w społeczeństwie i kulturze. Rób, co należy to prawdopodobnie najważniejszy film w całej karierze Spike’a Lee – samego w sobie będącego ikoną afroamerykańskiej walki emancypacyjnej, o dorobku pracującym na przekór stereotypom i konwencjonalnym ujęciom tematyki rasizmu w ramach filmu. Jego drugie dzieło to film-manifest wymierzony w segregację społeczną, oddolny głos sprzeciwu i jednocześnie spojrzenie na rasizm wywracające kanoniczne, zakorzenione w hierarchii perspektywy. Jak okazało się niedługo po premierze, a także jak okazuje się wciąż w roku 2020, buntownicze dzieło Lee dotyka sedna ukazywanych problemów i – co smutne – nie traci na aktualności.

Dla porządku zaznaczę, że w tekście podejmuję się analizy filmu, omawiając przy tym kluczowe elementy jego fabuły – w związku z tym ostrzegam przed spoilerami.

W Rób, co należy Lee pokazuje codzienny obrazek Brooklynu, gdzie lokalna mikrospołeczność żyje tą samą z dnia na dzień rutyną, od brzasku do zmierzchu pocąc się w letnim skwarze. Wszystko dzieje się znanym od lat trybem, sennie, leniwie i przy akompaniamencie narzekań – mozolnie, jak to w upalny dzień. W tak nonszalancki sposób Lee rysuje przed widzami realia biednej nowojorskiej dzielnicy – większość mieszkańców spędza dzień, włócząc się po okolicy, plotkując, sprzeczając czy wygłupiając. Większość mieszkańców jest bezrobotna i młoda. Większość mieszkańców jest czarna. W samym sercu ich miejskiego mikrokosmosu działają dwa małe biznesy, oba prowadzone przez „obcych” – sklep wielobranżowy otwarty przez parę Koreańczyków i naturalnie włoska „Słynna Pizzeria Sala”. Wokół niej orbituje większość historii i to ona zdaje się – nieco paradoksalnie (a może wcale nie) – centrum życia brooklyńskiej mikrospołeczności.

Lee portretuje środowisko ze skrupulatnym realizmem, balansując przy tym jednak na granicy satyry. Jego film zaludniają więc postaci mniej lub bardziej przerysowane, nierzadko ucieleśniające stereotypy – migającego się od pracy Afroamerykanina w lycrze, porywczego Włocha, gadatliwego czarnego staruszka, osiedlowego krzykacza itd. Przywary, te rzeczywiste dla danych grup, jak i te wymyślone czy wyolbrzymione przez popkulturowy dyskurs, w Rób, co należy zostają wykorzystane do scharakteryzowania amerykańskich stosunków rasowych i klasowych. Lee nie szczędzi tu opakowanej w ironię krytyki swoim bohaterom, jednak przede wszystkim wymierza cios w kulturową normalizację napięć i agresji. Podejmuje się zadania przeniesienia na ekran realnego tygla napięć i przedstawia go w nieco dwuznacznej formie satyry, pokazując oddolny obraz tego, co nazwać można kondycją czarnej społeczności USA. Snuje filmową gawędę, która niepostrzeżenie przekracza niewidzialną granicę między komedią a dramatem, łącząc doświadczenia strukturalnych relacji w gorzki, ale niepozbawiony humoru komentarz społeczny.

Reżyser realizuje w Rób, co należy polifoniczną konwencję narracji, tworząc złożoną panoramę brooklyńskiego „kwadratu” za pośrednictwem mieszających się wątków ukazujących poszczególnych jego mieszkańców. Przez większość filmu są one swobodnie przeplatającymi się, okazjonalnie łączonymi mikroopowieściami, nie tyle posuwającymi do przodu fabułę, co rysującymi nienachalnie kontekst sytuacji, którego pogłębianie zastępuje tu zasadniczo intrygę. Wszystkie te nitki ostatecznie się zbiegają, tworząc w kulminacji z pozornie niezwiązanych elementów misternie skonstruowaną krytykę instytucjonalnego oraz potocznego rasizmu. Zasadniczym napędem narracji – choć okazuje się to dopiero pod koniec filmu – jest spięcie pomiędzy Buggin’ Outem, jednym z czarnych klientów pizzerii, a jej właścicielem Salem na temat „ściany sław”, gdzie zdaniem chłopaka brakuje Afroamerykanów. Pozornie błaha sprzeczka eskaluje wieczorem do tragicznych rozmiarów, gdy włącza się w nią Radio Raheem, potężny miłośnik boomboxa. Za jego sprawą dochodzi do rękoczynów i fatalnej w skutkach interwencji policji. By dojść do znaczenia filmu, najlepiej przyjrzeć się z osobna tym cząstkom, z których wyłania się całość.

Mookie

Centralną postacią filmu jest grany przez samego reżysera Mookie – pracujący w pizzerii Sala chłopak, człapiący z wiecznie zmęczoną lub zblazowaną miną (trudno odróżnić) po rozgrzanych słońcem ulicach. Mookie spina fabularnie wszystkie pozostałe wątki – jego przeciągające się spacery z pizzą (u Sala pracuje jako dostawca) stwarzają możliwość spotkań ze wszystkimi innymi, najczęściej bardziej statycznie ulokowanymi postaciami. To ruch, choć wydaje się leniwy, wyróżnia Mookiego spośród sąsiadów. Jako niemal jedyny czarnoskóry pojawiający się na ekranie ma stałą pracę, dzięki której sytuuje się na specyficznej pozycji społecznej – pośredniej, niejako mediującej pomiędzy Salem i jego synami (posiadającymi majątek oraz generowaną przezeń przewagę społeczną, rodzaj władzy) a zasilającymi ich kieszeń, przesiadującymi w pizzerii Afroamerykanami. Dodatkowo brawurowo wykreowany przez Lee Mookie uosabia pierwszy z pojawiających się w Rób, co należy stereotypów – ociężałego w działaniu czarnego pracownika, częściej migającego się od pracy niż rzeczywiście pracującego. Sytuuje go to w niejednoznacznym świetle i czyni intrygującego protagonistę o dosyć płynnej charakterystyce, żonglującej przynależnościami klasowymi i postawami etycznymi. Innymi słowy, Mookie jest człowiekiem stosunkowo elastycznym, zdolnym wchodzić w wiele potencjalnych ról i właśnie dlatego to on jest wiodącym protagonistą Rób, co należy. Tytułowe wezwanie kierowane jest właśnie do niego (same słowa padają w kierunku chłopaka przed południem z ust Burmistrza, wtedy jeszcze brzmiąc jak błaha „mądrość” podstarzałego pijaka), jako do reprezentanta grupy balansującej na granicy różnych ról społecznych (Afro)Amerykanów. W toku wydarzeń nieszczęsnego dnia Mookie będzie musiał zająć stanowisko, wybrać właściwą postawę wobec zła, którego doświadczy mikrospołeczność. Będzie też musiał skonfrontować się ze swoim podejściem do życia – strategią uniku, ucieczki od odpowiedzialności.

Sal

Sal to wiodąca biała postać filmu, a zarazem jednocześnie jego protagonista i antagonista. Od lat prowadzący w czarnej dzielnicy pizzerię włosko-amerykański przedsiębiorca to osoba pozornie wolna od uprzedzeń, momentami surowa, ale sprawiedliwa i w wielu miejscach odgrywająca rolę głosu rozsądku pośród okrzyków rozgorączkowanych młodziaków. Ma on jednak i ciemniejsze oblicze – świadomy swojej przewagi – płynącej z faktu własności popularnego lokalu – nad okoliczną społecznością, momentami daje się ponieść nerwom i dobrotliwe oblicze ustępuje groźbie przemocy. Z jednej strony można powiedzieć, że Sal po prostu broni swojego, z drugiej jednak trudno nie dostrzec w jego butnym stwierdzeniu „w moim lokalu to ja jestem władzą” zakorzenionego w hierarchicznej strukturze przekonania o swojej wyższości. Wychodzi ono też w kluczowej scenie filmu, gdy wzburzony konfrontacją z Buggin’ Outem i Raheemem, wypowiada na głos czające się dotąd na końcu jego języka słowo „nigger” i korzystając ze swojego prawa właściciela, niszczy własność cudzą, prowokując tragiczny finał historii. Postawa Sala jest dwuznaczna również w jego stosunku do Mookiego. Traktuje go z wyraźnym afektem, mówi, że widzi w nim syna, jednak podejrzewać można, że rolę odgrywa w tym pociąg do siostry chłopaka. To z kolei odkrywałoby protekcjonalny i interesowny stosunek specjalisty od pizzy do sąsiadów, zwłaszcza że przyznaje w pewnym momencie, że czarna dzielnica jest dla niego łatwiejszym środowiskiem zbytu. Sal symbolizuje w Rób, co należy białą klasę średnią – z wierzchu życzliwą mniejszość, lecz w istocie zwodzoną przez własny klasowy interes i przyswajającą rasistowskie ramy myślenia – protekcjonalność, poczucie wyższości i upoważnienie do przemocy (symbolicznej i fizycznej). To on, jako wchodzący w bezpośredni kontakt z Afroamerykanami, jest dla nich ucieleśnieniem całej białej społeczności, nawet jeśli nie można go obarczać za wszystkie jej winy. To on jest doraźnym przeciwnikiem, przeciw któremu buntują się młodzi ludzie z ulicy – cierpi on więc niejako za grzechy cudze, własne i za zaniedbania.

Radio Raheem

Milczący, wielki, Raheem dumnie przemierza zlane żarem ulice, zaznaczając dźwiękiem wydobywającego się na zapętleniu z boomboxa Fight the Power grupy Public Enemy swoją obecność i symboliczną dominację nad okolicą. Enigmatyczny osiłek jest jednak kluczową i najbardziej ikoniczną postacią Rób, co należy. Pierwszym powodem jest jego monolog na temat miłości i nienawiści, wygłoszony do Mookiego, w którym Lee wyraża ustami Billa Nunna explicite filozoficzne przesłanie filmu traktującego o nierozerwalnym splocie skrajnych emocji i wpisanej w życie czarnej społeczności USA groźbie przemocy. Drugą przyczyną znaczenia Raheema w Rób, co należy jest jego rola w kulminacyjnych zdarzeniach – konfrontacja w pizzerii i atak na Sala, który kończy się dla niego policyjną pałką na krtani i głuchym uderzeniem o beton. Los Radio Raheema, stającego się tu fikcyjnym reprezentantem wszystkich ofiar przemocy policyjnej, na czele z Eleanor Bumpurs, Michaelem Griffithem, Arthurem Millerem, Jr., Edmundem Perrym, Yvonne Smallwood i Michaelem Stewartem, którym dedykowany jest film, ujawnia strukturalne nierówności i obnaża prawdziwą grę, toczoną cały czas przez wszystkie postacie – grę o pozycję władzy. Dla chłopaka z biednej dzielnicy, napiętnowanego etnicznie i klasowo, ostentacyjne epatowanie wyrastającym ze znanych mu ulic rapem było performowaniem faktu własności przestrzeni, swojej podmiotowości i niezależności. Zniszczenie radia godziło w te fundamentalne uczucia Raheema, a brutalna reakcja policji na jego atak złości udowodniła, że ostatecznie proklamowanych praw nie posiadał. W konfrontacji z Salem Raheem, symbolicznie manifestujący swoją podmiotowość, zderzył się z manifestacją fizyczną władzy – wobec destrukcji emblematu swojej siły sam zwrócił się ku realnej przemocy, jednak był to gest z góry skazany na porażkę, zderzając się z brutalną, nieprzychylną mu maszyną systemowego „prawa i porządku”. W tragicznej historii tej postaci Lee chwyta dramat skazanych na przemoc (czynioną i doświadczaną) mniejszości, rozpaczliwie próbujących wyszarpać społeczeństwu samych siebie. Nie czyni ich kryształowo czystymi męczennikami, ale pokazuje jako zwykłych, posiadających wady i zalety ludzi, którzy po ludzku doświadczają niesprawiedliwości.

Vito i Pino

W zupełnie inny sposób ze swoim dziedzictwem zmagać się muszą synowie Sala, Vito i Pino, pracujący z nim w Słynnej Pizzerii. Skazani na rodzinny interes, przyjmują przeciwstawne postawy wobec sytuacji i w konsekwencji otaczającej ich afroamerykańskiej społeczności. Młodszy Vito przyjaźni się z Mookiem, wydaje się łagodniejszy i bardziej otwarty, cierpiąc docinki i werbalną agresję ze strony Pina. Ten jest otwarcie wrogi wobec znienawidzonej pracy oraz klientów – to Pino szczerze i otwarcie rzuca rasistowskimi hasłami, to on najbardziej upaja się swoim szczebelkiem (czy nawet połową szczebelka) wyższości klasowej i to on w kilku momentach eskaluje agresję, której unikać chcą Vito i Sal. Młodzi bracia Fragione to w istocie dwa oblicza jednej postawy, postawy białych bezwiednie przyswajających rasistowskie uprzedzenia i dziedziczone po poprzednich pokoleniach poczucie wyższości, do pewnego stopnia odcięci od oglądu rzeczywistych problemów i sytuacji ludzi, wśród których funkcjonują. Vito przyjmuje przy tym postawę bardziej świadomą, refleksyjną, realnie budząc nadzieję na oparty na szacunku dialog i zmianę. Brakuje mu jednak woli i odwagi, by przeciwstawić się agresji brata, staje się mimowolnie świadkiem, zaprzepaszczającym swoją szansę na działanie. W tym sensie Vito i Pino to dwa oblicza samego Sala – empatycznego i patrzącego ponad uprzedzeniami, ale równocześnie podatnego na impulsy zinternalizowanego wraz z klasą i tożsamością etniczną poczucia wyższości. Bracia ukazują tu więc dwa możliwe potencjały – nadzieję i jej brak w kontekście zmiany antagonizmów społecznych.

Buggin’ Out

Za te ostatnie odpowiedzialny jest w Rób, co należy w znacznej mierze bohater Giancarlo Esposito, Buggin’ Out – typ krzykacza, nie zawsze rozgarniętego, nieustannie cwaniakującego i szukającego okazji do sprzeczki. To on rozpoczyna tragiczny w skutkach konflikt o „ścianę sław” w pizzerii Sala, a następnie krąży po okolicy, namawiając wszystkich do bojkotu odmawiającego uhonorowania czarnych bohaterów przedsiębiorcy. Buggin’ Out wykorzystuje przy tym fragmenty wolnościowego dyskursu antyrasistowskiego, jednak jak zarzuca mu w jednej ze scen Jade – jego aktywistyczny zapał przesłania mu większy obraz, a zaangażowanie przybiera karykaturalne formy. Jednak Lee daleki jest od bagatelizowania impulsywnych, budowanych na bardzo podobnych sentymentach co opresja przeciwników działań. To w końcu za sprawą Buggin’ Outa Raheem (jako jeden z nielicznych namówiony przez niego do protestu) pojawia się wieczorem w pizzerii z boomboxem. Portretując nieco satyrycznie partykularne, pseudoradykalne i przesycone uprzedzeniami formy oporu, Spike Lee nie unieważnia rodzącego je poczucia niesprawiedliwości, wskazuje jednak ślepe uliczki tego typu postaw.

Burmistrz

Dumny przydomek starego mężczyzny skrywa mało reprezentacyjną prawdę – Burmistrz to okoliczny pijak, zmiatający za dolara chodnik, snujący się po okolicy, gotów obdarzyć każdego swoimi życiowymi mądrościami (jak tą, by zawsze robić to, co należy) i zalecający się do utyskującej na niego Matki Siostry. Poza swoją satyryczną funkcją Burmistrz gra rolę upadłego, zakurzonego autorytetu, którego nikt nie słucha – ani gdy plecie banały, ani gdy wzywa wszystkich do opamiętania się w czasie finałowej bijatyki. Złamany przez życie staruszek stanowi jednak zarazem reprezentację starszego pokolenia Afroamerykanów, które dorastało jeszcze bez pełni praw i w czasach pełnej prawnej (nie)chwały strukturalnego rasizmu w USA. Jego obdarty, brudny strój zdają się dawać świadectwo szkód, jakie wyrządziły dekady oficjalnie dyskryminującej polityki białych Amerykanów wobec czarnej społeczności – Burmistrza można w Rób, co należy postrzegać jako najbardziej jaskrawy przykład pojawiającego się często na drugim planie filmu wątku głębokiego złamania poczucia własnej wartości Afroamerykanów, obarczonych dziedzictwem lat lekceważenia, uprzedzeń i stereotypów, które w kolejnych pokoleniach zostały zaadaptowane i przyjęte jako własna tożsamość.

Bohater zbiorowy

To właśnie głębokie zakorzenienie autostereotypów i wizerunku buńczucznych, hałaśliwych chuliganów zdaje się reprezentować grupka młodych Afroamerykanów (Ahmad, Cee, Punchy, Ella) przesiadująca na schodach, skłonna do zaczepki i zabawy na pograniczu łamania prawa. W starszym wariancie podobne inklinacje zdradzają Willie, ML, Sid – rodzaj quasi-komediowego chóru, okupującego rozkładane krzesełka na rogu ulicy i komentującego wszystko i wszystkich wokół. Ani młodzi, ani starsi nie stronią od rubasznych wycieczek pod adresem siebie samych i swoich braci, w dość niejednoznaczny sposób sytuując się wobec uprzedzeń na temat czarnoskórej społeczności. Obydwie grupki stanowią w Rób, co należy synekdochę zbiorowego bohatera, jakim jest cała bierna (niezaangażowana politycznie) społeczność Afroamerykanów, podtrzymująca status quo. Spike Lee również w nich wymierza swoje krytyczne ostrze, zdając się „odbijać” w stronę tych właśnie postaw tytułowe wezwanie – nie da się przełamać opresyjnej rzeczywistości, przyjmując narzucane przez nią role.

Tina i Jade

W Rób, co należy dominują postaci męskie, jednak wybrzmiewa dosyć wyraźnie akcent co najmniej półfeministyczny. Lee wprowadza go za pośrednictwem dwóch bliskich Mookiemu kobiet – Jade (siostry) oraz Tiny (dziewczyny, z którą ma dziecko). W obydwu, cokolwiek skromnych, wątkach pobrzmiewają wyraźne echa wcześniejszego filmu reżysera, Ona się doigra, krytykującego wzorce genderowe i konceptualizacje społeczne ciała kobiety. Jade i Tina nie mają co prawda miejsca, by podobnie jak Nola z tamtego filmu się wyemancypować, obydwie reprezentują jednak kobiecą aktywność, idącą na przekór męskiej dominacji, przy czym obydwie są mimo wszystko jej ofiarami. W przypadku Jade widać to najlepiej w dwuznacznej wizycie z Pizzerii Sala – dziewczyna kokietuje starszego mężczyznę, z jednej strony zaznaczając swoją samodzielność i niezależność (oddalając doskakującego w obronie brata), z drugiej strony jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że jej zachowanie to strategia wymuszona przez społeczną hierarchię. Jeszcze wyraźniej uwarunkowanie patriarchatem widać w przypadku Tiny, tkwiącej w domu z dzieckiem, podczas gdy Mookie włóczy się po ulicach. Jej zdecydowanie i energia rozsadzają co prawda archetyp oczekującej Penelopy, ale ostatecznie Tina tkwi w narzuconej jej roli matki i kochanki. Wątek kobiecy wzbogaca Rób, co należy o dodatkową linię społecznych podziałów (do klasowej i rasowej dochodzi jeszcze płciowa), dopełniając obraz mikrospołeczności, uwiązanej ich splotem. Postacie dziewczyn dodatkowo komplikują też postać Mookiego, wskazując kolejną płaszczyznę, do której odnosić się może tytułowe wezwanie – przełamania wymaga nie tylko rasizm, ale też patriarchalny nawyk. Warto też zwrócić uwagę, że choć jej wątek jest stosunkowo niewielkim elementem Rób, co należy, grająca Tinę Rosie Perez pojawia się już na samym początku filmu, w energetycznym występie tanecznym towarzyszącym napisom początkowym. Naładowana emocjami Perez, tańcząc – a jakże by inaczej – do Fight The Power Public Enemy otwiera więc film w tonie manifestu, spontanicznej ekspresji gniewu wykluczanych. Nie jest przypadkowe, że właśnie postać kobieca wykonuje ów emblematyczny performans.

Smiley – Martin Luther King i Malcom X

Ostatnią z postaci, które uznałbym za mocno znaczące w filmie Spike’a Lee, jest Smiley – niepełnosprawny, jąkający się chłopak sprzedający własnoręcznie kolorowane zdjęcia Martina Luthera Kinga i Malcolma X. Smiley jest trzecią osobą, która wieczorem wkracza wraz z Raheemem i Buggin’ Outem do pizzerii, by domagać się powieszenia właśnie zdjęć czarnych bohaterów walki z rasizmem na „ścianie sławy”. Nieprzypadkowo, bo chłopak przecież wyraźnie idealizuje dwie zamordowane legendy i zdaje się być ich nietypowym apostołem. Jednak nie tylko to wydaje się przyczyną zaangażowania Smileya w protest – kilka scen wcześniej zostaje przepędzony i niemal pobity przez Pina, którego zirytował nagabywaniem o zakup zdjęcia (przy okazji jest to scena, w której najbardziej dosadnie pokazane jest zaniedbanie bierności Sala wobec agresji syna). Smiley został upokorzony, zapewne nie pierwszy raz, zwraca się więc nieco naiwnie i dziecinnie do symboli czarnego wyzwolenia – wiara w ich legendę jest zarówno poruszająca, jak i w przykry sposób beznadziejna.

Czy walczyć, czy zło dobrem zwyciężać?

Dwójka ze zdjęć Smileya to ostatni, nieobecni bohaterowie Rób, co należy. Obydwaj reprezentowali skrajnie odmienne koncepcje walki o równość i wolność – King nawoływał do miłości, szacunku i pokojowych metod, podczas gdy Malcom X związany był ze środowiskami radykalnymi, w swoich przemówieniach relatywizując przemoc i niejednokrotnie wskazują ją jako środek walki z dyskryminującym systemem. Na zdjęciu są jednak razem. Podobnie razem pojawią się na zakończenie, za pośrednictwem przytoczonych obok siebie cytatów odnoszących do przemocy w walce z rasizmem (potępiającego Kinga i afirmującego Malcolma). Te dwa bieguny są przywoływane przez Spike’a Lee obok siebie, niejako łącznie, w specyficznym ideowym symbolu komplementarności. Napięcie i chwiejna równowaga między nauczaniem Martina Luthera Kinga i Malcolma X tworzy ramę narracji, z której wyprowadzony zostaje główny przekaz Rób, co należy.

Myśl przewodnia wyrażona jest w jednym z najbardziej rozpoznawalnych momentów filmu, w którym Radio Raheem wykłada wprost do kamery teorię organizacji świata w nieustannym klinczu miłości i nienawiści (reprezentowanych tu przez złotą biżuterię odpowiednio na prawej i lewej ręce Raheema). Scena ta, będąca nawiązaniem do Nocy łowcy z 1955, wprowadza do Rób, co należy symbolikę zmagań dobra ze złem w ludzkiej naturze – dobrem będzie tu szacunek i zrozumienie, więzi łączące poszczególne postaci, złem zaś uprzedzenia, nienawiść i rasizm. Dwie pięści jednego ciała wskazują, jak miłość i nienawiść współistnieją i tworzą społeczeństwo dramatycznie skomplikowane, zakleszczone pomiędzy dobrem a złem. Splecione palce dłoni Raheema symbolizują równowagę między dwiema siłami, która w momencie rozłączenia rąk rodzi dwa przeciwstawne żywioły. Lee mówi tu dobitnie, że dobro rodzi się za cenę zła, a życie naznaczone jest przemocą i cierpieniem. W targanym tymi sprzecznościami świecie człowiek może dążyć do równowagi, przyparty do muru musi jednak wybrać – czy dać odpór opresji, czy też się jej poddać. Czy walczyć, czy zło dobrem zwyciężać. Lee nie daje tu odpowiedzi. Zamiast tego pokazuje, jak w granicznej sytuacji eskalują emocje, jak przemoc rodzi przemoc i jak pozornie niewinne uprzedzenia czy stereotypy przeradzają się w krzywdę.

Co zrobił Mookie?

Ostatecznie Mookie odwrócił się od swego pracodawcy i dołączył do gniewu tłumu, symbolicznie odpowiadając na śmierć przyjaciela inicjującym plądrowanie przybytku wybiciem szyby pizzerii Sala. Stanął po stronie walki i zaciśniętej lewej pięści Raheema. Następnego poranka robi zaś coś, co uznać można za bezczelne – zgłasza się do szefa po zaległą tygodniówkę. I choć Sal w gniewie rzuca mu więcej pieniędzy, niż powinien, Mookie bierze tylko tyle, ile należy mu się według umowy. Zajmuje więc zdecydowaną postawę moralną – nie tylko wybierając sprzeciw, ale nie zgadzając się na odmówienie sobie praw ani nie przyjmując pogardliwego gestu. W świecie, w którym policjanci zabili Raheema w trakcie pracy, Mookie, który wybił szybę swojego pracodawcy, dostaje wypłatę za rozniesioną pizzę – wykonał pracę, odebrał kasę. Nie ma tu symetrii i można spierać się na temat moralnej racji. Ale Mookie decyduje w końcu, że wobec nierówności pozostała mu tylko przemoc. Jego balansowanie na granicy, bierne poddawanie się rzeczywistości i jej regułom się wyczerpało.

Akcja Rób, co należy rozpisana jest dokładnie na 24 godziny – od poranka do poranka, pomiędzy którymi jest upalny słoneczny dzień i równie gorąca (od powietrza i emocji) noc. Sennie budząca się do życia okolica jest w filmie Spike’a Lee klamrą, podkreślającą gorzki wydźwięk filmu. Choć w międzyczasie wiele się wydarzyło, wszystko wygląda tak, jakby nic nie miało się zmienić. W tym kontekście film ukazuje codzienną rutynę ubogiej dzielnicy, dla której nienawiść, przemoc i tragedia to normalne elementy rzeczywistości, które wpisane są w odziedziczony w spadku po poprzednich pokoleniach porządek rzeczy. Bohaterowie zdają się żyć w zaklętym kręgu, z którego nie ma ucieczki. Rób, co należy można czytać jako krzyk bezsilności, wzywający do przełamania tej bezmocy, ale równocześnie pokazujący, jak trudne jest to zadanie, jako że nawet rewolta wydaje się przewidzianym zdarzeniem, z którym system społeczny bez mrugnięcia okiem może sobie poradzić, przywracając status quo.

W Rób, co należy Spike Lee stworzył rodzaj światopoglądowego manifestu, unikając przy tym łatwych tez czy jednotorowości. Twórca piętnuje rasizm, postrzegając go jednak jako złożony problem, obejmujący także problematyczność poszczególnych strategii jego przyswajania oraz zwalczania, uderzając przy tym mocno również w powielanie rasistowskich dyskursów i zarówno ich akceptację, jak i przerzucanie na innych. W jednej z najlepszych scen Lee oferuje nam montaż wypowiadających rasistowskie slogany i obelgi wprost do kamery bohaterów – wszystkich narodowości. To jasny przekaz ostrzegawczy, że choć rasizm dotyka boleśnie Afroamerykanów i ujawnia się w strukturalny sposób głównie wobec nich, nie ma jednak tylko jednego kierunku, a zagrożeniem jest każda nienawiść. Problematyzując tę kwestię, Lee wprowadza też miękko dość wyraźnie lewicową krytykę struktury klasowej, w której ulokowane zostają uprzedzenia. Nie tylko kolor skóry ma tu znaczenie, ale również zasobność portfela. Rasizm jest tu nie tylko efektem uprzedzeń, ale może przede wszystkim produktem pewnego systemu społecznego, jednym z narzędzi segregacji.

Te wszystkie elementy Lee ujmuje przy tym w sposób niemal nonszalancki, pozbawiony dydaktyzmu czy agitatorskiego zacięcia. Pokazuje po prostu zwyczajny dzień na Brooklynie. W zwyczajności tkwi istota Rób, co należy, które nawet najbardziej dramatyczne spięcia zatapia ostatecznie w stagnacji społeczności, tkwiącej wciąż w zaklętym kręgu tych samych czynności i działań. Czy odchodzący z wypłatą Mookie był odmieniony, czy po prostu wrócił do swojej rutyny? Czy cokolwiek zmieniło się w ogólnym rozrachunku dla społeczności prezentowanej dzielnicy? Gorzka puenta, którą serwuje nam Lee, wypowiedziana zostaje przez DJ Love Daddy’ego: „Dziś ma być jeszcze goręcej”. Emocje opadły, krew się rozlała, a szkło rozbiło – ogólna struktura relacji klasowo-rasowych pozostała jednak taka sama. W jeden, upalny dzień dzieje się wiele, koniec końców jednak nie zmienia się nic.

 

Ostatnio dodane